30. rocznica debiutu The Smiths

the_smiths_-_1984_the_smiths_joe_dallesandroSą takie płyty w historii muzyki, które na zawsze zmieniły jej bieg. Należy tu grubą kreską oddzielić od siebie płyty, które są tak nazywane przez PRowców, szefów wytwórni i podekscytowanych dziennikarzy i płyty, które naprawdę miały taki efekt. Katalog tych prawdziwych cornerstone’ów współczesnej muzyki jest niezwykle wąski i można się kłócić, które albumy do niego należą, a które nie. Jest w nim jednak grupa płyt, których obecność można uznać za bezsporną. Jedną z nich jest album, który w dniu dzisiejszym kończy 30 lat. Albumem tym jest debiutanckie wydawnictwo grupy The Smiths. Myślę, że warto odpowiedzieć przy tej okazji na pytanie „What difference did it make?”.

Grupa założona została w 1982 w Manchesterze przez protohipstera i pisarza Stevena Patricka Morrisseya i gitarzystę Johna Mahera. Zdegustowani kiczem, pretensjonalnością i bezguściem prezentowanym przez panoszące się po radiu zespoły o dziwnych i rozbudowanych nazwach (vide Orchestral Manoveur in the Dark) postanowili wziąć sprawy w swoje ręce. Swoją nazwę zaczerpnęli od „najzwyklejszego angielskiego nazwiska”, po czym by uniknąć skojarzeń z Buzzcocks Maher zmienił nazwisko na Marr (perkusista Buzzcocksów również nazywał się John Maher), a Steven Patrick postanowił występować tylko pod swoim nazwiskiem. Na pokładzie znaleźli się jeszcze perkusista Mike Joyce i grający na basie Andy Rourke. W tym składzie zespół na zawsze zmienił oblicze brytyjskiej, i nie tylko brytyjskiej, muzyki.

Manchester, czyli ich rodzinne miasto, był na przełomie lat 70. i 80. miastem, w którym młode i zdolne zespoły wyrastały niczym grzyby po deszczu. Przeważnie były to zespoły post-punkowe, które pod skrzydłami Tony’ego Wilsona obiecująco prosperowały w wytwórni Factory Records. O przyczynach takiego stanu rzeczy pisałem w innym miejscu, tutaj ograniczę się do sparafrazowania słynnego twierdzenia. Żeby się stamtąd wyrwać trzeba było zostać piłkarzem lub gangsterem. Ewentualnie muzykiem. Tę ostatnią drogę wybrali w owym czasieczłonkowie zespołów Joy Division, New Order, The Fall czy wspominani Buzzcocks. W późniejszym okresie wykształcił się nawet osobny nurt w muzyce brytyjskiej związany przede wszystkim z Happy Mondays i The Stone Roses, zwany Madchester. Fala post-punku to przełom lat 70. i 80., nurt Madchester to przełom lat 80. i 90., same lata 80. to The Smiths.

Ich pierwszy singiel zatytułowany Hand in Glove ukazał się w maju 1983 roku. Szybko wyhaczony został przez guru ówczesnej sceny muzycznej w Zjednoczonym Królestwie, czyli Johna Peela. Podobnie stało się z kolejnymi singlami, co sprawiło, że wydany dokładnie 20. lutego 1984 album zatytułowany „The Smiths” trafił na solidnie przygotowany grunt i zadebiutował na drugim miejscu brytyjskiej listy sprzedaży. Było to niewątpliwie bezprecedensowym zjawiskiem. Nigdy wcześniej bowiem zespół grający muzykę tak jawnie alternatywną i wydawany przez niezależną wytwórnię nie odniósł tak znacznego komercyjnego sukcesu w Wielkiej Brytanii. The Smiths udała się niemożliwa pozornie sztuka pogodzenia ze sobą kontrkultury i mainstreamu. Trudno zrozumieć jak udało im się trafić ze swoją twórczością do uszu i serc szerszej grupy odbiorców, biorąc pod uwagę że lata 80. to pod wieloma względami najczarniejszy okres w historii muzyki rozrywkowej (dość wspomnieć największe hity z tamtych lat autorstwa Van Halena, czy Europe). Być może ludzie byli już zmęczeni syntezatorami i idiotami biegającymi po scenie z włosami do pasa. Być może spodobała im się prosta i swojska nazwa zespołu. Być może przyciągnęła ich okładka z wizerunkiem amerykańskiego aktora Joe Dallesandro. Być może ludzi przyciągnął skandal jaki wybuchł wokół tego albumu (Morrissey został oskarżony o propagowanie pedofilii). A być może, co najbardziej prawdopodobne, wszyscy po prostu zakochali się w głosie Tego Czarującego Morrisseya.

Często sukces rodzi się w bólach i nie inaczej było z „The Smiths”. Z pewnością nie było komfortową sytuacją dla zespołu uznanie przez wytwórnię Rough Trade, której nakładem miał ukazać się album, że końcowy efekt ich współpracy z producentem Troyem Tatem jest mniej niż niezadowalający. Włodarze Rough Trade zatrudnili Johna Portera żeby naprawił to co Tate popsuł. Porter stwierdził, że żeby osiągnąć zadowalający efekt trzeba wszystko nagrać od nowa. Morrissey i spółka mieli tydzień i mikroskopijny budżet (podobno skończyło się na tym, że połowa piosenek i tak została nagrana w jedną noc). Na szczęście nie sprawdziło się w tym przypadku powiedzenie „Gdy się człowiek śpieszy, to się diabeł cieszy”. Nagrany w tak wielkim pośpiechu materiał zawarty na „The Smiths” jest bowiem pociechą nie tylko dla lucyfera, ale każdego, kto ma wrażliwość na muzykę choć trochę większą niż bryła betonu. 11 utworów wchodzących w skład tego albumu to niesamowicie krzepiąca dla ducha wycieczka w świat namiętności. Zabiera nas tam nietuzinkowy i emocjonalny wokal Morrisseya oraz bogate i symfoniczne brzmienie instrumentów, ze szczególnym wskazaniem na gitarę Marra. Te dwa elementy, wokal Morrisseya i gitara Marra, stały się znakiem rozpoznawczym grupy i jej największą siłą. Potrafiący w jednym utworze przechodzić od jękliwego zawodzenia, przez melodyjny zaśpiew lub beznamiętne mamrotanie do buńczucznego i agresywnego wyrzucania z siebie strof Morrissey i dyskretnie obecny w tle ze swoją gitarą lub wysuwający się z nią na pierwszy plan Marr idealnie trafiali z najlepszymi rozwiązaniami. Ich tandem kompozytorski zasiadał od samego początku na muzycznym Parnasie. Tak samo jak Morrissey ze swoim talentem do pisania tekstów. Było w nich wszystko. Liryczność, samotność, (auto)ironia, pesymizm, czarny humor, perwersyjność, kontrowersyjność, dwuznaczności, podejmowanie drażliwych społecznie tematów, niepokój, a momentami prozaiczność i codzienność. To razem składało się na wyjątkowo chwytliwe i zabójczo dobre piosenki. This Charming Man, What Difference Does It Make?, Pretty Girls Make Graves, Miserable Lies, Hand In Glove to te najbardziej udane z ich debiutu.

Na debiucie się oczywiście nie skończyło. Kariera The Smiths potoczyła się błyskawicznie. Jeszcze w roku 1984 ukazała się uzupełniająca debiut składanka singli i B-sidesów „Hatful of Hollow” po której The Smiths koronowani zostali na muzycznych królów Wielkiej Brytanii. Późniejsze wydawnictwa, zwłaszcza jedna z płyt wszechczasów „The Queen Is Dead”, tylko potwierdziły ich panowanie. Na ich wszechobecnych piosenkach zaczęło wychowywać się całe pokolenie przyszłych muzyków. Morrissey swoją wrażliwością liryczną i spojrzeniem na świat uczuć i emocji zaraził wszystkich niemalże songwriterów z lat 90. Cały wspomniany wcześniej Madchester, a później Britpop wzorował się na riffach Marra. Dlatego nie bez przesady można stwierdzić, że dla dzisiejszej muzyki alternatywnej w Wielkiej Brytanii The Smiths byli punktem wyjścia. Byli jej Mayflowerem, Lechem Czechem i Rusem i Adamem i Ewą w jednym. Nie ma również innej grupy, który bardziej zasługiwałby na miano najbardziej wpływowej grupy lat 80. I mimo, że na koncie mieli tylko cztery albumy studyjne zanim zakończyli wspólną działalność w 1987 to ich muzyka pozostanie na zawsze w uszach i sercach wielu osób Światłem Które Nigdy Nie Wygaśnie.

Lewandowski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s