Słyszyrok 2013: Albumy Zagraniczne

albZAGRA2013

Koniec roku kalendarzowego to zawsze idealna okazja do złapania odrobiny dystansu to tego co się wydarzyło podczas mijających 12 miesięcy. To czas podsumowań, rozliczeń z dotrzymanymi i niedotrzymanymi postanowieniami noworocznymi. Zazwyczaj taki bilans pomaga w odgrodzeniu „grubą kreską” wydarzeń przeszłych, zostawieniu ich za sobą i pójściu w przód ku nowym wyzwaniom i postanowieniom (chyba że dotyczą one rzucania palenia). Nam również nieobce są podobne igraszki, dlatego postanowiliśmy podsumować rok 2013 w muzyce, jak zawsze kierując się tylko i wyłącznie naszym słyszymisie. Na poniższej liście kilku podobno ważnych tytułów nie znajdziecie, natomiast natknąć możecie się na takie, co pomijane są gdzie indziej. Serdecznie zapraszamy do skonfrontowania się z powstałą w bólach, po licznych deliberacjach, libacjach i kłótniach, słyszymisiową listą 10 Najlepszych Zagranicznych Albumów 2013 roku. Roku, który przez niektórych, w tym i przez nas, uważany jest za jeden z najlepszych w historii muzyki.

sequeltotheprequel

10. Sequel To The Prequel– Babyshambles

Openerem naszej dziesiątki Najlepszych Zagranicznych Albumów 2013 roku rzutem na taśmę, okazał się najnowszy album Pete’a Doherty’ego i jego spółki numer 2., czyli brytoli z Babyshambles. Album według mnie z paru powodów niezwykły. Po pierwsze Sequel to the Prequel to pierwszy od 6 lat album zespołu (ostatnim do momentu premiery Sequel to the Prequel było wydane w 2007 Shotter’s Nation) – przerwa ta spowodowana była wieloma zdrowotnymi problemami z jakimi borykali się członkowie formacji. Po drugie, czego bali się chyba wszyscy fani zespołu, krążek ten nie okazał się tylko karkołomną próbą nagrania materiału na miarę możliwości i talentów Londyńczyków, dzięki któremu znowu mogliby mieć kupę hajsu na topienie się w swoich nałogach. Słuchając go ma się zgoła inne wrażenie. To album gości, którzy kochają grać i mimo wielu problemów (wypadek samochodowy basisty zespołu – Drew McConnella, po którym musiał od nowa uczyć się chodzić czy prawie całkowite zatracenie się Pete’a w narkotykowych zaświatach) wciąż się rozwijają; dla których (mimo zamiłowania do wielu innych używek) to właśnie muzyka pozostała najlepszym narkotykiem i sposobem na oswajanie rzeczywistości. Po trzecie, słuchanie Nothing Comes to Nothing, Picture Me in a Hospital czy Dr No było zdecydowanie jednym z najbardziej emocjonalnych doznań jakie muzyka a.d. 2013 miała mi do zaoferowania. MM

miles kane

9. Don’t Forget Who You Are– Miles Kane

Jednym z muzycznych paradoksów tego roku wydaje się być nieobecność (lub obecność, ale w głębokiej otchłani) rocznych podsumowań drugiego studyjnego solowego dokonania Milesa Kane’a. Owszem, ten znany z zespołów The Rascals i The Last Shadow Puppets dżentelmen wybrał kiepski rok, jeśli liczył, że jego album podbije wszelkie zestawienia za 2013 rok. Zbyt dużo spektakularnych powrotów, zbyt dużo zachwytu nad debiutantami. My na szczęście pamiętaliśmy kim jest Miles Kane i doceniliśmy jego „Don’t Forget Who You Are” umieszczając go na 9. miejscu naszej listy. I nie jest to tylko 9. miejsce, lecz dziewiąte. Brytyjczyk nagrał płytę mogącą śmiało startować do miana sztandarowego przykładu jak dzisiaj na Wyspach brzmi indie rock. Gitarowy kunszt, żywiołowe i surowe riffy w połączeniu z piękną angielszczyzną Kane’a dodatkowo dosłodzone melodyjnymi brzmieniami nie były dla nas zaskoczeniem. Potwierdziły tylko ogromną klasę Anglika i podsyciły apetyt na dalsze jego dokonania. Czy solo, czy wspólnie z Alexem Turnerem – bez znaczenia. Miejmy nadzieję, że będziemy jeszcze mieli w niedalekiej przyszłości okazję do równie pozytywnych podsumowań jego twórczości. PR

nickcave

8. Push The Sky Away– Nick Cave & The Bad Seeds

Rok 2013 zapamiętamy również pod hasłem Roku Wielkich Powrotów. Tak się szczęśliwie złożyło, że podczas upływających właśnie 12 miesięcy z nowymi albumami powróciła prawie cała żyjąca reprezentacja Rock’n’Roll Hall of Fame. Świetną, różnorodną i zaskakującą płytę „The Next Day” wydał wielki David Bowie. W bardzo dobrej formie powrócił również Iggy Pop z The Stooges swoim energetycznym albumem „Ready To Die”. Poziomem swojego albumu „New” zaskoczył też Paul McCartney. Jednak ani oni, ani inni powracający wielcy nie zasłużyli na najwyższą notę z naszej strony. W naszej Redakcji największe uznanie zyskał sobie album, którego autorem jest Nick Cave & The Bad Seeds. Ten diabeł tasmański z antypodów powrócił w jednym ze swoich najspokojniejszych wcieleń. Płyta „Push The Sky Away” jest zupełnym przeciwieństwem ostatniego, dynamicznego „Dig, Lazarus Dig!!!”. Jest ona jednak jednocześnie jedną z najlepszych w jego dotychczasowym dorobku, pokazującą, że natchniony i dojrzały Nick Cave to jest jedno z najbardziej zachwycających jego wcieleń (drugim jest niewątpliwie jego nieokiełznany sceniczny żywioł pokazany na koncercie na tegorocznym Openerze). Ta płyta to również cichy tryumf brodatego skrzypka Warrena Ellisa, który zastąpił współtwórcę zespołu, Micka Harveya. WL

lightupgold

7. Light Up Gold- Parquet Courts

W 2013 roku przekonaliśmy się także, że gatunek muzyczny, powszechnie nazywany punkiem, jeszcze nie umarł (w myśl sloganu). Mało tego, że nie umarł. Daleko mu do stetryczenia, poruszania się przy pomocy balkonika i robienia pod siebie. Muzykom, którzy z rwetesu, hałasu i jazgotu uczynili swój sposób komunikowania się ze światem zawdzięczamy bowiem kilka najświeższych i najciekawszych tegorocznych albumów. Wśród nich należy wymienić wspominanego Iggy’ego Popa, dzieło ponurych duńczyków z Iceage „You Are Nothing”, świetny debiut brytyjskiego Drenge i najlepsze z całej trójki wydawnictwo „Light Up Gold”, za które odpowiedzialni są członkowie brooklyńskiego kwartetu Parquet Courts. Ukazanie się tego albumu w styczniu od razu wywołało niemałe zamieszanie. Energiczne i bezkompromisowe pigułki w postaci Master of My Craft, Borrowed Time i Stoned and Starving natychmiast przykuły uwagę mediów na całym świecie. Niebanalne teksty, więcej niż przyzwoite brzmienie i surowa energia sprawiły, że ich debiut był jak solidne muzyczne kopnięcie w tyłek, tudzież siarczysty policzek wymierzony reszcie sceny za Wielką Wodą i na Starym Kontynencie. Cieszy fakt, że Amerykanie nie osiedli na laurach, tylko nie ustają w rozwoju, czego jasno świecącym przykładem jest wydana w październiku EP-ka „Tally All The Things That You Broke”. Z niecierpliwością czekamy na kolejne kopnięcia w tyłek i siarczyste policzki autorstwa ich i ich kolegów. WL

savages (2)

6. Silence Yourself– Savages

„Ty masz mnie za głupią dzikuskę” śpiewała jakieś 18 lat temu Edzia Górniak aka Facebookowa Płaczka III RP. O swojej dzikiej, atawistycznej naturze można oczywiście śpiewać lulając swoim delikatnie ślizgającym się po pięciolinii głosem do snu, ale chyba ciut lepszym wyborem jest nadanie jej autentycznego, muzycznego wyrazu zakorzenionego w post-punkowej estetyce, uderzającego w czerep transowymi bębnami, ostrymi riffami i dzikimi wrzaskami. Tym drugim tropem poszły Jehnny Betty, Gemma Thompson, Ayse Hassan i Fay Milton z londyńskiego kwartetu Savages nagrywając swój debiutancki album Silence Yourself. Album swoją bestialską żywiołowością, precyzją oraz rewelacyjną produkcją zrobił niemały zamęt i wraz ze „180” gówniarzy z Palma Violets broni w tym roku honoru debiutantów z Wysp Brytyjskich. Ponadto, pozwala na kilkadziesiąt minut przenieść się do czasów, w których prym wiodły zespoły takie jak Joy Division czy Public Image Ltd – nie żeby była to jakaś wybitnie optymistyczna przejażdżka, no ale czego się nie robi, żeby Coś poczuć, a Savages przyspieszają tętno i nie cackają się z naszymi neuronami, więc jeśli nie słuchałeś/aś – Wycisz Się i na moment pozwól Brytyjkom obudzić w sobie małego dzikusa (a jak Ci się spodoba, to masz szczęście, bo 1 marca 2014 zagrają w Nowym Teatrze w Warszawie). MM

holy fire

5. Holy Fire– Foals

Wydaje się, jakby od premiery „Holy Fire” minęło już co najmniej kilka lat. Singlowe Inhaler i My Number ukazały się jeszcze w 2012 roku, zaś na album czekaliśmy do lutego. Od tamtej pory wydarzyło się wiele dobrego, jednak nie na tyle dużo byśmy zapomnieli o naszych redakcyjnych ulubieńcach. W całym zamieszaniu bowiem źrebaki dały radę pozostać w jednej z pierwszoplanowych ról. Foals rozpieścili swoich fanów w tym roku ze szczodrością godną kochających dziadków. Najpierw uraczyli nas apetycznym „Holy Fire”, a na deser wcisnęli w nas jeszcze fenomenalny koncert. Na koncertowe podsumowania przyjdzie jednak jeszcze pora, tu parę słów o samym albumie. Począwszy od wybuchowego Inhaler, przez dyskotekowo-przebojowe My Number i Everytime, aż po przepięknie kojące Late Night czy Milk And Black Spiders, całe wydawnictwo brzmi dokładnie tak jak powinno. Muzycznie spójna kompozycja uświetniona tym, co w twórczości Foalsów kochamy najbardziej, czyli rytmicznym gitarowym plumkaniem, wyniosła ich trzecią studyjną płytę na zasłużone 5. miejsce naszego zestawienia. O ile „Total Life Forever”, a więc poprzedni krążek Brytyjczyków, był swojego rodzaju potwierdzeniem dojrzewania Foalsów, o tyle „Holy Fire” śmiało można określić mianem pełnowartościowego, dorosłego albumu. W jego recenzji NME napisało, że 2013 jest w dobrych rękach. Zgadza się. Yannis i spółka dzielnie podtrzymywali swoimi kopytkami losy kończącego się właśnie roku. PR

180

4. 180– Palma Violets

Wszystko zaczęło się od niepozornego I wanna be your best friend. Biorąc pod uwagę, że na podium naszego zestawienia znaleźli się sami giganci, Palma Violets mają prawo być dumni, bowiem 4. miejsce jak na debiutantów to wynik wydawałoby się szokująco dobry. W redakcji szoku jednak nie było. Każde kolejne przesłuchanie albumu „180” przybliża do uzasadnionej euforii nad muzyką jaką spod swoich skrzydeł wypuścili tegoroczni rewelacyjni Brytyjscy debiutanci. Okazuje się, że tam, gdzie większość próbujących wybić się poza Wyspy młodziaków popełnia błędy, Palma Violets podeszli do sprawy niczym starzy wyjadacze, choć w swoim profesjonalizmie dali radę uchować mnóstwo szczeniackiej świeżości. Album jest kompletny, tryska energią od pierwszych dźwięków kultowego już Best Of Friends aż po zamykające płytę 14 i Brand New Song. Trudno mówić o dojrzałości, o powadze, o spokoju, ale cóż tego? Chłopaki z Londynu zabawili się muzyką i ich garażowe poczynania przeistoczyły się w występy na scenach największych letnich festiwali, w tym tej openerowej. Prawdopodobnie Palma Violets nie dowiedzą się nigdy, że gdzieś w kraju, z którego pochodzi tak wiele osób przez nich mijanych na ulicach Londynu, są osoby które pod wpływem nieustającego zachwytu sklasyfikowały ich album wyżej niż wydawnictwa starszych kolegów po fachu (np. Foals czy Babyshambles). Tak czy inaczej chylimy czoła Anglikom, którzy „sto osiemdziesiątką” dorzucili swoje dwa grosze (pensy?) do zapierającego dech w piersiach muzycznego pejzażu 2013 roku. PR

likeclockwork

3. …Like Clockwork– Queens Of The Stone Age

Pisano już o tym albumie bardzo dużo, czasami zarzucając mu (o dziwo) dziwną jak na QOTSA przystępność i przebojowość. Tak czy siak, … Like Clockwork to album, który pozytywnie zaskoczył chyba nawet najbardziej zagorzałych fanów zespołu. Josh Homme („Homi”, bo wiele osób ma problem z wymową tego nazwiska) z kumplami, podobnie jak Babyshambles, bo po 6 letniej przerwie (podczas której udzielali się w innych projektach) powrócili na muzyczny olimp i przy okazji (z czego na pewno będą niesamowicie dumni) zajęli 3. miejsce w naszym podsumowaniu. Na  tym fantastycznym krążku znalazło się 10 mrocznych kompozycji rodem z sennego koszmaru, cholernie zapadających w pamięć, wskrzeszających wiarę w potęgę rocka, okraszonych chyba pierwszymi tak dojrzałymi tekstami Josha (który swoje przez ostatnich parę lat przeżył – po krótce: śmierć kliniczną i oświecenie uzyskane dzięki lansowanej przez Davida Lyncha medytacji transcendentalnej). Koszmar nigdy nie brzmiał tak dobrze. Gdyby QOTSA mogłoby robić soundtrack do moich snów, mogłyby mi się śnić nawet najobrzydliwsze topielce. MM

reflektor

2. Reflektor– Arcade Fire

Kanadyjczycy od czasów debiutu w 2004 roku aspirowali do miana „Największego Zespołu Naszych Czasów” (albo wszyscy dookoła chcieli żeby aspirowali). Już podczas premiery „Funeral” niektórzy przebąkiwali, że może, że tylko ciut gorsi od Radiohead, że jedna z najlepszych płyt XX wieku… Po nieco rozczarowującym „Neon Bible” zespół z Montrealu powrócił w tryumfalnym stylu wraz z nagrodzonym GRAMMY albumem „The Suburbs”. Świat zatrzymał się trzy lata temu w miejscu by oddać pokłon wirtuozom i geniuszom z kraju syropu klonowego i hokeja. Ledwo co wstał z kolan, a muzycy Arcade Fire znów zmusili go by raz jeszcze dokonał przed nimi obrzędu proskynesis. Wszystko za sprawą najnowszego wydawnictwa Wina Butlera i spółki. Monumentalny ale nie przerośnięty, epicki ale nie pompatyczny i dostojny ale nie karykaturalny dwupłytowy album „Reflektor” sprawił, że raz jeszcze wszyscy dookoła zazdroszczą im geniuszu kompozytorskiego i koncepcyjnego. Sam David Bowie chce im ukraść singla, James Murphy zasiada za konsoletą, a Bono występuje w ich klipie. I tylko jeden Ale… o tym za chwilę. Dodatkowo oprócz tego wszystkiego co dotychczas ich wyróżniało z tłumu młodych zespołów grających głupie i naiwne piosenki o dziewczynach i alkoholu, oprócz piosenek o świętej Joannie d’Arc, oprócz inspiracji filozofią Kierkegaarda, oprócz pielgrzymki na Haiti, oprócz mitu o Orfeuszu i Eurydyce, Kanadyjczycy wreszcie brzmią na tym albumie tak, jakby granie zaczęło sprawiać im frajdę. I nie da się ukryć, że bardzo nam się takie ich oblicze podoba. WL

am (2)

1. AM– Arctic Monkeys

Najwspanialszym sportem na świecie jest Formuła 1. Współcześni gladiatorzy z narażeniem życia ścigają się między sobą w maszynach będących szczytem osiągnięć kreatywności i inżynierii o miano najlepszego. W jej świecie i języku jakiego używa się do jego opisania niezwykle ważne miejsce zajmuje pojęcie „szczytu zakrętu” (z angielskiego apex). Dla niewtajemniczonych powiem, że jest to taki punkt w środku zakrętu, w który musi trafić jadący 250 km/h kierowca, żeby móc pokonać ten zakręt z największą możliwą prędkością i wykorzystując w pełni potencjał swój i swojej maszyny. Jeśli w niego nie trafi, to albo skończy rozbijając się w kuli ognia na pobliskiej ścianie, albo przejedzie ten zakręt wolniej (gorzej) niż go na to stać. Trafienie w apex nie jest więc jak widać łatwą sztuką. Arctic Monkeys się jednak udała. Po nie-tak-dobrych-jak-powinny-być „Humbugu” i „Suck It And See” Czwórka z Sheffield była pod małą presją. Alex Turner i spółka bardzo łatwo mogli jej ulec i wydać kolejną płytę poniżej swoich możliwości. Mogli też ucierpieć w wypadku niedostosowania swoich środków do okoliczności. Nie zrobili tego. „AM” jest albumem na, którym w pełni wykorzystują swój potencjał. Od samego początku, wraz z singlami Do I Wanna Know? i R U Mine? obrali idealną linię, której później konsekwentnie się trzymali, dociskając gaz do dechy i trafiając w szczyt swoich, gigantycznych możliwości. Dodatkowo trafili w ten jeden, jedyny punkt w którym ich (arcy)dzieło trafiło do mnie z pełną siłą rażenia. Dzięki temu, tak jak moim dziadkom rok ’56 kojarzył się z Gomułką, moim rodzicom ’81 z Jaruzelskim, tak mi na myśl o roku pańskim 2013 zawsze w pamięci pojawiać się będzie Turner. WL

Chciałoby się powiedzieć: „zwycięzca mógł być tylko jeden”. Chyba w tym roku wszyscy musimy się zgodzić z tym, że Arctic Monkeys byli pewniakami, choć przyznać należy, że rywala mieli godnego i w naszych redakcyjnych rozważaniach triumfator nie był jasny do ostatnich chwil. Jedno było pewne – gdyby ktoś z nas trzech nie dopuścił do pierwszej dwójki „AM” lub „Reflektora”, prędzej czy później mogłaby polać się krew. Jak zatem wyjaśnić fakt, że to właśnie Brytyjczycy znaleźli się przed Kanadyjczykami w naszym zestawieniu? Prawdopodobnie ilu fanów ich muzyki chodzi po świecie, tyle istnieje różnych uzasadnień. Najłatwiej powiedzieć: „bo to po prostu lepszy album”. Ale to nie takie proste. Dla mnie osobiście, Małpy rozegrały kwestię tegorocznej premiery swojej płyty z bardziej przemyślaną strategią. Zaczęło się od R U Mine?. Kawałek jeszcze nie perfekcyjny, ale bijący na głowę single z poprzedniego albumu, dał wszystkim do zrozumienia, że w małpich szeregach znów zaczyna się dobrze dziać. Następny w kolejce Do I Wanna Know? został odebrany inaczej. Broń w postaci „crawling back to you” bez pardonu zawładnęła gustami muzycznymi fanów Brytyjczyków oraz laików, którzy bez opamiętania  nucili te słowa i udostępniali wszędzie gdzie było to możliwe ilustrację do tej piosenki. Skoro wszyscy byliśmy już gotowi na ostateczne uderzenie, Turner z kolegami zaserwowali nam cały album.. Potraktujcie tę teorię spiskową z lekkim przymrużeniem oka. Stworzyłem ją, by nie musieć ograniczać się do stwierdzenia, że „AM” to jeden z tych nielicznych albumów w historii muzyki, który zasługuje na szóstkę z plusem. PR

Przyznaję, na początku nie podzielałem entuzjazmu, z którym o AM wypowiadali się koledzy wyżej. O R U Mine? w momencie premiery albumu już dawno zapomniałem, o Do I Wanna Know? na początku nawet nie chciałem wiedzieć, a Why’d You Only Call Me When You’re High? było dla mnie za wysoko. Oczywiście robię sobie jaja i żeby wyprzeć się miłości do tej płyty, musiałbym najzwyczajniej w świecie skłamać. Oprócz tych dziwnych falsettowatych wstawek, za każdym razem kojarzących mi się z Bee Geesami (vide One for the Road), ten album jest prawie perfekcyjny, a z każdym odsłuchem do ideału jest mu coraz bliżej (głównie za sprawą lirycznego kunsztu Alexa Turnera, który wyrósł już na nową ikonę stylu). Wszystko chyba zostało już powiedziane. Album roku 2013 i przy okazji najseksowniejszy album dekady. Arctic Monkeys postawili sobie teraz poprzeczkę niesłychanie wysoko. Słyszy rok 2013 przyznany, ciężko zatem będzie znaleźć motywacje do nagrywania kolejnych albumów. MM

BONUS

Gdy emocje już opadły, jak po wielkiej bitwie kurz, jak to mówi klasyk, zapraszamy do zapoznania się z przygotowanym przez nas deserem po daniu głównym. Zgodnie stwierdziliśmy, że zależy nam na tym, żeby w tym zestawieniu pojawiły się pewne płyty, które z powodu tego, że 10 to 10, a nie 13 nie zmieściły się w pierwszej dziesiątce naszego podsumowania, a chcielibyśmy je w jakiś szczególny sposób wyróżnić. Dlatego każdy z nas otrzymał prawo do dopisania w formie bonusu jednego dowolnie wybranego przez siebie albumu spoza powyższej listy.

David Bowie's The Next Day

Lewandowski: The Next Day- David Bowie

David Bowie do 2013 roku był dla mnie niezapisaną kartką w moim muzycznym portfolio. Zawsze brakowało mi pieniędzy, czasu i chyba też pewnej dojrzałości, żeby bliżej zapoznać się z bogatą twórczością Księcia Muzyki. Być może brakowało mi też impulsu. Palca, który popchnąłby mnie w stronę tych nieznanych dotąd lądów i krain. Teraz, 11 albumów Bowiego później, stwierdzam, że tym co powstrzymywało mnie przed poznaniem jego twórczości przed rokiem 2013 był chyba przede wszystkim brak rozumu. Niemniej bez wyraźnego impulsu nie poszedłbym od razu po rozum do głowy. A trudno o wyraźniejszy i mocniejszy impuls do poznania twórczości dowolnego artysty, niż jego nowe arcydzieło będące syntezą wszystkich poprzednich. Tak bowiem sprawa przedstawiała się z „The Next Day”. Wydany został po długich, 10 latach milczenia album, czego nie spodziewali się chyba nawet najzagorzalsi fani twórczości Wielkiego Davida. Część ludzi zdążyła pewnie już o nim zapomnieć. Część pewnie postawiła już na nim krzyżyk. Wszyscy oni się mylil. „The Next Day” to bowiem najlepszy możliwy sposób na powiedzenie wszystkim: „Patrzcie, jeszcze żyję! Mało tego, że żyję. Wydaję płytę będącą podsumowaniem mojej kariery, zapraszam do teledysków Tildę Swinton, Gary’ego Oldmana i Marion Cotillard, sam w jednym z nich występuje ustylizowany na Jezusa, a James Murphy robi dla mnie remix wszech czasów. Ktoś tu ma jeszcze jakieś wątpliwości kto jest Największym Artystą W Dziejach Muzyki?” Za to nie mogło Davida Bowiego w tym podsumowaniu zabraknąć.

RAM

Róg: Random Access Memories– Daft Punk

Skoro w powyżej zamieszczonej dziesiątce najlepszych albumów 2013 roku nie znalazło się miejsce dla krążka „Random Access Memories”, uznałem, że to właśnie to wydawnictwo zasługuje na miano bonusu tegorocznego zestawienia. I choć „RAM” rzeczywiście muzycznie ustępował wielu innym płytom, to istnieje kilka solidnych podstaw, do tego, by Daft Punk ze swoim najnowszym krążkiem został uwzględniony w przygotowanym przez nas podsumowaniu. To przede wszystkim album ważny, żeby nie powiedzieć przełomowy. Te 13 kawałków zamknęły usta hejterom, którzy myśleli że francuski duet to tylko monotonna taneczna jebawa, a zarazem otworzyły oczy wszystkim trzymającym się z dala od elektroniki sceptykom. Daft Punk na „RAM” zaprosili szereg artystów z najróżniejszych muzycznych kręgów i zaserwowali pełną gamę odcieni electr0 brzmień – począwszy od spokojnie pełznących The Game Of Love czy Instant Crush, przez typowo-pod-nóżkę Lose Yourself To Dance i Get Lucky, aż po potężną petardę Contact. Trudno przypomnieć mi sobie album z tego gatunku muzyki, który cieszyłby się takim zainteresowaniem, nie tylko ze strony fanów, ale przede wszystkim ze strony wszystkich, których w tym roku Daft Punk do siebie przekonali. „RAM” był krokiem nadzwyczaj odważnym. W końcu poza odnowieniem swoich kasków, panowie Bangalter i de Homem-Christo odświeżyli także swój muzyczny wizerunek. I nie ma znaczenia, że u jednych budzi on entuzjazm, a u innych kompletne zniechęcenie. Nikt obok „RAM” w tym roku obojętnie nie przeszedł i chyba to właśnie nadaje mu ogromnego znaczenia jakie wniósł w soundtrack 2013 roku.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s