Reflektor | Arcade Fire

reflektor_album

Według greckiej mitologii Orfeusz i Eurydyka byli zakochanymi w sobie bez pamięci młodzieńcami, których rozdzielić była w stanie dopiero śmierć dziewczyny. Pogrążony w rozpaczy Orfeusz postanowił dołożyć jednak wszelkich starań, by odzyskać ukochaną i tym samym korzystając ze swoich wybitnych muzycznych umiejętności zauroczył władcę podziemi Hadesa do tego stopnia, że wyraził on zgodę na  przywrócenie Eurydyki do życia pod warunkiem, że wychodząc z królestwa umarłych Orfeusz nie spojrzy za siebie by sprawdzić, czy jego żona podąża za nim. Nieufny Orfeusz nie był jednak w stanie dotrzymać obietnicy i odwróciwszy się w stronę Eurydyki stracił ją na zawsze. Ten pozbawiony happy endu mit o równie silnej co nieszczęśliwej miłości zainspirował kanadyjski zespół Arcade Fire do nagarnia swojego kolejnego albumu – albumu opartego rzecz jasna na wyżej wspomnianym mitologicznym koncepcie.

Ile na świecie istnieje muzycznych zespołów, tyle istnieje również pomysłów na niekonwencjonalne nagranie płyty. Są kapele, które skupiają się wyłącznie na nienagannym brzmieniu swojej muzyki. Są też takie, które próbując stworzyć spójny koncept całego wydawnictwa, gubią gdzieś po drodze jego melodyczną wartość. Nie zapominajmy również o tych, które bezsensownie podbijają ceny swoich płyt wydając je w kolorowych, wyposażonych w wielostronicowe booklety i inne cuda wianki opakowaniach. Do żadnej z tych grup nie należy zespół Arcade Fire. W ogóle trudno przyporządkować tę ekipę do jakiejkolwiek z muzycznych szufladek, mimo że powszechnie przyjęło się, że reprezentują szeroko pojętego indie rocka. Profesjonalne podejście do tworzenia muzyki oraz instrumentalna wszechstronność członków zespołu z Montrealu sprawiają, że ich albumy to coś więcej niż indie rock. Płyty Arcade Fire zawsze nie tylko dobrze brzmią, ale też świetnie (choć skromnie) wyglądają, a zawarte na nich piosenki współtworzą jedną spójną całość, opowiadając jednocześnie wybraną na daną okazję przez zespół historię. Nie inaczej jest w przypadku krążka zatytułowanego Reflektor – wydanego na dniach czwartego długogrającego (dosłownie, bowiem całość trwa ponad godzinę i 15 minut) dwupłytowego albumu Arcade Fire.

Reflektorowa karuzela zaczęła kręcić się już na początku września, kiedy to Kanadyjczycy zapowiedzieli premierę nowego singla. Ponad siedmiominutowy utwór Reflektor momentalnie zasłynął nie tylko jako doskonale brzmiący kandydat na singla roku i jako kawałek uświetniony nowatorskim, interaktywnym teledyskiem, ale również jako kompozycja, której zespołowi pozazdrościł sam David Bowie (swoją drogą gościnnie użyczający w niej swojego wokalu). Pierwsze obawy zaczęły się pojawiać w momencie w którym Arcade Fire ogłosili, że Reflektor będzie wydawnictwem dwupłytowym, a tworzące je 13 piosenek trwać będą łącznie godzinę z kwadransem, co oznaczało, że przeciętna długość każdej z nich osiągać będzie prawie 6 minut. Długo, ale przecież kapela nigdy nie przyzwyczajała nas do albumów kończących się po badziewnych 30 minutach. Za produkcję albumu współodpowiedzialny miał być James Murphy (ex-LCD Soundsystem), więc pojawiły się również podstawy do domyślania się, że Reflektor zapachnie momentami elektroniką. Wszelkie wątpliwości miały zostać rozwiane 29. października, bo na ten właśnie dzień przewidziana była premiera albumu. Okazało się wówczas, że Reflektor olśniewa nas swoim blaskiem już na półce sklepowej. Okładka, która przedstawia rzeźbę Orfeusza i Eurydyki autorstwa Auguste Rodin`a, efektownie odbija padające na nią wiązki światła wyróżniając ją z tłumu płytowych nowości. Najważniejsze jest jednak to, co dzieje się w środku, zwłaszcza po włożeniu krążków do odtwarzacza.

Pierwszą z dwóch reflektorowych płyt otwiera doskonale znany singlowy kawałek Reflektor, czyli utwór na temat którego wyczerpano już wszelkie możliwe pochlebstwa. Niczym wykwintny aperitif, Reflektor pobudza apetyt na to, co jeszcze mają nam do zaserwowania Win Butler, Regine Chassagne, Will Butler, Richard Parry, Tim Kingsbury i Jeremy Gara. W drugim w kolejności We Exist – rytmicznie ciągnącej się kompozycji, Kanadyjczycy potwierdzają swoją egzystencję. Zaskakująco krótki, bo trwający niespełna 3 minuty, ale treściwy i wyśmienicie brzmiący Flashbulb Eyes melodyjnie wydaje się być zakorzeniony w reggae, choć naładowana eksperymentalnymi dźwiękami aranżacja skłania raczej do przyrównania go do spontanicznego garażowego grania. Utwór zgrabnie przechodzi w następujący po nim Here Comes The Night Time. Jego intensywne intro wprowadza w błąd, bowiem po chwili tempo piosenki zostaje znienacka zwolnione i do wibrującej linii basu i rytmicznej perkusji dołącza bajeczny klawiszowy motyw, bezsprzecznie kojarzący się z haitańskimi klimatami, które inspirowały Arcade Fire już na nagrodzonym Grammy w 2010 roku albumie The Suburbs. Numer pięć na pierwszej płycie Reflektora to traktujący o dziwactwie normalnych ludzi kawałek Normal Person. Z początku mroczny, powolny rytm w kulminacyjnym momencie eksploduje i ze wsparciem genialnego riffu przeistacza się w istną petardę. Funeral miał swoje Power Out, The Suburbs miał Month Of May, a Reflektor wspina się na wyżyny energicznego grania właśnie przy okazji Normal Person. Nieznacznie mniej rockowo jest w You Already Know, choć początkowo można odnieść wrażenie, że zespół chciał stworzyć coś pod nóżkę, bowiem skoczne brzmienia gitar i perkusji wprowadzać mogą w naprawdę taneczny klimat. Pierwszą płytę zamyka kawałek Joan Of Arc, w którym po raz pierwszy na Reflektorze można zetknąć się z analogią do mitu o Orfeuszu i Eurydyce. Słowa and they’re the ones that put you down ‚cos they got no heart/but I’m the one that will follow you to tylko fragment tego co ustami Wina Butlera mógłby opowiadać Eurydyce Orfeusz. A muzycznie? Joan Of Arc to jeden z najlepszych i najbardziej przebojowych kawałków na całej płycie. Pod względem melodycznym zamyka on pierwszą, znacznie żywszą część Reflektora, zaś pod względem lirycznym otwiera część drugą, zostawiając nas z mitycznymi poczynaniami Orfeusza i Eurydyki.

Drugą płytę rozpoczyna kontynuacja jednego z utworów z płyty pierwszej. Here Comes The Night Time II nie jest tak radosne jak poprzednia jego odsłona. Jest cicho, subtelnie i mrocznie. Pod względem brzmienia nie inaczej jest w przypadku Awful Sound (Oh Eurydice), który może nie jest tak zły jak by na to wskazywał tytuł, choć muzycznie nieco odstaje od reszty utworów. Zawarte w nim fragmenty please stop running now/will you ever get free? to kolejne nawiązania do miłosnej historii mitologicznych bohaterów z okładki Reflektora – nie tak jednoznaczne, choć pozwalające wczuć się w emocje Orfeusza. Wątpliwości co do lirycznej analogii z mitologią nie ma już jednak w przypadku It’s Never Over (Oh Orpheus), lecz tu wcielamy się w Eurydykę. Dziewczyna odpowiada na zawarte wcześniej słowa jej kochanka zwracając się bezpośrednio do niego: I’m behind you/don’t turn around. Ten dialog młodzieńców ujęty w kilkanaście minut poruszających dźwięków bezapelacyjnie zasługuje na wielkie uznanie dla muzyków Arcade Fire. Zwieńczeniem całej interpretacji greckiego mitu w wykonaniu Kanadyjczyków są kawałki Porno, Afterlife oraz Supersymmetry. Ten pierwszy, oparty na delikatnie wibrującym bicie potwierdza obecność Jamesa Murphy`ego przy produkcji Reflektora i swoim disco-ambientowym brzmieniem perfekcyjnie wpasowuje się w klimat towarzyszący drugiej części albumu. Afterlife ewidentnie opowiada o życiu po śmierci na jakie miała zasługiwać Eurydyka. Wypełniona nadzieją oraz adekwatnie optymistyczna pod względem brzmienia kompozycja byłaby naprawdę idealnym zakończeniem całego albumu, gdyby nie następujący po niej 11-minutowy mozolny kolos w postaci utworu Supersymmetry. Choć kawałek sam w sobie nie zasługuje na jakąkolwiek krytykę, to zwyczajnie wydaje mi się, że na Reflektorze jego obecność jest zbędna.

Efekt końcowy? Wybitny album, nie potrzebujący żadnych świecidełek, by być dopieszczonym. Reflektor świeci swoim własnym światłem i powinien być wzorcem dla współczesnych zespołów, pokazującym jak ma dzisiaj brzmieć porządna płyta. AM od Arctic Monkeys zyskał poważnego rywala w wyścigu o najlepszy album roku, przynajmniej według mojego uznania. Mam szczerą nadzieję, że nie będę musiał rozstrzygać który krążek bardziej zasługuje na to miano, ponieważ zwyczajnie nie potrafiłbym. Win Butler z żoną, bratem i kumplami odwalili kawał cholernie dobrej roboty i nagrali muzykę, której bezapelacyjnie należałoby się 10/10. Choć niektórzy przyrównują Reflektor do twórczości Radiohead, a inni słyszą na nim Led Zeppelin, to dla mnie jest to przede wszystkim Arcade Fire w swojej szczytowej formie, czyli zespół, który za kilkadziesiąt lat nasze pokolenia wspominać będą jako muzyczno-liryczny kultowy klasyk z początku XXI wieku.

Róg

One response to “Reflektor | Arcade Fire

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s