Nieziemski Moderat w Basenie

moderat_basen

Bardzo chciałbym zacząć od jakiegoś interesującego zagajenia. Błyskotliwego wstępu, który wciągnąłby czytelnika od pierwszych linijek. Niestety nie potrafię. Wciąż nie mogę się pozbierać po wczoraj i myślę, że prędko to nie nastąpi. Przypuszczam zresztą, że ten problem dotyczy nie tylko mnie, bo każdy kto był wczorajszego wieczoru na występie Moderata dzisiaj siedzi rozkojarzony w pracy/szkole/domu i jego myśli wciąż błąkają się po wnętrzu warszawskiego klubu Basen. Postaram się tym, których to szczęście ominęło wytłumaczyć, dlaczego tak jest.

moderat_basen_scena

Występ niemieckiego tria był w warszawie wydarzeniem oczekiwanym od dawna (świadczy o tym fakt, że koncert ten został wyprzedany na prawie miesiąc przed, co nie zdarza się często). Najpierw zespół Saschy Ringa, Gernota Bronserta i Sebastiana Szarego miał przyjechać do stolicy w listopadzie ubiegłego roku. Kolektyw musiał odwołać jednak całą swoją jesienną trasę koncertową z powodu motocyklowego wypadku Ringa i przyjechał dopiero teraz. Na całe moje szczęście. W międzyczasie bowiem przekonałem się ostatecznie do ich twórczości. W sierpniu, przy okazji premiery ich drugiego albumu, zbyt byłem pochłonięty wspominaniem letnich festiwali i oczekiwaniem na jesienne premiery (przede wszystkim na „AM” i „Reflektora”) i „II” nie poświęciłem należytej uwagi. Dopiero przy okazji podsumowań rocznych i przypominania sobie najlepszych albumów 2013 roku poszedłem po rozum do głowy i przesłuchałem ten genialny album w pełnym skupieniu i nastąpił tak zwany wjazd. Wjazd totalny. Natychmiast zaopatrzyłem się w Empiku w kultowy już debiut z 2009 roku i ubiegłoroczne wydawnictwo i zacząłem katowanie tych dwóch albumów. Całe szczęście, że nie mam ich na winylach, bo już dawno zostałyby z nich tylko czarne wióry. Przy okazji wizyty w Empiku zaopatrzyłem się też w bilet na ich warszawski koncert (jeden z ostatnich 20) i z gorliwością neofity odliczałem dni do niedzieli 2. lutego.

Kiedy odliczanie dobiegło wreszcie końca ekscytacja sięgała zenitu. Czułem się podniecony jak przed pierwszą randką i cały dzień towarzyszyło mi nie do końca dające się określić przekonanie o tym, że dane mi będzie uczestniczenie w wydarzeniu legendarnym i szczególnym. Moje przypuszczenia znalazły szczęśliwie potwierdzenie w rzeczywistości. Powietrze w wypchanym do granic możliwości Basenie zgęstniałe było od połączonych wydechów i wypocin tłumu i powszechnego podniecenia, co tylko wzmagało niecierpliwość i chęć zobaczenia na scenie Saschy, Gernota i Sebastiana. Miałem wrażenie, że również supportujący DJ Anstam-cośtam też wolałby, żeby na scenie zamiast niego pojawili się już główni protagoniści wieczoru. Na szczęście gwóźdź programu został wbity przed czasem i główne danie wjechało na scenę przed 22. Od pierwszych dźwięków na publiczności zaczęła się nieokiełznana niczym dziki goryl zabawa. Kolejne półtorej godziny upłynęły wszystkim pod znakiem tańczenia, gibania, kołysania tudzież kontemplowania. I wszyscy byli jednakowo zachwyceni. Moderatowi udała się bowiem trudna sztuka dogodzenia zarówno osobom oczekującym od ich elektroniki przede wszystkim pretekstu do zabawy, jak i tym, którzy wolą pośród basów i bitów szukać emocji i znajdywać „ducha w maszynie”. Muzyka, którą tworzą ci niemieccy geniusze jest bowiem perfekcyjną syntezą tych dwóch, wydawało by się skrajnych, podejść do muzyki elektronicznej. W czasie tego koncertu przejmujące, nostalgiczne i poruszające utwory pokroju Damage Done, Bad Kingdom czy Last Time przeplatały się z prawdziwymi tanecznymi petardami wprawiającymi w ruch wszystkie kończyny (wśród nich najbardziej zapadły mi w pamięć zabójcze sekwencje A New Error-Milk-Seamonkey i Les Grandes Marches-Nr 22.) Razem wyszedł z tego wspaniały muzyczny koktajl, który wprawił publiczność w stan co najmniej orgiastyczny. Dowodem poniższe zdjęcie zrobione ze sceny.

Koncert ten niewątpliwie był wydarzeniem wyjątkowym. Pokroju ustawienia się planet w jednej linii, zakwitnięcia kwiatu paproci i wygranej polskiej reprezentacji z Niemcami w piłkę nożną. Bardzo się cieszę też, że odbył się w kameralnej przestrzeni Basenu, który już jakiś czas temu zyskał status mojego ulubionego klubu w Warszawie. Mam nadzieję, że planety ponownie ustawią się w jednej linii pod koniec marca na ich koncertach w Poznaniu i Katowicach.

PS. Nie sposób nie wspomnieć o tym, że wyjątkowości temu koncertowi dodały fantastycznie przygotowane wizualizacje autorstwa kolektywu Pfadfinderei. Moderat zawsze podkreślał, że chce żeby jego koncerty były ucztą nie tylko dla uszu, ale i dla oczu. Dlatego hipnotyczne obrazy pojawiające się za plecami muzyków dodawały im sporo animuszu.

Lewandowski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s