Love Letters | Metronomy

Metronomy-Love-Letters

Joseph Mount powinien już jakiś czas temu otworzyć biuro podróży. Dwie ostatnie płyty jego zespołu Metronomy były idealnie zorganizowanymi i zajmującymi wycieczkami w różne rejony jego muzycznego świata, zgodnie z ich tytułami. „Nights Out” z 2008 roku był krążkiem przenoszącym słuchacza do małomiasteczkowych dyskotek, na które przyjeżdża się podkradzionymi samochodami ojców by migdalić się z lokalnymi pięknościami na tylnym siedzeniu. W 2011 roku Joseph postanowił pokazać uroki i wdzięki urlopowania na południowym wybrzeżu Wielkiej Brytanii. „The English Riviera” był albumem dyskretnie oddającym klimat leniwego wypoczynku spędzanego w eleganckim, nawet nieco snobistycznym, kurorcie. Teraz ten wyglądający jak wyrośnięty cherubinek muzyk, razem ze swoim zespołem, postanowił pokazać światu swoją najbardziej intymną i prywatną sferę. Buduarową sferę pisania „Love Letters”.

Zespół Metronomy stanął przed bardzo trudnym wyzwaniem, jakim było powtórzenie olbrzymiego sukcesu albumu „The English Riviera”. Single The Look, The Bay, Everything Goes My Way czy She Wants osiągnęły zawrotną popularność. Album był nominowany do prestiżowej nagrody Mercury Prize a Mount został okrzyknięty wizjonerem i zbawcą brytyjskiego popu. Całkiem zasłużenie. Był to album, jak mało który, spójny koncepcyjnie i od początku do końca przemyślany. Tym samym zespół zawiesił sobie bardzo wysoko poprzeczkę. W naturalny sposób wszyscy oczekiwali, że Metronomy będą próbowali ją przeskoczyć i nagrać album, który będzie w stanie przebić ich poprzednie wydawnictwo. Tymczasem Joseph Mount, Oscar Cash, Anna Prior i Olukbenga Adelakan zrobili coś czego chyba niewiele osób się po nich spodziewało.

Wydany przez nich 10. marca album „Love Letters” jest wszystkim, tylko nie próbą ścigania się z samym sobą przez zespół, gonienia własnego ogona, czy przebicia „The English Riviera” za wszelką cenę. Moim zdaniem to bardzo dobrze. Po pierwsze zawsze lubię sytuację gdy zespół płata wszystkim zwolennikom, przeciwnikom i bezstronnym obserwatorom figla nagrywając płytę, której nikt się po nim nie spodziewa. Zawsze mnie też cieszy gdy grupa ma odwagę nagrać płytę, która brzmi tak, jak ona tego chce, a nie tak, jak chcieliby tego inni. Świadomy brak rywalizacji z sukcesem poprzedniej płyty owocuje też namacalnym niewymuszeniem zawartym na 10 utworach „Love Letters”, co jest jej kolejnym atutem. Nie sposób nie wspomnieć też o tym, że to kolejna płyta Metronomy, która jest spójna, przemyślana i konsekwentna, kolejny prawdziwy Album.  Słychać też na niej, że zespół wraz z nią postawił kolejny krok w swoim muzycznym rozwoju. To dużo atutów, ale niestety nie wszystko przedstawia się w tak różowych barwach jak okładka.

Najpoważniejszym zarzutem jaki mogę postawić temu albumowi jest zbytnie podobieństwo kompozycji. Momentami zlewają się one ze sobą, a z racji tego, że nie jest to najbardziej żywiołowy album na świecie, to dopaść może monotonia i znużenie. Tu dochodzimy do kolejnego potencjalnego minusu tej płyty. Jest ona bardzo oszczędna i powściągliwa w formie. Dla jednych może być to wada, innym może ten spokój odpowiadać. Niewątpliwie osiągnięcie efektu emocjonalności, intymności i nastrojowości była celem Mounta i spółki. W końcu nie przypadkowo album zatytułowany jest „Love Letters”. Miłość we wszystkich odmianach, szczęśliwej, niespełnionej, natchnionej, prozaicznej, uskrzydlającej i dewastującej przewija się w tekstach na tym albumie na okrągło. A piosenki o tym uczuciu najczęściej są spokojne i miłe dla ucha jak aksamit. Nie inaczej jest z zawartością tego albumu. Większość utworów jest takim muzycznym welwetem łagodnie i miękko wypełniającym uszy słuchacza. Jedynymi wyjątkami są fantastyczny tytułowy singiel i intrygujący instrumentalny utwór Boy Racers (genialna linia basu). Pozostałe utwory są nieśpieszne, stonowane i wypełnione małymi smaczkami. Do tych zaliczyłbym marzycielską gitarę w The Upsetter, chórki w singlu I’m Aquarius, klawisze z Monstrous i Reservoir czy refren The Most Immaculate Haircut. Odkrywanie tych małych smaczków sprawia naprawdę dużą przyjemność, a albumowi warto dać więcej niż jedną szansę bo zyskuje w naszych uszach przy każdym odsłuchaniu.

Sztuka pisania listów w naszym świecie zamiera, ale listy miłosne autorstwa Metronomy napisane są w starym stylu: szlachetnym atramentem na ozdobnej papeterii i skropione wodą kolońską. Nie da się ukryć, że momentami nawet przyjemnie jest się w łagodnych dźwiękach na nich zawartych zanurzyć. Jak to jednak z łagodnością bywa, w pewnym momencie jest jej za dużo, robi się zbyt mdło i potrzeba czegoś ostrzejszego. Mam nadzieję, że tym czymś będzie występ Metronomy na tegorocznym Openerze, bo ich koncertowe aranżacje zawsze potrafiły tchnąć więcej życia w studyjne nagrania.

Lewandowski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s