Foals w Stodole

foals_stodola

Nie ma co się oszukiwać. Rok 2013 jest w muzyce rokiem wyjątkowym pod wieloma względami. Na podsumowania końcoworoczne przyjdzie jeszcze czas, ale już teraz mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że pod kątem koncertów jest to nad Wisłą najlepszy rok jaki pamiętam. Chociażby z tego względu, że pierwszy, i pewnie ostatni, raz mieliśmy do czynienia z tym, żeby wszyscy przedstawiciele Wielkiej Trójki brytyjskiego indie rocka jak jeden mąż stawili się na występy na żywo w naszym kraju. Jest to związane głównie z tym, że te trzy zespoły wydały w tym roku swoje nowe albumy. Mam na myśli oczywiście Arctic Monkeys („AM”), Franza Ferdinanda („Right Thoughts, Right Words, Right Action”) i Foals („Holy Fire”). Te trzy zespoły w takiej właśnie kolejności zawitały do Polski, Bawiliśmy się na lipcowym koncercie Arctic Monkeys podczas gdyńskiego Openera, mieliśmy też okazję skakać w rytm muzyki Franza Ferdinanda na krakowskim Coke Live Music Festival. W ubiegłą sobotę pohasaliśmy razem z Foals w warszawskiej Stodole.

Nie skłamię jeśli powiem, że był to jeden z bardziej wyczekiwanych przeze mnie koncertów w tym roku. Zawsze byłem dużym fanem ich beztroskiej brzdąkaniny z „Antidotes” i nastrojowych dźwięków „Total Life Forever”. Natomiast poprzedni występ Foals w naszym kraju pozostawił u mnie pewien niedosyt. Yannis Philippakis, Jack Bevan, Jimmy Smith, Walter Gervers i Edwin Congreave grali dwa lata temu na głównej scenie Openera w strugach rzęsiście lejącego deszczu. Dodatkowo w czasie trwania koncertu perkusista Bevan uszkodził sobie nadgarstek i panowie musieli wcześniej zejść ze sceny. No i warto wspomnieć, że tuż przed Foals na głównej scenie wystąpił Pulp, i to Jarvis Cocker ze spółką, a nie Foals, zawładnęli w pełni umysłami i sercami publiczności tego dnia. Dlatego też panowie mieli coś mi, i pewnie trochę też sobie, do udowodnienia przy okazji powrotu do Polski. Powrót ten miał miejsce z okazji europejskiej trasy zespołu promującego swoje tegoroczne wydawnictwo „Holy Fire”. Wydany w lutym album był najbardziej różnorodnym, i chyba też najlepszym, dotychczasowym wydawnictwem spod szyldu Źrebaków. Z tym większą niecierpliwością czekałem więc od marca (data ogłoszenia ich występu przez AlterArt), z biletem na półce na dzień 19. października.

Gdy ten wreszcie nadszedł zaczęły się dziać w Warszawie rzeczy dziwne. Pierwszych koczujących pod Stodołą dało się zauważyć na kilka ładnych godzin przed otwarciem drzwi (chociaż skoro mowa o Stodole, może poprawniej byłoby powiedzieć wrót). Potem żeby wejść do klubu trzeba było swoje odstać w kolejce, w której niemałe poruszenie spowodowało pojawienie się w pewnym momencie Mikołaja Ziółkowskiego próbującego przecisnąć się swoim gigantycznym mercedesem pomiędzy gawiedzią na przystodolny parking. Po tym, jak już weszło się do środka czuć było unoszącą się w powietrzu atmosferę wyczekiwania na wielkie widowisko. W oczach przybyłej „hipsteriady”, jak to określił Redaktor Róg, widać było pytanie „Jakim hasztagiem skwituję dzisiejszy wieczór? #najlepszykoncertżyciaYannistopółbóg czy raczej #Foalstoprzereklamowanychłamnajgorzej?” Support w postaci występu No Ceremony/// chyba nie dostarczył na takie pytanie satysfakcjonującej odpowiedzi, ale to co zaczęło się dziać około godziny 21:30 w zupełności. I myślę, że Instagramy i Tumbiry zalane zostały tego wieczoru falą samojebek z tym pierwszym hasztagiem w opisie. Wraz z pierwszymi dźwiękami rozpoczynającego koncert „Prelude” zaczął się bowiem w Stodole muzyczny roller-coaster, długimi momentami przypominający jazdę bez trzymanki i hamulców. Foals rozpędzali się, jak to kolejka górska, powoli. Drugim utworem było „Total Live Forever”, w czasie którego można było nabrać mniej lub bardziej mglistego wyobrażenia o tym, jak będzie wyglądał ten koncert. Podczas utworu, który teoretycznie do najbardziej żywiołowych nie należy, publiczność odmawiała stania w miejscu i podskakiwała w rytm świergoczących gitar Jimmy’ego i Yannisa i obłędnej gry na perkusji Bevana. Ten trójkąt przez cały koncert wznosił się na wyżyny sztuki grania na swoich instrumentach, a publiczność podskakiwała dokazując radośnie. Wraz z trzecim utworem panowie wrócili do swojego debiutu, grając „Olympic Airways”, które w wersji koncertowej okazało się być zaskakująco skoczne i energiczne. Widać było, że nieposkromiony entuzjazm polskiej, „najlepszej na świecie”, publiczności udziela się zespołowi i pozwala mu wykrzesać z siebie dodatkową dawkę energii. Przejawem tego może być to, że Yannis już podczas czwartego „Blue Blood” po raz pierwszy, ale nie ostatni tego wieczoru, rzucił się w ramiona publiczności. Mało, który frontman może sobie pozwolić na takie zachowanie już na początku koncertu. Jednak Yannis to Yannis. On nie udaje Greka tylko po prostu nim jest, w związku z czym nie kalkuluje czy może sobie na coś pozwolić czy nie, tylko to robi. Nieważne. Wracając do koncertu, po powrocie na scenę wokalisty, Foals przeszli do prezentowania i promowania repertuaru ze swojego ostatniego albumu. Przebojowe i beztroskie aż do bólu „My Number”, zrytmizowane i energiczne „Providence” i dynamicznie rozwijające się „Milk & Black Spiders” wywołały nieokiełznany entuzjazm wśród widzów, przejawiający się bezustannymi podskokami. I wtedy panowie postanowili wyciszyć atmosferę i dać naszym nogom możliwość odpoczynku. „Spanish Sahara” wybrzmiała sto razy bardziej przejmująco i magicznie, niż na Openerze dwa lata temu, a w czasie „Red Socks Pugie” i „Late Night” wpadłem w lekki trans. Na szczęście za sprawą energicznej końcówki tego drugiego utworu zostałem z niego wyrwany. Niemałą rolę odegrała tu też fantastyczna solówka gitarowa Yannisa. Ostatnim utworem zasadniczej części koncertu zostało „Electric Bloom”. Pulsujący rytm tego utworu i nieustannie narastające w nim napięcie w połączeniu z ekspresyjną grą Yannisa na bębnie dały bardzo dobry efekt. Na tyle bardzo dobry, że oklaski po zakończeniu piosenki trwały na tyle długo, że zespół nie miał innego wyjścia, tylko po prostu musiał wrócić na scenę.

I wtedy zaczęła się wspomniana przeze mnie na początku jazda bez trzymanki i hamulców. Pierwsze dźwięki kultowego „Hummer” wprawiły publiczność w autentyczną ekstazę. Zagranie przez nich tego utworu było dla mnie totalną niespodzianką. Nie wiem, czy ktokolwiek w Stodole liczył na usłyszenie pierwszego dużego hitu zespołu z Oxfordu na żywo. Następnym bisem był „Inhaler”. Szczerze mówiąc nie bardzo jestem w stanie odtworzyć dokładny przebieg późniejszych wydarzeń z powodu utraty przeze mnie wzroku (konkretniej okularów). Na szczęście mimo nieostrej wizji, z fonią było u mnie wszystko w porządku i byłem w stanie docenić to, jak ciężko Foals potrafią brzmieć. Mogłem też to poczuć, dlatego że pod sceną rozpętało się prawdziwe piekło. Kocioł, w którym nogi i łokcie zaplątywały się niczym Węzeł Gordyjski trwał podczas całego utworu, gwałtownie wybuchając podczas refrenów. Po nabraniu tchu wokalista zadał kurtuazyjne i retoryczne pytanie „Are you fucking ready?” i Foals zaczęli grać koncertową bombę atomową w postaci „Two Steps Twice”. Wtedy sprawy przybrały naprawdę  poważny obrót. W czasie chwilowego zwolnienia tempa i budowania napięcia, jaka jest obecna w tym utworze („papara papara papara papa”), Yannis postanowił przyprawić o zawał stojącego dotychczas spokojnie na balkonie Ziółkowskiego. Wszedł bowiem z gitarą na znajdujący się ok. 7 metrów nad ziemią balkon i zaczął po nim chodzić nie przerywając grania. Po czym w pewnym momencie oddał gitarę panu technicznemu, przełożył jedną nogę przez barierkę, potem drugą i wykonał brawurowy skok na wyciągnięte w górę ręce widowni. Epicki moment, o którym będę opowiadał wnukom. Potem wraz z zespołem dokończył koncert wywołując istną fontannę potu i trzęsienie podłogi na publiczności. Tak o to ten dziki wieczór, w czasie którego okazało się, że niepozorne studyjnie Źrebaki przemieniają się w nieujarzmione koncertowe Rumaki dobiegł końca.

Lewandowski

PS. Okulary się znalazły (niestety nie w całości), a uczynnej nieznajomej, która je podniosła z ziemi z całego serca dziękuję.

2 responses to “Foals w Stodole

  1. ja jako wielki, wierny fan z tatuażem z nimi związanym(co też dumnie Im po koncercie pokazywałam) nie byłam zaskoczona zagraniem „Hummer” (choć na setliście pierwotnie nie był w planach, grają Go gdy koncert bardzo im się podoba) a tym bardziej skokiem z balkonu. Yannis robi to zawsze w klubach, organizatorzy byli na to przygotowani🙂 a koncert ideał, jeszcze lepszy (o ile to możliwe!) niż w Gdyni w 2011. i o ironio, na tym koncercie Jack też zranił się w rękę – zaraz po koncercie pojechał do lekarza. na szczęście to nic poważnego🙂

  2. świetna recenzja. Tak jak napisałeś-tak było. ja się nadal trzęsę😉 i jeszcze po koncercie co się działo😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s