Wild Books | Wild Books

wild_books_cover

Rzut oka na okładkę powyżej powinien wystarczyć, żeby zyskać pierwsze, wstępne wyobrażenie o tym, z jaką muzyką będziemy mieli do czynienia na okrągłym kawałku metalu kryjącym się za nią. Rozklekotany autobus na górskim wirażu i żar lejący się z nieba zapisane na starej pocztówce świadczą o jednym zjawisku. Retronostalgia to coś co podskórnie odczuwa wielu muzyków i, patrząc na sukcesy The Black Keys czy wszystkich zespołów Jacka White’a, wielu słuchaczy. Okazuje się, że w Polsce również da się bardzo łatwo znaleźć muzyków, których robak tęsknoty za rockiem lat minionych zżera od środka niczym tasiemiec.

Dwóch dżentelmenów z nietypowymi fryzurami na zdjęciu powyżej to członkowie grupy Wild Books. Możecie kojarzyć ich z dotychczasowej działalności w grupach The Phantoms i Teenagers. Pozatym, że wyglądają na największych hipsterów polskiej sceny muzycznej to wydali dziś autoteliczny debiutancki album. Ten bez afro nazywa się Karol, gra na bębnach, rysuje, i znajduje pocztówki. Ten z afro nazywa się Grzesiek, gra na gitarze, która ma 12 strun, i śpiewa. Recepta na muzykę prosta jak na jajecznicę. Oczywiście nie zawsze się sprawdza. Czasem prostota brzmienia przeradza się w prostactwo i powstają płyty nudne, miałkie, nijakie i złe. W przypadku Wild Books nie ma na szczęście mowy o takim obrocie sprawy.

Grzesiek z Karolem podeszli do nagrania swojego albumu na totalnym luzie i to wyraźnie słychać. Słychać też na nim niewymuszony dystans i nonszalancję. Całość nagrana została na szpulowym magnetofonie bez fajerwerków studyjnych. Dzięki temu brzmi to naprawdę autentycznie. Słychać, że panowie nie musieli silić się na pozy i męczyć z odpowiednim ustawieniem strun i odległości mikrofonów od bębnów, żeby uzyskać zamierzone brzmienie. Oni takie granie mają we krwi. Ostre. momentami ciężkie, riffy i potężne dudnienie bębnów wyssali z mlekiem matek. Razem z nimi dostali też w genach zdolność do tworzenia bardzo dobrych piosenek i żonglerki stylami. Surowy, garażowy rock z dużą ilością przesterów swobodnie miesza się tu z łagodną psychodelią i surfowymi motywami. Rwetes, jazgot, zgiełk i harmider, wszystko obficie podlane efektem retro. Powoduje to, że na albumie znajdziemy praktycznie same energetyczne killery, wśród których zdecydowanie najjaśniej świecą singlowy Oranges & Lemons, Suburbs i Loud Reed.

„Wild Books” nie jest albumem idealnym. Momentami kompozycje są zbyt zbliżone do siebie brzmieniem i w efekcie zlewają się ze sobą i nieco nużą. Nie zmienia to faktu, że jak na debiutancki krążek to Grzesiek i Karol spisali się więcej niż przyzwoicie. Śmiało możemy zacząć nazywać ich polskimi The Black Keys. W kwestii brzmienia nie są daleko w tyle za Auerbachem i Carneyem.

Lewandowski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s