Salad Days | Mac DeMarco

mdmOdnoszę wrażenie, że w tych niespokojnych jak kundel na autostradzie czasach, muzyka luzująca, masująca tym bardziej jest w cenie. Niektórzy lubią pewnie odprężać się przy Bayer Fullu, Boysach czy innych Szazach (mam nadzieję, że nie urażę nikogo czytającego tę recenzję, uznając tego typu upodobania za formę niepokojącej dewiacji). Jeszcze innych uspokajają repetywne elektroniczne sekwencje z linią basu zamieniającą miejscami jelita z nerkami (zwaną z tego tytułu w niektórych kręgach „muzyką organową”) albo ballady melorecytatorskiego sekstetu Rammstein. Mnie natomiast już od ładnych paru miesięcy najprzyjemniej i najskuteczniej uspokaja (i rozchmurza) niejaki Mac DeMarco, a od 1. kwietnia jego najnowszy album „Salad Days” wydany, zresztą jak dwa poprzednie krążki 24-latka z Montrealu, przez wytwórnię Captured Tracks.

Człowiek to, już od pierwszego zetknięcia, dość niezwykły. Po pierwsze (bo pierwsze rzuca się w oczy), gość ma raczej wykropkowane na swój wygląd. Potargane włosy, powyciągany t-shirt, luźna flanelowa koszula, podarte spodnie, rozpadające się vansy, wyblakła, poszarpana czapka z daszkiem i dość spora diastema, którą Mac chwali się bardzo często, bo bardzo często się uśmiecha, świetnie oddają charakter jego twórczości – trochę niedokładnej, zarejestrowanej w nie najlepszej jakości (nagrywanej najczęściej w jego mieszkaniu), ale cholernie pogodnej i uroczo niedojrzałej. W tym wypadku wikipedycznie przypisany artyście gatunek slacker rock całkiem pasuje, bo stylistycznie DeMarco chyba rzeczywiście mógłby być stawiany pomiędzy zespołami takimi jak Pavement, Guided By Voices, The Silver Jews i Adamem Greenem. Sam DeMarco, podobnie jak całkiem niedawno uczynili chłopaki z Eric Shoves Them In His Pockets, swoja muzykę nazywać woli jednak po swojemu – jizz-jazzem...

Na pierwszym solowym mini-albumie (wcześniej nagrywał razem z zespołem Makeout Videotape, którego był liderem), czyli na wydanej w 2012 roku epce „Rock and Roll Night Club” dał się poznać jako eksperymentator z dużym poczuciem humoru, który z rokendrola raczej woli sobie dworować niż traktować go poważnie, na scenie robiąc artystycznie zamyślone minki. Debiutancka epka sprawiła, że DeMarco zaczął być uważany za młodego księcia indie rocka. Jego muzyką zarazić próbowały swoich czytelników pitchforki i inne quietusy, które zachwycały się tytułowym singlem, na którym zmodyfikowany (diabelnie obniżony) wokal DeMarco brzmiał trochę jak Elvis na barbituranach, grający w piekle na imprezie dla członków Klubu 27. Jizz-jazzman na swoim wydawniczym debiucie dał słuchaczom coś, czego w indierockowym światku szukać można ostatnio ze świecą – songwriterstwo na bardzo wysokim poziomie przyswajalności, w niejednolitej gatunkowo estetyce, która z jakiegoś powodu wydawała się dziwnie znajoma.

Odrestaurowana gitara za 50 dolców, efekty, na które nie splunąłby żaden szanujący się gitarzysta (słowa DeMarco) oraz styl gry wykluty po części w wyniku długiego obcowania z bossą novą pana João Gilberto (stąd te charakterystyczne dla DeMarco zamiłowanie do dziwnych, septymowych akordów), a po części z fascynacji do funkowo-surfowej twórczości Shuggiego Otisa. Tę miksturę DeMarco zalewa infantylnymi, ale szczerymi tekstami i charyzmą godnymi lidera Modern Lovers, Jonathana Richmana. Tak w dużym skrócie można przedstawić przepis na podstawie którego powstała pierwsza solowa epka, jak i fantastyczny długogrający debiut Kanadyjczyka, czyli „2” (oba wydawnictwa z 2012 roku), który chyba nigdy mi się nie znudzi (mniej więcej półtora roku słuchania z bananem na ustach i, jak to mówią Anglicy, and counting). No bo powiedzcie, jak takie kawałki mogą się znudzić?

Moim skromnym zdaniem nie mogą i bardzom rad, że z podobnego założenia przy nagrywaniu „Salad Days” wyszedł DeMarco. Jeżeli debiutancką „dwójkę” przyrównać do Margherity, „Salad Days” byłoby dla mnie pizzą z rukolą i parmezanem – baza niby podobna, smak tylko minimalnie inny, a ludzie z którymi obiadujesz nie dziwią się, że w koło Macieju jesz to samo. Rukolą i parmezanem (czytaj drobnymi urozmaiceniami) są trochę dojrzalsze, miejscami mroczniejsze teksty (na przykład w singlowym „Passing Out Pieces”, w którym DeMarco żali się na to jak wiele kosztuje go ciągłe życie w trasie i wypruwanie flaków na koncertach) oraz włączenie do instrumentarium syntezatora (w najbardziej wyróżniającym się na krążku, hipnotycznym kawałku „Chamber of Reflection”). Poza tym, DeMarco ciasto lepi z tej samej mąki, dodaje te same drożdże, mozzarellę kupuje u tego samego Włocha, pomidory w tym samym sklepie, a oregano zrywa z tego samego krzaczka (i podobnie jak w przypadku poprzednich dokonań, czasami zdarzy mu się spożyć coś z krzaczka trochę śmieszniejszego). Mamy zatem szycie kompozycji podobnie przylepiających się do naszych uszu jak na debiutanckiej dwójce, o czym najlepiej świadczą kawałki Brother, Passing Out Pieces czy, pod tym względem absolutny faworyt,  tytułowe Salad Days otwierające płytę. Kanadyjczyk znów hipnotyzuje riffami ze sporym pogłosem, a linie basu są jeszcze lepsze niż na poprzedniku – bujają jeszcze parę sekund po zakończeniu piosenki. Najlepsze momenty „Salad Days” to „dwie trójki”, czyli numerki 1, 2, 3 oraz 7,8,9, na których nie dość, że DeMarco nie zjada własnego ogona, to pięknie rytmicznie i melodyjnie nim merda (raz radośniej, raz trochę bardziej ponuro).

Mimo że teoretycznie mamy do czynienia z albumem podobnym do poprzednika, to w warstwie tekstowej DeMarco stara się już w pierwszej kompozycji na płycie podkreślić pewną zmianę w podejściu do swojego sukcesu (Salad Days are gone/ Missin’ hippy Jon). Próbuje zakomunikować, że dojrzał; że spoważniał; że trochę się zmęczył byciem na świeczniku, byciem zakładnikiem gęby śmiesznego, wyczilowanego do granic możliwości gościa w poszarpanych ciuchach, który robi show i zachowuje się jak 16 latek 24 godziny na dobę. Nie oszukujmy się. Dorabianie gęby w tak zwanym szołbizie nie jest niczym nowym. Ba, leży w interesie wytwórni i jest jednym z najistotniejszych elementów budowania rozpoznawalności produktu, jakim dla danej wytwórni jest przecież każdy muzyk, którego udało się wciągnąć pod swoje skrzydła. DeMarco trochę się buntuje, ale z drugiej strony zdaje sobie sprawę, że jest to cena sukcesu, który udało mu się osiągnąć. Sukcesu, o którym marzą tysiące muzyków na całym świecie, skrzętnie dopracowujących swój warsztat każdego dnia, próbujących nagrać demo, które zachwyci słuchaczy i zmusi wytwórnię do wyłożenia pliku banknotów na stół (Passing out pieces of me / Don’t you know nothing comes free).

DeMarco dojrzał tylko troszkę, ale mam wrażenie, że dla fanów jego muzyki to bardzo dobra wiadomość (nie wiem jak dla samego Maca). Stara formuła z minimalnymi zmianami wciąż trybi, a popowy potencjał tego albumu na pewno sprawi, że dla miłośników Kanadyjczyka jak i dla wielu nowych fanów będzie to jedna z najczęściej odtwarzanych płyt roku 2014. Top 10 w wielu zestawieniach się szykuje, a podobno nie jest to ostatnie słowo DeMarco w tym roku. Na drugą połową 2014 przewidziana jest premiera albumu, który Mac nagrał we współpracy z raperem Tylerem the Creatorem. Dzięki za świetną płytę, łatwiej będzie mi czekać na następną, Mac.

Thank you for joining me, see you guys soon, bye bye (outro po instrumentalnym Jonny’s Odyssey),

Maciejewski

One response to “Salad Days | Mac DeMarco

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s