Turn Blue | The Black Keys

the-black-keys-turn-blue

Po co nagrywać album, który miałby być porównywany do tak kultowej płyty jak „London Calling”? Po co próbować dorównać czemuś tak genialnemu, skoro nigdy nie osiągnie się równie wysokiego pułapu? Po co inspirować się czymkolwiek, skoro w nagrywaniu muzyki najistotniejsza jest kreatywność, zabawa i eksperymenty? Kluczem do zrozumienia i przede wszystkim docenienia najnowszego wydawnictwa The Black Keys wydaje się być podejście z jakim Dan Auerbach i Patrick Carney wchodzili do studia. Ten drugi, zapytany w jednym z wywiadów o rzekome podobieństwo „Turn Blue” do klasyka The Clash przyznał, że nikt dzisiaj nie chciałby usłyszeć imitacji jakiejkolwiek genialnej płyty. Dlatego też postaram się w tej recenzji ani razu nie stwierdzić, że w porównaniu z obsypanym złotem „El Camino” z 2011 roku, które przecież było kulminacją twórczości duetu z Ohio, „Turn Blue” jest krokiem w tył.

Nie sposób jednak nie zacząć opisywania świeżego jeszcze „Turn Blue” od nawiązania do poprzednich dokonań Czarnych Klawiszy. Lata 2010 i 2011 to bezapelacyjne apogeum ich twórczości. Wcześniej, co być może zaskoczy laików, headlinerzy tegorocznego Open’era wydali pięć albumów, które jednak ani nie przyniosły zespołowi rozgłosu, ani nie dostarczyły fanom wielu hitów. Pierwszym pozytywnym zaskoczeniem był krążek z 2010 roku zatytułowany „Brothers” z takimi kawałkami jak Howlin’ for You, Everlasting Light, Next Girl czy Tighten Up na czele. Rosnąca od tamtej pory bańka pękła ostatecznie w końcówce 2011 roku, kiedy to na sklepowych półkach pojawiło się „El Camino”. Niewiele powstało w XXI wieku albumów, które nie mają ani jednego słabego punktu, a „El Camimo” właśnie taką płytą było. Singlowy Lonely Boy i sympatyczny czarnoskóry pan z teledysku podrygujący w jego rytm zrobiły furorę tak wielką, że kawałek ten śmiało można by zaliczyć do hymnów kilku ostatnich lat. A przecież Lonely Boy było ledwie wstępem do tego, czym The Black Keys zaskoczyli nas w 2011 roku. W mgnieniu oka Amerykanie z ulubionego zespołu hipsterów, stali się jednymi z najbardziej hajpowanych muzyków początku dekady, czego zwieńczeniem były m.in. cztery statuetki Grammy.

Po postawieniu sobie tak wysokiej poprzeczki, wszyscy zastanawiali się jaki będzie kolejny krok w muzycznej karierze The Black Keys. „Turn Blue” miało być kontynuacją współpracy z producentem Danger Mouse’m, który sprawował pieczę nad płytami duetu od 2008 roku, zatem fani mieli podstawy ku temu, by zachować spokój przed jego premierą. Dan i Patrick postanowili jednak nawet nie próbować nagrywać kontynuacji „El Camino”. Sami przyznają, że zamiast pozostać na poziomie albumu z 2011 roku, starali się poeksperymentować i jeżeli ich nowy materiał miałby być do czegokolwiek porównywany, to do ich dokonań sprzed „Brothers”. W efekcie powstało 11 utworów, które mają z jednej strony przypomnieć fanom o korzeniach zespołu, a z drugiej pokazać jak  współcześnie powinna brzmieć soczysta mieszanka alternatywy z amerykańskim folk rockiem. Pierwszą zajawką był singlowy Fever. Bardzo prosty, ale szalenie chwytliwy bit wprowadził singiel na szczyty amerykańskich list przebojów i zwiastował nadejście potencjalnego faworyta to tytułu albumu roku. Problem pojawił się jednak kilka tygodni później, wraz z opublikowaniem tytułowego utworu Turn Blue. Słuchany dziś, wkomponowany w cały album, brzmi naprawdę wyśmienicie, jednak przed premierą płyty znacząco podzielił opinie fanów, między innymi wprowadził niemały zamęt w naszych redakcyjnych szeregach. Kawałek Turn Blue był pierwszym potwierdzeniem, że u panów z Akron w stanie Ohio nastąpiły spore, wówczas niezbyt napawające optymizmem, zmiany w stosunku do 2011 roku. Kolejnym, jeszcze bardziej dezorientującym ciosem było pokazanie światu utworu Bullet in the Brain. Przenoszący w nieznane dotychczas muzyczne rejony muzycznej mapy The Black Keys kawałek udowodnił, że tym razem Dan i Patrick wkradną się w nasze łaski próbując nas zahipnotyzować. Sposób perfidny, ale cholernie skuteczny.

Hipnoza swoją drogą zaczyna się już w momencie, gdy zetkniemy się z samym artworkiem, jakim The Black Keys ozdobili swój ósmy w dorobku album. O ile jednak dłuższe przypatrywanie się w okładkę płyty może przyprawić o oczopląs lub w najgorszym wypadku o ból oczu, o tyle dźwięki jakie skrywa w sobie sam krążek nie powinny podziałać negatywnie na nasze narządy słuchu. „Turn Blue” skrywa bowiem w sobie mnóstwo perfekcyjnie poskładanych w jedną całość aranżacji muzycznych. Zapomnijcie o skromnych, minimalistycznych partiach instrumentalnych oraz o przeciekających od przebojowości bangerów, a nastawcie się raczej na wyraziste, soczyste solówki dobrane w parę niekiedy z mniej lub bardziej wpadającymi w ucho riffami. Fenomen tej płyty polega na tym, że żaden z zawartych na niej kawałków nie odstaje na minus od pozostałych, ale jednocześnie żaden z nich nie jest potencjalnych radiowym przebojem. Bo trudno sobie wyobrazić, by genialne, chyba najlepsze na albumie, Weight Of Love (bezpodstawnie mogące kojarzyć się w tytułem ostatniej płyty Editors – Amerykanie znacznie lepiej poradzili sobie z uniesieniem ciężaru miłości) czy 10 Lovers mogły stać się komercyjnymi hiciorami. Najbardziej przebojowe są bezapelacyjnie Fever – ale taka w końcu rola singla promującego całe wydawnictwo – oraz zamykający album kawałek Gotta Get Away, który jako jedyny na całym „Turn Blue” przywołuje wspomnienia z szalonej przejażdżki El Camino. W międzyczasie natykamy się również na nieco melancholii, a to głównie za sprawą Waiting On Words oraz wspomnianego już wyżej tytułowego Turn Blue. Ogólnie rzecz biorąc, słychać, że The Black Keys są Amerykanami, wzorującymi się na lokalnych folkowo-rockowych ideałach. Dojrzałość, różnorodność i profesjonalizm rekompensują brak młodzieńczego szaleństwa i spontanu. Potwierdzają to choćby kompozycje takie jak In Time, Year In Review czy It’s Up To You Now. Całość uzupełniają lekko psychodeliczny Bullet In The Brain oraz dynamicznie rozpędzający się In Our Prime.

„Turn Blue” to na pewno nie jest płyta, która przypada do gustu już po pierwszym przesłuchaniu. Wręcz przeciwnie. Każde kolejne zetknięcie się z nią pozwala odkryć kolejny smaczek, a zapewniam was, że jest takowych na niej mnóstwo. Biorąc pod uwagę liczne instrumentalne popisy Amerykanów, można się jednocześnie spodziewać, że niejeden smaczek zostanie przed nami odkryty 2. lipca, kiedy to zespół zaprezentuje nam koncertowe aranżacje swojej twórczości.

Róg

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s