Słyszyrok 2013: Albumy Polskie

albPL2013

Kolejną, ważniejszą częścią naszego podsumowania jest zestawienie 10 Najlepszych Polskich Albumów wydanych w 2013 roku. Był to rok wyjątkowo obfity w wydawnictwa, które nie dość, że świetnie radzą sobie na rodzimym podwórku, to i na zagranicznym poradziłyby sobie z łatwością. Dowodem na to, że w naszej muzyce dzieje się dużo i to dużo dobrego jest różnorodność poniższego zestawienia. I mimo, że podobno w 2013 pozamiatał Człowiek Szczotka Dawid Podsiadło to zobaczcie w jakie kształty oprócz trójkątów i kwadratów układała się mozaika polskiej muzyki. Oto 10 najlepszych według naszego słyszymisię albumów wydanych nad Wisłą.

vulcano

10. Vulcano– Sorry Boys

Dosłownie znad Wisły, bo z Warszawy, pochodzi zespół o którego istnieniu jeszcze niedawno nikt nie miał pojęcia, a dziś słyszeli o nim prawdopodobnie wszyscy szanujący się fani polskiej alternatywy. Sorry Boys zrobili w tym roku ogromne zamieszanie wydając swój drugi studyjny album „Vulcano”. Polska scena potrzebowała takiego zespołu. Tam gdzie mogłyby wpływać rzeki Muse, Archive i M83, powstałaby bowiem zatoka o nazwie Sorry Boys. Bela Komoszyńska z kolegami potrafią zarówno uderzyć z rockowym przytupem, zaintrygować swoją tajemniczością, jak i delikatnie pobawić się syntezatorem. Całość uzupełnia hipnotyzujący wokal. Album wyczekiwany był od pierwszego singla, a więc w zasadzie od początku 2013 roku i chyba nikogo, kto zacierał sobie na niego dłonie, nie zawiódł. W stosunku do debiutanckiego „Hard Working Classes”, ekipa poczyniła kolosalny krok naprzód i nie tylko wykazała się większym muzycznym doświadczeniem, ale przede wszystkim otworzyła w sobie nowe pokłady kreatywności i włożyła w nagranie „Vulcano” jeszcze więcej emocji. Ten niezwykle ważny dla mnie album, niewykluczone, że mój osobisty numer jeden, otwiera naszą tegoroczną dychę najlepszych polskich krążków. PR

Trupa-Trupa-++

9. ++– Trupa Trupa

Na drugim w swoim dorobku długogrającym albumie, panowie z Trupa Trupa postanowili trochę bardziej poeksperymentować brzmieniowo. Do współpracy zaprosili Mikołaja Trzaskę (przedstawiciela sceny yassowej, który niegdyś współtworzył zespół Miłość), który wzbogacił  kompozycję saksofonem i klarnetem oraz Tomasza Ziętka, który odpowiedzialny był za partie trąbki. Oprócz tego, sam materiał nagrywany był dość niekonwencjonalnie. Truposze, zafascynowani brzmieniem albumu Let England Shake PJ Harvey, postanowili również zarejestrować swoje pomysły w świątyni – w Nowej Synagodze na gdańskim Wrzeszczu. W efekcie tych wszystkich zabiegów, dojrzalszych rozwiązań kompozytorskich oraz bardzo mrocznych, przewrotnych tekstów powstał album wyjątkowy (i wyjątkowo depresyjny), co nie uszło również uwadze brytyjskim fanom niecodziennego rockowego grania. Jak zapowiada sam zespół, w przyszłym roku ujrzy światło dzienne całkowicie nowy i podobno jeszcze bardziej eksperymentalny materiał niż ten, który można znaleźć na ++. Wydawcą będzie brytyjska oficyna Blue Tapes. Gratulujemy i już teraz czekamy na nowe wydawnictwo. MM

you_gotta_move

8. You Gotta Move– L.Stadt

L.Stadt zawsze był na polskiej scenie zespołem idącym pod prąd, wydeptującym własne ścieżki i nie oglądającym się na schematy. Nie inaczej było w 2013 roku. Nie da się bowiem nazwać schematycznym wyjechania z Łodzi w muzyczną pielgrzymkę do stolicy Teksasu (Austin) zamknięcia się tam w studiu i nagrywania własnych wersji utworów autorstwa ludzi, o których już nawet najstarsi kowboje nie pamiętają. A dokładnie tak postąpił L.Stadt. Do naszej szarej polski wysłał z tych zaatlantyckich wojaży kolorową pocztówkę w postaci mini-albumu „You Gotta Move”. Mini-album, ponieważ zawiera jedynie 7 utworów, ale jak to zazwyczaj bywa w przypadku Łukasza Lacha i jego kompanów jeśli chodzi o wartość tej zawartości należałoby określić go mianem maxi-albumu. Tych siedem piosenek to bowiem przykład tego, jak można skutecznie ożywić mocno już zakurzone kompozycje. L.Stadt dokonując bowiem własnej interpretacji, tchnął nowe, świeże siły witalne i energię w pamiątki po legendarnych bluesmanach i gigantach country. Duży plus należy się również członkom zespołu za działalność edukacyjną przy okazji premiery tego wydawnictwa. Gdyby nie oni, w życiu pewnie nie dowiedziałbym się, że ktoś taki jak Townes Van Zandt tworzył tak wspaniałą muzykę. Ani, że w ogóle istniał. Chyba, że ktoś postanowiłby nakręcić o nim film, jak to niesłusznie został pominięty kiedy rozdawano pieniądze i sławę, a jednocześnie był natchnieniem dla wojujących o swoją wolność mieszkańców Zimbabwe… WL

Print

7. Bokka- Bokka

Enigmatyczni, utalentowani, polscy i nabici niedawno na Pitchforkowy widelec, tyle wiadomo o zespole Bokka. Trio tworzące pod szyldem labelu NextPop (pod którego skrzydłami rozwijają się również Fismoll oraz Kari Amarian) wciąż nie ujawnia nazwisk członków swojego składu, co skutkuje tym, że niektórzy mają po prostu w dupie kto tę płytę nagrał i liczy się dla nich tylko muzyka. Są też tacy, którzy od listopada (od premiery debiutanckiej płyty) główkują, szperają, kombinują i szukają jakichkolwiek tropów. Podobno nazwa jest pomocna… Na giełdzie pojawiały się tacy muzycy jak Kari Amarian, Bogdan Kondracki (producent, pracujący nad debiutem Dawida Podsiadło) i część składu tres.b. Jedno jest pewne – świetny eponimiczny debiut może być momentem przełomowym dla rozwoju polskiej muzyki XXI wieku. Swoje muzyczne 5 minut ma od jakiegoś czasu Skandynawia. Dzięki takim albumom jak Bokka, które robią zamieszanie na zagranicznych portalach, parafraza słów Mikołaja Reja – Polacy nie gęsi swoją muzykę mają już niedługo może być przedmiotem rozterek zagranicznych dziennikarzy muzycznych. MM

5

6. 5– Dick4Dick

Szóstka w naszym zestawieniu zarezerwowana została dla płyty, która nieco odmieniła moje postrzeganie zespołu który ją nagrał. Z przyczyn których nikomu nie muszę tłumaczyć, twórczość Dick4Dick zawsze traktowałem jak przezabawny muzyczny dowcip, z lekkim przymrużeniem oka. Ilekroć słyszałem dotychczasową twórczość zespołu, morda zawsze się cieszyła, nogi rwały do tańca, ale na tym raczej się kończyło. Album „5” z bliżej niewyjaśnionych powodów obudził we mnie zmysł odpowiedzialny za wychwycenie dobrej muzyki. Otóż, „5” to album zwyczajnie świetny. Owszem, ANALOgii do, jak to określił redaktor Lewandowski: pornrocka, testodisco czy erotopopu, nie trzeba daleko szukać – singlowy Uśmiechnięty Pies to pierwszy sygnał, że u pozytywnie rąbniętych chłopaków z Trójmiasta wszystko po staremu. Ponadto lirycznie ekipie zdarza się uderzać zarówno w tematykę poważną (Złamana Brzoza, Jak Żyć), jak i nieco bardziej przyziemną (Śmieszny Papierosek). Za całokształt warstwy tekstowej zespołowi należą się brawa. W kwestii samej muzyki, ewidentnie słychać, że Dick4Dick się rozwinęli. Nikogo zatem nie powinno zdziwić, że zasłużenie znaleźliśmy dla tych kutanoidalnych dziwaków miejsce w dziesiątce najlepszych tegorocznych polskich wydawnictw. PR

walkitoff

5. Walk It Off– Eric Shoves Them In His Pockets

Zawsze miałem żal do polskiej alternatywy o to, że takie zespoły jak Pavement, Modest Mouse czy Yo La Tengo mimo, że w miarę w Polsce popularne to nie trafiały z jakiegoś powodu na muzycznie żyzną glebę. Nikomu nie chciało się trochę wyluzować i trochę powygłupiać, bo trzeba było śpiewać o tym jak to „moja i twoja nadzieja uczyni realnym krok w chmurach”. „Awkward-rock” w wydaniu Eric Shoves Them In His Pockets (sami muzycy tak nazywają gatunek w którym się poruszają) luzuje polską rock-scenę i to w bardzo dobrym, nie silącym się w zasadzie na nic stylu. Wietrzy ją wpadającymi w ucho kompozycjami, nienaganną angielszczyzną i młodzieńczym optymizmem. Super, że taki zespół w końcu powstał i w końcu wydał taką płytę. I coś mi mówi, że nie tylko ja na nią czekałem. MM

diamenty

4. Diamenty– Psychocukier

Myślę, że wszystkim znane jest pochodzące z języka tchórzliwych żabojadów określenie enfant terrible. Członkowie zespołu Psychocukier zawsze uchodzili za takich właśnie huncwotów i urwipołciów polskiej sceny muzycznej. Sasza, Piotrek i Marcin celowali w niewybrednych żartach, dziwnych tekstach i specyficznym poczuciu humoru. Okładka ich najnowszego albumu „Diamenty” mogłaby wskazywać, że ani myślą schodzić z tej raz obranej ścieżki. A tu bęc. Niespodzianka. Psychocukier postanowił dojrzeć i spoważnieć. Efektem ich decyzji jest najbardziej stonowana, dojrzała i transowa płyta w dorobku łódzkiego tria. Jednocześnie jest to chyba najlepsza jego płyta do tej pory. Okazuje się bowiem, że grający wolniej i spokojniej Psychocukier potrafi tworzyć jeszcze bardziej nietuzinkowe kompozycje i jeszcze bardziej niepospolite teksty (tym razem nieco bardziej przepełnione goryczą i motywami marynistycznymi) niż pokazywał to do tej pory. Zaprocentowała również współpraca z Mikołajem Bugajakiem (Noonem) który pomagał chłopakom przy nagrywaniu i szlifowaniu „Diamentów” sprawiając, że wreszcie jest to płyta Psychocukru, która jest nie tylko świetnie zagrana, ale też i świetnie nagrana. WL

hellada_rebeka

3. Hellada– Rebeka

Swoim ubiegłorocznym debiutem Kamp! zasiał na polskiej scenie muzycznej ferment. Oczy i uszy szerokiej rzeszy fanów dobrej muzyki nad Wisłą zwróciły się uważniej w stronę sceny electro-popowej. Nagle okazało się, że ludzie dotychczas słuchający Cut Copy, starego The Knife i innych elektropopowych zespołów mogą znaleźć na rodzimym podwórku bandy grające podobną muzykę na tym samym poziomie co ich zagraniczni koledzy. Kamp! mógł stanowić jaskółkę nie czyniącą wiosny. Mógł, ale na szczęście nie stanowił bo za jego przykładem poszli inni. Najlepszym tego potwierdzeniem jest tegoroczny debiut poznańskiego duetu Rebeka. „Hellada” jest bowiem płytą co najmniej równie dobrą co „Kamp!” (i co najmniej równie długo wyczekiwaną). Każdy z 12 utworów na niej zawartych to majstersztyk kompozycyjny i aranżacyjny Iwony Skwarek i Bartosza Szczęsnego. Szczególny zachwyt budzi wokal Iwony, która obdarzona jest jednym z najbardziej intrygujących i czarujących głosów wśród polskich wokalistek. Na „Helladzie” jest on poparty momentami nostalgiczną, momentami niepokojącą, momentami taneczną, ale cały czas zachwycającą warstwą dźwiękową. Razem składa się to na piorunujący efekt. Duetowi pewnie na początku trudno było uciec od porównań z łódzko-wrocławskim triem i oceniania „Hellady” w kontekście „Kamp!”. Wspólna, tryumfalna, trasa koncertowa po całej Polsce Brennnessel on Tour udowodniła, że wszelkie takie porównania i próby wartościowania są bezsensowne. I wyraźnie pokazała wszelkim niedowiarkom, że mamy conajmniej dwie grupy exportowe i że Polska electro-popem stoi. WL

ament

2. Ament– UL/KR

Drugie miejsce na pudle zarezerwowaliśmy dla albumu wydanego w pierwszej połowie roku. „Ament” to drugie długogrające (tylko z technicznego punktu widzenia, bowiem faktycznie album trwa jakieś pół godziny) gorzowskiego duetu UL/KR. Krążek ten to godna kontynuacja debiutu, być może lepsza, nieco bardziej dorosła, jeszcze bardziej magiczna. Jej główną zaletą jest jednak oryginalność. Trudno znaleźć w naszym kraju wśród dzisiejszych młodych gniewnych takich, którzy mają zapał do grania muzyki tak ambitnej, wyważonej, a zarazem ściągającej pod scenę tłumy fanów chętnych pobujać się w rytm subtelnie wibrujących brzmień od Błażeja i Maurycego. „Ament” to spójne niespełna trzydzieści minut hipnotyzującej elektroniki wspartej znakomitą warstwą liryczną, w ramach której usłyszeć możemy sztandarowe ul/krowskie kawałki: Magię i Anonim. Ktoś niedawno napisał, że dobra muzyka kończy się tam, gdzie zaczyna się komercja. Odnosząc się do tych słów, UL/KR zasługują na słowa uznania za „Ament”. Albumem tym  duet bez wątpienia wybronił się po świetnym debiucie, a przede wszystkim, mimo sukcesu jaki osiągnął, nie dał się wciągnąć w zgubny komercyjny wir. PR

Waglewski-Fisz-Emade

1. Matka, Syn, Bóg– Waglewski Fisz Emade

Od dawna chyba nie było roku, żeby w Polsce nie ukazała się świetna płyta opatrzona nazwiskiem któregoś z Waglewskich. Na początku było to głównie domeną głowy klanu Wojciecha, ale od jakiegoś czasu świetne albumy zawdzięczamy także młodszym latoroślom rodu, czyli Fiszowi i Emade. Gdy po raz drugi zdecydowali się nagrać płytę wszyscy razem, wiadomo było, że efektem ich współpracy będzie płyta szczególna. I tak jest z albumem „Matka, Syn, Bóg”. Albumem, który opowiada o najważniejszych rzeczach w życiu każdego faceta, chłopca i mężczyzny. Jest to jednak płyta daleka od odstraszającej powagi i drętwoty. Dzięki swojej różnorodnej formie, klimatowi poszczególnych piosenek i uniwersalnemu przesłaniu dotrze do ucha każdego. Poważne rozmowy ojca z synami o pryncypiach przeplatane są bluesowymi opowiastkami, w których wyraźnie słychać niepodrabialny storytellingowy dryg Fisza. To sprawia, że nie jest to płyta zbyt ciężka i zbyt trudna do przyjęcia. I mimo, że jest to album momentami nierówny to jednak zasługujący na wyróżnienie. Poprzednia płyta podpisana Waglewski Fisz Emade, czyli „Męska Muzyka” pokryła się platyną. „Matka, Syn, Bóg” ma potencjał na podwójną. WL

Dla jednych Markowscy, dla innych Riedlowie, a dla nas bezsprzecznie są to Waglewscy. Każda kolejna płyta spłodzona przez któregoś Wojciecha, Piotra czy Bartosza, niezależnie czy ukazująca się pod szyldem Fisz, Emade, Tworzywo Sztuczne, Kim Nowak czy Voo Voo, jest płytą godną uwagi. Waglewscy na przestrzeni całej swojej kariery zdobywali uznanie miłośników hip-hopu oraz rocka w wersji zarówno alternatywnej, jak i klasycznej. Nic zatem dziwnego, że drugi nagrany wspólnie album łączy w sobie wszystko to, co Wagle mieli nam do zaoferowania. Miszmasz doświadczenia i lirycznego kunsztu ze świeżością i nowatorskim podejściem odczuwalny jest od pierwszych do ostatnich dźwięków. Piękna Matka, beztroski Syn i stanowczy Bóg, wspólnie ze znanym już chyba każdemu Ojcem, wyznaczają ramy dla tego najlepszego naszym zdaniem polskiego albumu 2013 roku. I choć podobno z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu, to każdy trzech współautorów albumu „Matka, Syn, Bóg” śmiało może powiedzieć, że ze swoją rodziną najlepiej czuje się w studiu nagraniowym. PR

Faktycznie, rodzinie Wagli o wiele lepiej wychodzi praca w studiu niż robienie rodzinnych zdjęć (vide okładka najnowszego albumu WFE, na której Emade niby jest, a jednak jego twarzy uchwycić się nie udało). Przy okazji albumu Matka, Syn, Bóg wydawać by się mogło cholernie trudny do uzyskania kompromis brzmieniowy wyszedł zaskakująco klarownie. Może to kwestia tego, że przez ostatnie lata Bartek i Piotrek Waglewscy po swojemu zdążyli ugryźć rockową estetykę nagrywając dwa albumy jako Kim Nowak i tak im się to spodobało, że w studio nie mieli się o co z ojcem kłócić? Nie wiem, ale wyszło to rewelacyjnie. Jest dojrzale, bluesowo, rockowo, no a Fisz znowu sypie pomysłami na dobre teksty jak z rękawa. MM

BONUS

Podobnie jak w naszym rankingu albumów zagranicznych mieliśmy możliwość dodania do zestawienia jednego albumu. Oto na co każdy z nas się zdecydował (tym razem tylko Lewandowski):

cieńchmurynadukrytympolem

Lewandowski: Cień chmury nad ukrytym polem- Stara Rzeka

Zdarzają się czasem płyty, których fenomenu nie da się racjonalnie wytłumaczyć. Dokładnie tak ma się sprawa z płytą „Cień chmury nad ukrytym polem”. Jest to jedna z najbardziej niezwykłych płyt nagranych kiedykolwiek w naszym kraju. Niełatwo jednak tę niezwykłość wyjaśnić. Zresztą niezwykłości jest tu wiele. Niezwykły jest frapujący i tajemniczy tytuł tej płyty. Niezwykła jest okładka, znacznie odróżniająca się od leżących obok niej na półkach sklepowych obwolut. Niezwykłe jest to, że płyta przesiąknięta inspiracjami słowiańską muzyką dawną potrafi tak przekonująco i aktualnie brzmieć w XXI wieku. Niezwykłe są emocje i przeżycia występujące podczas słuchania tego wydawnictwa. Niezwykłe jest to, że mimo, że to Stara Rzeka i raczej spokojnie toczy swe wody, to bywają chwile, że nurt ma wartki. Momentami nawet na tyle wzburzony, że chętnie występuje z brzegów zalewając słuchacza dźwiękami. Niezwykłe jest to, że przebogate i różnorodne instrumentarium użyte na tym albumie jest zasługą jednego człowieka. Nazywa się on Kuba Ziołek. I warto to nazwisko zapamiętać, bo z pewnością będzie o nim i o jego twórczości jeszcze nie raz głośno.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s