48:13 | Kasabian

kasabian

Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że piąty album zespołu Kasabian to nieuważnie wyprodukowane nieporozumienie. Można pomyśleć, że ktoś w wytwórni walnął byka przy wypełnianiu metryczki wpisując „48:13” w polu „tytuł”, zamiast w „długość albumu” i jakby tego było mało, ustawił stronę z czasami trwania poszczególnych piosenek jako okładkę. Tytuły utworów zaczynane są małą literą, zasłaniane przez zdjęcia członków zespołu teksty w książeczce są chaotycznie spisane i do tego ten paskudny, nieprzyjemnie wgryzający się w oczy róż… Czyżby Brytyjczycy rzeczywiście nie przyłożyli się do nagrania swojego kolejnego longpleja? Nic bardziej mylnego. Cały koncept był z góry zaplanowany i w ogóle wygląda na to, że na krążku „48:13” wszystko jest w jak najlepszym porządku. Bo po co dbać o tak nieistotne detale, skoro i tak najważniejsze będzie to, co wybrzmi z głośników po włożeniu krążka do odtwarzacza? Wychodząc z takiego założenia, Tom, Sergio i spółka nagrali album ocierający się o perfekcję.

Zacznijmy od tego, że muzycy Kasabian zawsze byli niekonwencjonalni i kontrowersyjni – nie tylko prywatnie, ale również muzycznie. Obrażają One Direction, obrażają Eltona Johna, obrażają Noela Gallaghera. Długo można by wymieniać nazwy czy imiona muzyków, których obrazili panowie z Leicester. Ich potężnie nadmuchane ego ma jednak prawo być uzasadnione, bowiem muzyka jaką nagrywają nie podchodzi w zasadzie pod żadne ogólnie przyjęte ramy i sprawia, że marka Kasabian wydaje się być jedyna w swoim rodzaju oraz niemożliwa do naśladowania. Ta wyjątkowość nie zawsze jednak wychodziła Anglikom na dobre. Po rewelacyjnym, być może najlepszym dotychczas albumie z 2004 roku, przyszedł czas na słabszy, tfu, na po prostu słaby album „Empire”. Trzy lata po nim zespół udowodnił jednak, że „Empire” był typowym przejawem syndromu drugiej płyty, wydając świetny „West Ryder Pauper Lunatic Asylum” z takimi szlagierami jak Fire czy Underdog. Ostatnim, nie licząc wydanego na dniach „48:13”, krążkiem jaki ukazał się pod szyldem „Pizzorno i spółka” był wzbudzający mieszane odczucia „Velociraptor!” w 2011 roku. Czwarta płyta, aż przesadnie przebojowa i popowa, kryła w sobie wiele rarytasów, ale niestety obnażała też słabsze strony Kasabian. Po tych wahaniach formy, fani z pewnością liczyli, że swoim piątym studyjnym wydawnictwem, Brytyjczycy powrócą do najwyższej dyspozycji. Wstępnej weryfikacji można było dokonać już pod koniec kwietnia, bo właśnie wtedy muzycy zaprezentowali światu pierwszy ułamek swojego nowego dzieła. Singlowy eez-eh, ochrzczony w naszej redakcji roboczo jako „ejże”, nie pozostawił chyba żadnych złudzeń. Kasabian powrócili – jeszcze lepsi, jeszcze silniejsi, jeszcze bardziej zmotywowani do pokazania całemu muzycznemu światu przysłowiowego faka.

W pierwszej chwili eez-eh mogło zabrzmieć jak nieco ironiczny żart. Kasabian nigdy nie grali aż tak skocznie, tak radośnie, tak typowo „pod nóżkę”, bo nie ma chyba wątpliwości, że singiel sam zachęca słuchaczy do gibania się w rytm jego ponadprzeciętnie przebojowego brzmienia. Kawałek ten to jednak wybryk nie tylko jeśli chodzi o ich dotychczasowe cztery płyty, ale także rodzynek na „48:13”. Choć przebojowości nowemu albumowi odmówić absolutnie nie można, to należy zwrócić uwagę na to, że każdy zawarty na nim utwór opowiada zupełnie inną muzyczną opowieść. Czasami opowieści te są wspomnieniami poprzednich dokonań Anglików, jak choćby w przypadku utworu bow, który brzmi jak żywcem wyrwany z ich debiutanckiego albumu, a czasami czymś zupełnie oderwanym od tego, z czym kojarzy się nam Kasabian. Bo czy można było sobie wcześniej wyobrazić, aby zespół ten nagrał kawałek tak ciężki, że nie powstydziłaby się go niejedna szanująca się hardrockowa kapela? Otóż muzycy z Leicester sprostali temu wyzwaniu i stworzyli bumblebeee – potężne gitarowe monstrum, które już samym tekstem wprawia w ekstazę. Kawałek znakomicie otwiera cały krążek i wyrasta na najmocniejszą z możliwych koncertowych petard, jakie Anglicy mają w zanadrzu. Na próżno szukać w dyskografii Kasabian odpowiednika bumblebee. Owszem, były nieco bardziej dynamiczne Fast Fuse, Empire czy Velociraptor, ale nigdy wcześniej zespół ten nie osiągnął tak wysokiego poziomu muzycznej agresji, co w przypadku bangera z „48:13”.

Zanim jednak przejdę do meritum, czas na pewną interpretacyjną ciekawostkę. „When I summon them, they all stand up together”. Wewnątrz opakowania, znaleźć można taki właśnie tekst, który jest fragmentem Księgi Izajasza, zawartym w jej 48. rozdziale i 13. wersecie. W polskojęzycznym wydaniu Biblii cytat ten tłumaczony jest jako „gdy na nie zawołam, stawią się natychmiast”. W wolnym tłumaczeniu można jednak dopatrzeć się analogii tych słów z koncepcją płyty „48:13”, na której poszczególne elementy z założenia mają wspólnie stanowić jedną, perfekcyjnie funkcjonującą całość. Twórcą tej koncepcji był rzecz jasna mózg zespołu – Sergio Pizzorno, który nie tylko nagrywał poszczególne partie gitarowe, basowe i klawiszowe, nie tylko wspierał wokalnie Toma Meighana, ale przede wszystkim sam napisał i wyprodukował wszystkie kawałki zawarte na „różowym albumie”, potwierdzając tym samym swój geniusz. Pizzorno stworzył własną wizję, która na początku wydawać się może prymitywna czy nawet niezrozumiała, jednak okazuje się, że to wszystko ma sens. Muzycznie, w trakcie trwania całego albumu natrafiamy na różnorodny miszmasz dźwięków, które zgranie przechodzą z tych lżejszych, w te nieco bardziej energiczne.

Na pierwszy ogień pojawia się delikatna (shiva) przyjemnie nastrajająca przed wyżej wspomnianym uderzeniem podczas bumblebeee. Początek albumu to zdecydowana dominacja gitar, co usłyszeć da się w następnych w kolejce stevie i doomsday. W gitarowo-elektronicznej kanapce zmieścił się trwający prawie 7 minut treat, który mógłby równie dobrze wstrzelić się w setlistę „West Ryder Pauper Lunatic Asylum”. Jego melodyjna syntezatorowa aranżacja pojawia się na „48:13” jednak nie bez powodu, bowiem wprowadza on nas w drugą, znacznie bardziej naelektryzowaną część albumu. Część tę otwierają nieco psychodeliczny glass oraz syntezatorową intensywnością porównywalny do Switchblade Smiles kawałek explodes. Po trwającym niespełna półtorej minuty przejściowym (levitation), następuje kulminacyjny punkt „48:13”, rozłożony na 3 utwory. Zarówno clouds, jak i wyżej już wspomniane eez-eh i bow, to kawałki wybitnie dobre, choć całkiem różne. Album mógłby na bow się już zakończyć (w outro do tego kawałka wykorzystano nawet ten sam motyw co w (shiva)), jednak wciąż czeka na nas jeszcze jedna miła niespodzianka. Problemem Kasabian zawsze było dobre zakończenie płyty i tym razem trudno mówić o finiszu z przytupem. Ostatni, całkowicie niezobowiązujący s.p.s. brzmi jednak wręcz przeuroczo, tym bardziej, że może wskazywać on na to, że gdzieś głowie Sergio silnie zakotwiczyła się twórczość Beatlesów.

Jakiś czas temu z niemałymi trudnościami podjąłem się wybrania 25 najlepszych utworów Kasabian. Dzisiaj wybór ten byłby jeszcze bardziej skomplikowany, bowiem ze wszystkich 13 kawałków (a w zasadzie 10, bo 3 utwory z „48:13” to tylko krótkie przerywniki między zasadniczymi piosenkami) co najmniej pięć zasłużyłoby na umieszczenie w topowym zestawieniu twórczości Brytyjczyków. W ogóle trudno wskazać jakikolwiek słabszy, odstający od reszty fragment nowego albumu Kasabian. Bez wątpienia jest to jeden z potencjalnych kandydatów do tytułu krążka roku 2014 i jestem gotów zaryzykować stwierdzenie, że to także najlepsza płyta w dotychczasowej karierze Anglików. Nie dajcie się zatem zniechęcić brzydkiej oprawie graficznej jaka „zdobi” album „48:13” i przekonajcie się sami jak genialnie brzmi muzyczna interpretacja artystycznej wizji Sergio Pizzorno.

Róg

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s