You Gotta Move | L.Stadt

995220_10151980405433993_350651904_n

7 utworów, ponad 20 minut materiału, 3. wydawnictwo w dyskografii zespołu, covery kompozycji 6 amerykańskich artystów, 1 kolaboracja, ponad 10 miesięcy oczekiwań – licząc od zapowiedzi krążka i około 34-ech – licząc od ostatniej płyty. Mniej więcej tak można byłoby przedstawiać epkę You Gotta Move Raymondowi Babbitowi.

W porównaniu z poprzednim albumem, na kolejne wydawnictwo L.Stadtu trzeba było czekać trochę dłużej. Po, za nic mającym sobie syndrom drugiej płyty, albumie EL.P z 2010 roku (zmixowanej i zremasterowanej przez Mikaela Elridge’a znanego ze współpracy z takimi tuzami muzyki jak Radiohead, New Order, The Rolling Stones czy DJ Shadow), która zebrała jeszcze lepsze recenzje i opinie niż eponimiczny debiut z 2008 roku, zespół postanowił trochę odetchnąć kompozytorsko i popełnić coś w rodzaju dźwiękowej pocztówki ze swoich wojaży po ojczyźnie country. Dalej posługując się tą metaforą, to nie wina nadawcy, że pocztówka „doszła” tak późno, a grupa już dawno temu zdążyła wrócić do Polski. Problem tkwił w prawach autorskich do kompozycji Jima Sullivana, którego trochę ciężko było złapać, ponieważ obecnie najprawdopodobniej przebywa w kosmosie… To wszystko brzmi dość kosmicznie, ale czego spodziewaliście się po zespole, którego lidera, Łukasza Lacha, namaścił ongiś sam Bob Dylan (o czym zresztą rozmawialiśmy z zespołem)?

Po (również nieziemskim) akustycznym koncercie L.Stadtu w warszawskim Teatrze Rozmaitości, który odbył się pod koniec zeszłego roku, na którym można było usłyszeć część zgromadzonego You Gotta Move materiału, przyznaję – zacząłem wyczekiwać tego wydawnictwa z raczej niespotykaną u mnie w przypadku albumów polskich wykonawców niecierpliwością. A przecież wiadome mi było, że pojawią się na niej same covery, z których właściwie połowę zdążyłem już przesłuchać – na koncercie i dzięki opublikowanych w internecie kawałkom i że będzie to niestety tylko minialbum. Co więc aż tak podsycało moją niecierpliwość? Brzmienie. Mówiąc zupełnie najogólniej to właśnie skrzętnie, świadomie i umiejętnie dopracowane, profesjonalne brzmienie jest tym co wybija L.Stadt na tak niebotyczny dla reszty polskich gitarowych kapel poziom i nie daje przejść obojętnie obok żadnego z wydawanych z ich nazwą na okładce albumów. Poczynając od niebywale plastycznego głosu Łukasza Lacha, sprawdzającego się i brzmiącego tak samo autentycznie zarówno w ostrzejszych, zadziorniejszych kompozycjach, jak i w tych trochę bardziej spokojnych;  który nie raz, nie dwa został już porównywany pod względem barwy do głosu Damona Albarna, poprzez bardzo różnorodne, niestroniące od elektronicznych rozwiązań, wypełnianie przestrzeni na wcale nie tak banalnych jakby się mogło wydawać rozwiązaniach perkusyjnych (dwóch perkusistów to raczej rzadkość) kończąc, L.Stadt daje same powody by bez wstydu wymieniać go za jednym tchem razem z zespołami z muzycznej ekstraklasy i nadzieję, że niedługo również z tymi z muzycznej ligi mistrzów.

Wracając do samej epki, You Gotta Move na pewno nie dało mi aż takiej przyjemności ze słuchania jak pozostałe dwa wydawnictwa grupy, jednak zdaje sobie sprawę, że jest to płyta specyficzna i porównywanie jej zarówno do debiutu i jak i EL.P nie ma najmniejszego sensu. Łodzianie w przypadku tej epki odwracają sytuację i na pierwszym miejscu stawiają inspiracje, którymi przesiąknęli i które stały się nieodłącznymi elementami ich muzycznego atlasu. Hołdują, dziękują, a przy okazji spełniają swoje marzenie o zgromadzeniu na jednym nośniku choć szczypty tej magii, której doświadczyli podczas podróży po Stanach. Co dla potencjalnego słuchacza chyba najważniejsze, coverują po prostu mądrze – bez nietaktownej wirtuozerii, ale też bez kurczowego trzymania się ram. I choć podejrzewam, że dla większości, persony takie jak Townes Van Zandt czy Jim Sullivan są nieznane (sam przy relacji z TRu popełniłem błąd traktując Jima Sullivana jako Big Jima Sullivana – posypuję głowę popiołem i odsyłam tutaj, bo to postać zupełnie wyjątkowa) to słuchanie najnowszego dzieła L.Stadtu jest świetnym przyczynkiem do ich poznania i poszerzania swoich muzycznych horyzontów.

Na pierwszy plan, już po pierwszym odsłuchu, wybijają się nieśmiertelne kompozycje ww. Townesa Van Zandta, czyli zjawiskowo przejmujące Waitin’ Round to Die oraz Kathleen (jeden z dwóch bonus tracków) – czasami wydaje mi się nawet, że brzmią o wiele lepiej od oryginałów. Łukasz chyba nigdy nie brzmiał tak melancholijnie dobijająco (It’s plain to see, the sun won’t shine today/ But I ain’t in the mood for sunshine  anyway). W przypadku Kathleen swoje robi również czerstwe gitarowe tremolo, które wyciska z tej kompozycji wszystkie soki (w sensie jak najbardziej pozytywnym). Choć te dwie perełki w ucho rzucają się najbardziej, nie oznacza to wcale, że reszta materiału nie zasługuje na uwagę. Co to, to nie. Mamy na przykład ciekawą reinterpretację dzieła ojca noszenia okularów niezależnie od pory dnia – Roya Orbisona (o ile się nie mylę, w Polsce pod tym względem pierwszym spadkobiercą Orbisona był Zbyszek Cybulski), czyli I’ll Say It’s My Fault, która wskrzesza czasy świetności dansingów (bez ocierania się o klimaty ciechocinkowe). Są też bardzo przyjemne, oczywiście bardziej radio-przyjazne, promujące epkę kawałki – psycho-popowe U.F.O. oraz Come Away Melinda. Pierwsza z nich, odkurza dla nas kompozycję Jima Sullivana z albumu o tym samym tytule z roku 1969 (czyli na 6 lat przed domniemanym porwaniem Sullivana przez U.F.O.). Druga to cover kompozycji Freda Hellermana i Franka Minkoffa, której L.Stadt nadał parzący ciepłymi dźwiękami, słoneczny, kojący vibe. Całkiem nieźle wypada również jedyna znajdująca się na albumie kolaboracja – z Anią Dąbrowską. Leather and Lace, bo to o tej piosence mowa, brzmi jakby śpiewana była przez duet amerykańskich popowych bożyszczy przełomu lat 60. i 70.

Prócz trochę chaotycznego Take Care z repertuaru grupy Big Star, You Gotta Move to bardzo interesujące wydawnictwo, które daje kolejny dowód na to jak swobodnie L.Stadt czuję się w amerykańskiej estetyce (i kowbojskich kapeluszach). Nieco drażnić może miejscami zlewające się w jeden strumień dźwięków brzmienie – co szczerze mówiąc trochę mnie dziwi, biorąc pod uwagę poziom produkcji dwóch poprzedników. Nie zmienia to jednak faktu, że słuchając tej płyty trudno nie mieć wrażenia, że zaginiony w 1975 roku Jim Sullivan jakimś cudem przekazał część swoich możliwości wokalnych mającemu urodzić się w niedalekiej przyszłości Łukaszowi Lachowi i że coverowani artyści gdzieś tam nie wiadomo gdzie uśmiechają się do panów z L.Stadtu ciesząc się z tego, że ich dzieła wciąż są tak ważne i inspirujące. Nawet za oceanem.

Maciejewski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s