Diamenty | Psychocukier

okl_okl_41477Próbowałeś/-aś może kiedyś uzyskać tzw. efekt Ganzfelda? Aby to zrobić należy primo – przeciąć piłeczkę pingpongową na pół, secundo – uzyskane po tej iście chirurgicznej operacji połówki umiejscowić na patrzałach, tertio – zaaplikować dousznie (najlepiej przez słuchawki) radiowy szum (i nie chodzi tutaj o radio zet, rmf fm czy inne muzaki), następnie leżeć, kończyn nie zginać, szarych komórek nie wysilać, żadnych mięśni nie napinać i po chwili delektować się legalnymi halucynacjami. Wszystko fajnie, pięknie, tylko po co się tak wygłupiać skoro są inne, lepsze metody by wprowadzić się w stan onirycznego otępienia? Jak choćby przesłuchanie Diamentów – najnowszego albumu zespołu Psychocukier.

Nie ma się co oszukiwać. Zarówno pierwszy jak i drugi sposób może sprawić, że ludzie będą Cię postrzegać jako dziwaka, autsajdera, mogą szydzić i wyzywać. Szkalować mogą. Z tym, że w przypadku wybrania tego drugiego modusu powinieneś być z siebie naprawdę dumny. Po pierwsze – chociaż nie wyglądasz jak pomylony kretyn. Po drugie –  słuchasz zespołu, który jak mało kto na polskiej scenie naprawdę wie do czego służą wzmacniacze i który, mimo już 12 lat działalności również jak mało kto na polskiej… i tak dalej, i tak dalej, wciąż tworzy bezkompromisowo (ciekaw jestem w jakiej galaktyce okładka najnowszej płyty zespołu, świecąca golizną powyżej, mogłaby zostać uznana za jakikolwiek kompromis?). Zespołu, który sprawił, że wąsy stały się atrybutem zajebistości, który każdym wydawnictwem robi prezent tym, którzy mają czasem takie dni, w których myślą sobie, że całkiem fajnie byłoby urodzić się trochę wcześniej, a może nawet gdzie indziej. Czwarty album w dorobku łódzkiego tria, czyli Diamenty, których premiera już 3 grudnia, może być dowodem na to jak, parafrazując klasyka, świeży w kroku może być jeszcze rock’n’roll. Irena Szewińska, choć parała się czym innym, w mogłaby się w tej materii od Saszy Tomaszewskiego, Piotrka Połoza i Marcina Awerianowa wiele nauczyć.

Tym razem panowie postanowili jeszcze głębiej zanurzyć się w wichrową krainę transem i garażowym rockiem płynącą, w której słychać echa krautrockowej estetyki spod znaku Neu! czy CAN. Diamenty jeszcze bardziej niż ich ostatnia płyta, czyli Królestwo z 2011 roku, wwiercają się w czerep prostymi, przesterowanymi riffami następnie uklepując pozostawione zgliszcza czasami twardą jak szpadel perkusją i zalewając je cementem sączącym się z gitary basowej. Produkcją i nagrywaniem płyty zajął się Mikołaj „Noon” Bugajak znany ze współpracy z Pezetem i Grammatikiem. To, że Noon do tej pory zajmował się głównie hip-hopem i nie miał żadnego doświadczenia w nagrywaniu zespołów gitarowych, jak widać (słychać) nie stanowiło jakiejkolwiek bariery komunikacyjnej. Albumowy Psychocukier jeszcze nigdy nie brzmiał tak żywo. Z całej dyskografii zespołu to właśnie Diamenty najlepiej oddają energię i brzmienie tria (gratuluje zarówno zespołowi jak i Noonowi, bo ponoć właśnie takie było zamierzenie). Pozostawione na nagranym materiale urywki rozmów muzyków zespołu tylko potęgują to wrażenie.

Przebijając się przez instrumentalną, transową, trochę post-punkową Mgłę, zaraz potem Tonąc w jeziorach  prostej, cholernie klimatycznej, leniwej, surf-rockowej ballady, którą napisać mógłby Romeo na kwasie (Tonę w jeziorach Twoich, chciałbym Cię pieprzyć, Twoich oczu), trudno było mi oprzeć się wrażeniu, że razem z zespołem przenoszę się gdzieś w stan snu na jawie, gdzie bez żadnych konsekwencji wylewać można swoje najbardziej mroczne frustracje i złości . I chyba właśnie taka dla mnie jest ta płyta – z jednej strony przepocona frustracjami związanymi z mozołem codziennego oswajania rzeczywistości, a z drugiej nie aż tak bardzo przygnębiająca, bo ładująca rokendrolowym prądem i dozą zdystansowanego, rubasznego, czarnego humoru. W tym sensie są na Diamentach momenty gdzie niektórym kawałkom udaje się otrzeć o klimaty z poprzednich wydawnictw (na przykład w bardziej melodyjnym kawałku Zło niesie wiatr), jednak czwarty album zespołu to wydawnictwo mniej „jajcarskie”, bardziej transowe, dojrzałe i, odnoszę wrażenie, bardziej gorzkie tekstowo. Zawartość cukru  w Psychocukrze, przy okazji Diamentów ździebko stopniała, co sprawiło, że jeszcze więcej miejsca pozostało na roztwór psychodeliczny.

Prawdziwymi brylantami na płycie są wspomniane już wyżej Zło niesie wiatr (temu kawałkowi chyba najbliżej byłoby do miana singla), Nie mam nic, które brzmi cholera jak stare, dobre Cool Kids Of Death oraz diabelnie energetyczny Dom, którego tytuł można by traktować jako hołd miejscu, w którym płyta została nagrywana (klub DOM w Łodzi), które uwalniają buzującą w zespole energię, przekuwając ją na naprawdę klawe kompozycje. Są też momenty bardziej odurzające, wręcz hipnotyzujące jak Tonę w jeziorach czy muzyczna definicja sztormu z sennego koszmaru, czyli Żeglarz. W tym miejscu warto także zauważyć pewien wspólny mianownik albumu, na który zwrócił mi uwagę redaktor Lewandowski. „Stary, to jest płyta o marynarzach” – tak brzmiała jego interpretacja. I może faktycznie coś w tym jest. Wystarczy rzucić okiem na samą tracklistę, by zauważyć, że Psychocukier od pierwszej do ostatniej kompozycji gdzieś płynie – przebijając się przez mgłę, tonąc w jeziorach, dryfując, napotykając wielki sztorm, obserwując zło spadające z gwiazd,  zatrzymując się na chwilę na Tajemniczej Wyspie by w końcu dopłynąć, oby szczęśliwie do wymarzonej Lagunywitającej płynących wraz z zespołem słuchaczy ciepłymi delayami, leniwie błądzącą solówką na gitarze elektrycznej i porwaną, ale nie narwaną perkusją Marcina Awarii.

Szkoda, że nie udało się wypełnić któregoś z kawałków jakimś nietypowym instrumentarium. W wywiadzie, w którym rozmawialiśmy o nadchodzącej czwartej płycie prawie rok temu (link) muzycy zapowiadali, że na nowym materiale być może znajdzie się miejsce na saksofon, a może nawet Gustaw Holoubek zagra na krzyżu… Nie wyszło. Trudno. Nie pozostaje nic innego jak tylko cieszyć się, że taki zespół jak Psychocukier wciąż nagrywa i łoi dupę reszcie sceny, stojąc w pewnym sensie na straży ostatniego bastionu rokendrola z krwi i kości, który nie ogląda się na innych, nie próbuje kopiować, tylko bezkompromisowo tworzyć swoje.

PS. Więcej o nowej płycie z ust samego zespołu dowiecie się tutaj.

Maciejewski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s