Diamentowy wywiad z Psychocukrem

psychocukier_1

Zespół Psychocukier to na polskiej scenie ewenement, o czym pisaliśmy już kilkukrotnie. Ich bardzo prosta, aczkolwiek nie prostacka, recepta na granie kilkukrotnie skutkowała bardzo dobrymi płytami i wieloma fantastycznymi koncertami. Nie inaczej jest z najnowszym wydawnictwem łódzkiego tria. Mieliśmy okazję porozmawiać z członkami zespołu wokalistą i gitarzystą Saszą Tomaszewskim, basistą Piotrem Połozem i perkusistą Marcinem Awierianowem o tym wydawnictwie a także o kilku innych kwestiach. Poniżej zapis tego wielce pouczającego spotkania.

Spotykamy się z Wami z okazji premiery Waszej czwartej płyty zatytułowanej „Diamenty”. Kiedy ostatni raz rozmawialiśmy roboczym tytułem było „Gogo” wymyślone przez Piotrka z marihuaną. Kto tym razem pomógł jej wymyślić tytuł „Diamenty”?

(śmiech)

Marcin Awierianow: Alkohol. (śmiech)

Sasza Tomaszewski: Doszliśmy do wniosku, że Mikołaj Bugajak jest takim diamentem, który świetnie wykonuje to co wykonuje. Robi swoją robotę. My jesteśmy też, będę nieskromny, takimi diamentami łódzkimi, on jest diamentem warszawskim, więc ustaliliśmy, że płyta powinna nazywać się „Diamenty” jeśli współpracujemy z Mikołajem

Piotr Połoz: Geneza była inna. Ja wymyśliłem tytuł jakiś taki, co nam się nie podobał ostatecznie. I zdecydowaliśmy się na „Diament”, co było częścią tego tytułu. On brzmiał „Szlifowanie Diamentu”, czy „Szlifowany Diament”

ST: „Robienie Loda” po prostu.

PP: Tak. Jak we trójkę o tym rozmawialiśmy to nam się nie podobał ten tytuł. Sasza zaproponował „Diament”. To mi się nie podobało, bo mi się kojarzyło z jakimś kurde „Błękit” czy coś w tym rodzaju. Stwierdziliśmy, że nas jest trzech i on jest jeden to jesteśmy „Diamenty”. I, że będzie więcej skojarzeń z utworami jak będą „Diamenty”.

Wspominaliście o Mikołaju Bugajaku. On jest producentem kojarzonym z muzyką hiphopową, Wy natomiast jesteście zespołem ze świata rock’n’rolla. Mogliście mieć rozbieżne interesy w kwestii brzmienia. Jak układała się Wam współpraca?

ST: Ta współpraca wyglądała tak: Biały mężczyzna spotyka się z czarną kobietą i nie mają żadnych obiekcji jeśli chodzi o seks bo to się robi tak samo po prostu. I… właśnie nie wiem co chciałem powiedzieć (śmiech).

PP: Ja chciałem powiedzieć, że jeśli chodzi o podejście do brzmienia to ono finalnie jest takie samo. Bo chodzi po prostu o to, żeby ono było bardzo dobre.

ST: Żeby ono było najlepsze.

PP: I dobry kawałek hiphopowy i rokendrolowy musi dobrze brzmieć.

ST: A to, że Mikołaj nie współpracował wcześniej z gitarowymi zespołami, to zadziałało na plus, dlatego, że był taką czystą, niezapisaną kartką. Wcześniej słysząc nas na kilku koncertach, już coś tam sobie w głowie ułożył jakby chciał nas nagrać i w jakich warunkach.

PP: Przede wszystkim on, można powiedzieć w cudzysłowie, że „nie wiedział jak to się robi”. Nie miał takich utartych schematów, że perkusję trzeba omikrofonować tak i tak, bo tak to się robi, tyle powinno być centymetrów odległości mikrofonu od membrany, bas to tylko linią możemy nagrać bo będzie za bardzo coś tam dudniło i tak dalej. Także on robił wszystko na ucho. Jeśli coś mu się podobało, to tak stał mikrofon, a nie dlatego, że tak powinno się zrobić.

MA: Nie współpracowaliśmy z Mikołajem dlatego, że robił zespoły hiphopowe, tylko jego solowe projekty w głównej mierze zainspirowały nas do tego, żeby podjąć takie działania, żeby to Mikołaj pomógł nam ogarniać naszą muzykę.

PP: Przede wszystkim powiedział, że on wie jak to zrobić, żeby było dobrze.

ST: I my mu zaufaliśmy na słowo.

PP: Twierdził, że poprzednie płyty są po prostu źle nagrane.

ST: Myślę, że wywiązał się, może nie z tego zadania, ale z tej współpracy znakomicie, bo słuchając tej płyty nam trzem ta płyta bardzo się podoba pod względem brzmienia

PP: Składamy na jego ręce podziękowania.

Ale oprócz dwóch gramów nie dorzucał swoich trzech groszy do kompozycji?

ST: Nie. Nie. Absolutnie nie ingerował w materię kompozycji, tylko ustawił mikrofony tak jak chciał, włączył nagrywanie i położył się na kanapie (śmiech).

MA: Może ze dwa razy tylko zwrócił uwagę, że jakiś kawałek był zagrany za wolno, albo za szybko.

ST: To był najmniej ingerujący realizator z jakim mieliśmy do tej pory do czynienia.

PP: Ja myślę, że są młode zespoły które trochę lubią i oczekują tego, że realizator im pomoże… trochę przearanżuje… uporządkuje aranże… A tutaj aranże były na tyle ubogie, że nie było czego porządkować. Żartuje. Tak to wyglądało: on włączał record, my graliśmy a on sobie tam robił zdjęcia, kręcił jakieś krótkie sekwencje, zapisywał coś w swoim notatniku. A jak usłyszał i powiedział, że jest dobrze to graliśmy następny kawałek.

MA: To jest jedna z tych niewielu osób, która mogłaby się nadawać na czwartego członka zespołu. Bo wiedział o co nam chodziło i gdyby grał na jakimś instrumencie, to mógłby…

ST: Ale nie musi grać na instrumencie.

PP: Może robić scratche. (śmiech) Dziewczyny to lubieją.

Rozmawiamy o brzmieniu. Naszym zdaniem „Diamenty” to płyta na której macie zdecydowanie najbardziej przemyślane, dojrzałe i konsekwentne brzmienie z dotychczasowych albumów. To jest efekt świadomego działania i kolejny krok w Waszym rozwoju czy samo Wam tak wyszło?

PP: Trochę tak i trochę tak. Świadomy krok na początku… Początki tej płyty były zupełnie inne. I kawałki pierwsze jakie robiliśmy na tę płytę były inne. Bardziej złożone kompozycyjnie i tam było więcej jeszcze tekstów. I on śpiewał. I on śpiewał. I ja śpiewałem

MA: Wszyscy śpiewali.

ST: Portier też śpiewał (śmiech)

PP: „Królestwo” (poprzednia płyta Psychocukru przyp. red.) było dosyć prostą płytą i chcieliśmy zrobić coś co będzie odwróceniem tego „Królestwa”. Że teraz zrobimy płytę skomplikowaną. Ale w ogóle jak to zaczynaliśmy nagrywać już tak na poważnie, w studiu to w ogóle to się nie kleiło. Im dłużej nad tym pracowaliśmy, tym bardziej nas to zaczęło nużyć. Męczące było ćwiczenie tych utworów i nam to nie sprawiało satysfakcji.

ST: Z tych utworów wyparowała energia, która była na początku.

PP: No i zaczęliśmy znowu chlać i ćpać i te kawałki zrobiły się same z siebie. Zaczął wypływać strumień taki i stwierdziliśmy, że robimy te kawałki.

MA: Wytłumiliśmy też salę prób. To jest ważne.

ST: Pierdzielisz.

MA: Nie no jak wytłumiliśmy salę to zaczęliśmy inaczej grać. Na początku graliśmy tak jak graliśmy na poprzedniej płycie.

ST: Marcin ma początki alzheimera.

MA: Graliśmy tak jak na „Królestwie”. Ostro. Dopiero później zauważyliśmy, że zaczęliśmy się inaczej słyszeć w tej sali.

ST: Tak. Ja zacząłem słyszeć oczami a widzieć uszami.

PP: Ale jest coś w tych kawałkach takiego, że jak je gramy to ja mam czas np posłuchać sobie gitary, obejrzeć pornola…

ST: (śmiech) „Ja mam czas. Ja sobie obejrzę pornola. Ty sobie pograj.”

PP: Zawsze sobie puszczaliśmy pornole przecież. To była dla nas inspiracja do kawałków. Często to robiliśmy, przy innych płytach też, ale przy tej najwięcej.

ST: Rzeczywiście robiliśmy tak, że włączaliśmy nagrywanie ale jednocześnie włączaliśmy pornola i wszyscy trzej grając patrzyliśmy w ekran co się tam dzieje i w zasadzie dogrywaliśmy muzykę, mając wyłączony dźwięk, do filmu.

PP: Mieliśmy wokalistkę zawsze jakąś.

MA: Chórki.(śmiech)

Projektując okładkę też chyba oglądaliście pornola?

PP: Lubimy po prostu gapić się na gołe baby. A także dotykać. Tacy jesteśmy. Po prostu jesteśmy prawdziwymi mężczyznami. Nie samcami jakimiś, tylko mężczyznami.

Pomysł na udział modelek XXL w sesji zdjęciowej i na okładce płyty to w takim razie przedłużenie procesu twórczego przy pornolach?

ST: Tak. To kontynuacja takiego procesu twórczego, że pewnego dnia nie mieliśmy próby i byliśmy po paru mocnych herbatach (śmiech). Myśleliśmy nad sesją zdjęciową. Co by jeszcze tutaj wymyślić? Poprzednio mieliśmy prostą sesję zdjęciową: czarno-białą, z alkoholem, tutaj siedzimy przy stole, tutaj stoimy… A teraz stwierdziliśmy: „Ej kurde. Zróbmy tę sesję z trzema takimi laskami po prostu. I niech to będzie na golasa. Fuck off wszystkim”

PP: Pomysł był taki, żeby one były naprawdę XXL. Wielkie dupy, wielkie cyce.

ST: Udało się tak jak się udało. Jedna dziewczyna się po prostu tuż przed sesją wycofała. Schudła (śmiech). My z tej sesji jesteśmy bardzo zadowoleni. I modelki są zadowolone. Wszyscy, którzy uczestniczyli w tej sesji, a zaangażowanych było 9-10 osób, wszyscy byli zadowoleni. Nie wiem czy hotel, w którym byliśmy był zadowolony, ale nawet nie wiem czy oni wiedzieli co się dzieje za tymi drzwiami pokoju, w którym byliśmy. Tam był taki korytarz z wydzieloną salą na większe przyjęcia. To była niedziela, ludzie przyszli, siedzieli, jedli, pili alkohol, widać, że dostojne towarzystwo „bułkę przez bibułkę”, a tam za drzwiami dziewczyny na golasa, wińsko i tak dalej, i tak dalej.

PP: Robiliśmy też zdjęcia na korytarzu i tam dziewczyny były tam w samych kożuchach. Obsłudze hotelowej się z oczu lunety zrobiły.

Chcieliśmy się też Was spytać o teksty na tej płycie. Słyszeliśmy wywiad, w którym niektórzy doszukiwali się wpływów twórczości Hermanna Hessego przy „Królestwie”. My na „Diamentach” znaleźliśmy, jeśli mielibyśmy w ogóle szukać, wpływy twórczości Josepha Conrada i książki „Stary Człowiek i Morze”

ST: „Stary człowiek i może” (śmiech). Rzeczywiście jeśli chodzi o wpływy tego Hessego przy „Królestwie”, to szukając inspiracji do tekstów przeczytałem „Wilka Stepowego” i „Samotnika” bodajże Eugene Ionesco i stamtąd między innymi czerpałem inspiracje do tych tekstów. Dodatkowo czytając „Wilka Stepowego” odnalazłem tam jakąś część opisującą mnie w danej sytuacji na tym etapie życia. A tutaj… Nigdy Conrada nie czytałem, ani tym bardziej nie czytałem Hemingwaya. Więc nie wiem. Czasami jest tak, że grając na gitarze okazuje się, że zagrałeś to samo co jakiś koleś kiedyś zagrał, w ogóle nie znając tego kolesia. Tak samo pisząc różne rzeczy możesz trafić na ten sam ślad bobslejowy, którym wcześniej jakiś inny bobsleista jechał i osiągnął jakiś rekord. Tak samo jest z malarstwem, rzeźbą, poezją, prozą i tym bardziej muzyką. Nie wiem co jeszcze mam powiedzieć.

PP: Mi się w ogóle podoba to, że ktoś jest w stanie takie inspiracje odnaleźć w tych tekstach. To jakoś świadczy o tych tekstach dobrze. Że nie są to jakieś marne słowa do muzyki.

ST: Marne słowa do marnych ludzi.

PP: No i trzeba przyznać, że trochę wysiłku nas kosztowało napisać te teksty, bo jest ich sporo na tej płycie wyjątkowo. Chyba najwięcej słów na tej płycie jest ze wszystkich naszych płyt.

MA: Nie powtarzają się nawet.

ST: Tak. Jest dużo słów i nawet momentami gorzkich słów.

PP: Staraliśmy się pisać o samych sobie. Żeby to było na tyle otwarte, żeby ktoś mógł się z tym utożsamić, ale na tyle metaforycznie ujęte, żeby nie odnosiło się do konkretnych sytuacji w życiu lub konkretnych postaci. Nie lubię takich tekstów o tym, że ktoś jechał miastem Warszawą, widział samochód Wartburg i kurwa… Nie lubię takiego realizmu w tekstach, który opowiada o tym, co właśnie ktoś widzi. Realizm jak jest, to rozumiem, że służy wzmocnieniu jakiejś metafory, która już jest. „Obrzygana małpa” na przykład… Teksty polskie przychodzą nam z dużym trudem.

ST: Ale jak już kończymy dany tekst to mówimy: „Ale zajebiście. Zrobiliśmy to. Dokonaliśmy tego.”

MA: Tekstów angielskich nie rozumiemy.

PP: Z angielskiego jesteśmy za słabi, żeby pisać teksty tak, jak możemy je pisać po polsku. Nie bylibyśmy w stanie tego samego przekazać po angielsku na sto procent. Musielibyśmy siedzieć z jakimiś słownikami, to by była jakaś kulawa angielszczyzna i ja nie widzę w tym żadnego sensu. Rozumiem takie teksty jak „Bikiniarska Potańcówka”, gdzie jest prosto: „I don’t wanna LSD. THC OK” i każdy wie o co chodzi i nie musi znać w ogóle żadnego języka obcego i wie, że trzeba jarać (śmiech).

Mamy jeszcze pytanie o to czy to był Wasz zamiar, żeby ta płyta była płytą, jak to można określić „o żeglarzach”. Bo to jest wspólny mianownik tekstów na tej płycie. Że wszystko się obraca wokół tematu żeglugi.

PP: To zaczęło się nam samo układać i świadomie byliśmy konsekwentni, ale tytuły kawałków były inne zupełnie.

ST: Tytuły tak, ale same teksty… Na przykład „Dryfowanie”. W samym tekście nie ma żadnych elementów marynistycznych, tylko sami nazwaliśmy ten tekst „Dryfowanie”, czyli pozostawienie siebie samego pewnemu prądowi, który cię niesie, bo w danym momencie już nie masz ochoty się jemu przeciwstawiać. Nadaliśmy większości tych utworów takie właśnie związane z morzem, z oceanem tytuły, czy takie jak wyspa, czy laguna dlatego, że one się układają w pewną całość. Jeżeli ktoś chce tę całość… Kurwa. Nie wiem… Ja tej płyty tak naprawdę do tej pory jeszcze nie rozkminiłem i zadajecie trudne pytania.

MA: To jest płyta o Robinsonie Cruzoe, który się rozbił na bezludnej wyspie (śmiech).

ST: I ma papugę, która mu wystaje z majtek.

Czyli nie mieliście zamiaru nagrywać jakiegoś koncept-albumu?

ST: Nie, nie, nie. Absolutnie nie.

PP: Ale lubimy jak wszystko w jakąś całość się układa. Czy to jest bardziej świadomie czy mniej. Nieważne. Kiedy wszystko współgra i nie jest kompilacją jakąś, jakąś składanką, tylko jest właśnie albumem

ST: Nie są utwory od Sasa do Lasa. „A teraz zagramy wesoły utwór. A teraz zagramy smutny, żeby było wyważone.”

MA: Generalnie mieliśmy mnóstwo, jakieś 30-40 utworów. Nagrywamy próby, wszystkie nasze próby są rejestrowane. I kiedyś usiedliśmy i wybraliśmy te fragmenty, te zarysy, szkice, które wydawały nam się, że są najlepsze.

PP: Ale też patrząc na to, żeby to wszystko było spójne.

ST: Dwa czy trzy utwory, które wcześniej nagraliśmy, wyrzuciliśmy z tej płyty, bo one nie pasowały kompletnie.

PP: Jednego utworu nie nagraliśmy, bo nas Mikołaj do tego przekonał, żeby nie nagrywać tego utworu, bo w porównaniu z resztą jest słaby. My się z nim zgodziliśmy. I jeden odrzucony nagraliśmy z kolei.

A „Zwrotnik Raka” zmienił tytuł czy kompletnie wyleciał?

PP: „Zwrotnik Raka” ostatni raz graliśmy w marcu chyba, może w lutym. Nie wiem. Może wrócimy do tego, ale za bardzo on nas męczył i jest już takim przykrym wspomnieniem.

ST: Było jeszcze kilka takich utworów, ale szczęśliwie skończyło się, jak się skończyło i możemy posłuchać tych najlepszych utworów.

MA: Mikołaj jeszcze z nami przesłuchiwał te utwory, które wybraliśmy.

ST: Mikołaj najwięcej pił w czasie przesłuchań.

MA: Nie no ale on posłuchał i powiedział, żebyśmy jeszcze raz zagrali kawałek „Dom”. I to jest kawałek, który był wyrzucony, a jest na płycie i dobrze się prezentuje.

Kiedy zdecydowaliście, że na płycie nie będzie jednak ani saksofonu ani Gustawa Holoubka grającego na krzyżu?

ST: To nie była decyzja odgórna, tylko zabrakło na to wszystko czasu i siły. To by wymagało dokooptowania jeszcze jednej osoby, która musiałaby dojechać skądśtam.

Z Włocławka

ST: Tak, z Włocławka. Nawet nie próbowaliśmy dzwonić bo to wszystko się tak stało szybko, że… Jak staraliśmy się o wszystkie finanse na tę płytę i tak dalej to było dobra, dobra, spoko, spoko. I nagle jeb. Nagle Mikołaj przyjeżdża. Jeb. Pięć dni. Jeb. Rejestrujemy. Po prostu ciach, ciach, ciach, ciach.

MA: Przed płytą zawsze są plany, że będą jakieś dogrywki.

ST: Dogrywki, srywki, pokrywki.

PP: Jeżeli będziemy nagrywać piątą płytę to ja bym chciał do tego wrócić. Żeby się właśnie kilku gości pojawiło. Tym bardziej, że te kawałki nasze taką coraz bardziej otwartą formę mają. Chodzi o gościa, któremu nie trzeba nic mówić, on by po prostu do tego zagrał.

MA: To zawsze chodzi o finanse. O kasę na płytę. Jakbyś takie rzeczy miał załatwione z góry to masz rok na nagranie płyty. Nie no rok to za długo.

PP: Tydzień wystarczy.

ST: To by było za długie męczenie buły. Męczysz bułę i potem siedzisz miesiąc nad jednym dźwiękiem, bo nie możesz go zmienić, a on ci się nie podoba. Deadliny są dobrą rzeczą bo wiesz, że musisz skończyć pracę i musisz się na coś zdecydować. A nie takie rozterki starej panny „Może ten, a może tamten. Może to ciasteczko, a może tamto.”

PP: Albo rybka, albo pipka. Albo się wydaje płytę, albo się bawi.

ST: Bardziej pipka. (śmiech)

MA: Ja to się dziwię, że Mikołaj tak szybko to zmiksował i zmasterował. On przecież lubi sobie przy tym podłubać.

ST: Przecież wiesz, że on ciągle na koksie jest.

Jak będzie z trasą? Macie już jakieś plany?

PP: Na razie żadnych planów nie mamy.

ST: Jak jechaliśmy do Warszawy to widzieliśmy, że trasa się buduje, ale jeszcze trochę trzeba poczekać.

PP: Żadnych planów koncertowych, które można by nazwać trasą na razie niestety nie mamy. Nie mamy żadnego bookera, który by dla nas pracował, a sami nie mamy czasu się tym zająć. Ja nie chcę grać w jakichś klubach gdzie jest chujowe nagłośnienie i tak dalej.

ST: Gdzie przychodzi dziesięć osób i pytają „Skąd jesteście? Jak się nazywacie?” Z dupy jesteśmy.

PP: Może być i dziesięć. Jak klub zapłaci dobre pieniądze, przyjdzie dziesięć osób, a będzie dobre nagłośnienie, będzie się dobrze grało, to dlaczego nie. Nie ma znaczenia ile przyjdzie osób, bo na to nie zawsze masz wpływ. Klub nie zawsze ma ochotę rozwiesić plakaty. W każdym razie trasa musi się wydarzyć i wydarzy się.

ST: Ona się wydarzy, tylko to musi potrwać jeszcze.

PP: Być może zdążymy na przełomie stycznia i lutego, a być może dopiero w marcu. Ale przed Środą Popielcową musimy gdzieś przypierdolić. (śmiech)

ST: W Watykanie u Franciszka.

PP: A później post.

ST: Postrock.

Nie obawiacie się jak zareaguje Franciszek na tekst o nowych kanonikach z utworu „Czas”?

ST: To jest tekst o nim i w tym fragmencie tekstu nie ma nic złego. Po prostu jest nowym kanonikiem, który jest zupełnie inny od poprzednich i ja jestem szczerze mówiąc osobiście bardzo ciekawy jak on skończy. On nie jest kolejnym niewolnikiem kościoła, tylko chce wyzwolić kościół.

PP: Siebie też chyba.

ST: A nie wiem. Nie pytałem się go o to. Myślę, że on chce zmienić kościół ale cała reszta ludzi dookoła niego nie chce tego.

PP: No bo myślą racjonalnie. A on się kieruje ideałami.

ST: Siekieruje. To jest dobre określenie. Żebyśmy nie przeczytali kiedyś w Fakcie, że Franciszek został znaleziony z siekierą w głowie, bo siekierował.

Jak już jesteśmy przy papieżu, to czy czujecie się głosem pokolenia JP2?

ST: Nie wiem co oznacza ten skrót. Szczerze mówiąc mam nadzieję, że nie jesteśmy głosem żadnego pokolenia. W Psychocukrze są dwa pokolenia. ’70 i ’81 więc siłą rzeczy, przebywając ze sobą, wymieniając poglądy między sobą, dyskutując, kłócąc się, czy chlejąc czy robiąc inne różne rzeczy ta granica pokoleniowa się między nami zaciera. Chodzi o to, żebyśmy się dobrze czuli między sobą, żebyśmy się dobrze dogadywali i żeby była dobra komitywa i żeby powstawała dobra muzyka. A to czy ktoś jest głosem pokolenia czy nie, to jest kurwa ostatnia rzecz o jakiej bym pomyślał. Nie śpiewamy hymnów pokoleniowych absolutnie. „Moja i twoja nadzieja. Cośtam, Cośtam.” Kurwa wtedy to mam ochotę wyjąć pistolet i strzelać do ludzi.

PP: Przemawia przez ciebie 7 procent z twojego piwa.

ST: Pokolenie 7,0 (śmiech) Procent.

PP: To ja jestem 8,1 (śmiech)

Rozmawiali Lewandowski z  Maciejewskim

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s