Festiwal Kultura 2.0: Drekoty, L.Stadt, Rebeka w BASENIE

banner-kultura-20_595

Drekoty
fot. Obiektywna Iluzja

Relację z tego koncertu zacznę podobnie jak w przypadku relacji z akustycznego koncertu L.Stadtu w TR Warszawa. Raz na jakiś czas zdarza mi się uczestniczyć w koncertach magicznych…  Wciąż raczej sporadycznie, zawsze niespodziewanie. Choć myślę, że spokojnie mógłbym je zliczyć na palcach jednej ręki to wciąż, jak to chyba po prostu bywa ze sprawami magicznymi, trudno mi określić skąd i właściwie czemu ta magia wypływa (może to właśnie jest tak magiczne?). No bo jak to cholibka się dzieje, że zamiast stać pod sceną i słuchać jak człek jakiegoś koncertu, czuję, że płynę w zupełnie nieznanym mi kierunku, bezwiednie dając topić się w głębi dźwięków i efektów wizualnych? (pewnie w niektórych przypadkach niebagatelny wpływ na to miał alkohol). W wypadku relacjonowanego przeze mnie koncertu Drekotów, sprawę tonięcia w dźwiękach wyjaśniać mogłaby nazwa miejsca, w którym 12 października w ramach Festiwalu Kultura 2.0 odbywały się wszystkie koncerty. Podkreślam – mogłaby, bo tak naprawdę, lwią część magii tego koncertu w moim odczuciu wytwarzała nowa wokalistka Drekotów, obecna na zdjęciu powyżej dama w czapce – czyli Natalia Pikuła (możecie kojarzyć ją z 5. edycji Must Be The Music), która do Oli Rzepki i Magdy Turłaj dołączyła zastępując ex-Drekota (Drekotkę?) Zosz Chabierę. I będąc bardziej szczerym niż zazwyczaj jestem w tych sprawach (szczególnie tutaj), nie była to magia wynikająca wyłącznie z niewątpliwie urzekającej barwy głosu oraz wyczuwalnej chemii między członkiniami trio. Jako, że występuję tutaj w roli sprawozdawcy z koncertu,  to choć bardzo bym chciał chyba nie powinienem bardziej drążyć tego tematu. Wrócę zatem do głosu Natalii, który raz wpadał w „pluszowe” klimaty Misi Furtak, by zaraz potem uderzyć znienacka z siłą, chyba jednak nie tak świętej pamięci, Amy Winehouse doprowadzając mnie do stanu absolutnego poddania się tej przedziwnie ujmującej, sprawiającej wrażenie najpierw porwanej, potem cokolwiek intrygująco posklejanej, „drekociej” muzyce (nomen omen przy okazji kawałka „Poddanie”). Wstyd się przyznać, ale za czorta nie pamiętam kolejności granych kawałków. W krótkich momentach oderwania wzroku od Natalii zauważyłem, że przy okazji kawałka „Skrzypię” na scenę wszedł chyba Budyń, który chyba miał ze sobą saksofon, chyba na nim grał i chyba, mimo rozkojarzenia, byłem całkiem pod wrażeniem.  Na scenę w pewnym momencie wyszedł też jakiś Pan z trąbką. ZA-grał bardzo ładnie… Słowem, mimo, że UL/KR na koncert nie przyjechało, to parafrazując jeden z kawałków gorzowskiego duetu i tak miałem tę swoją magię. Trudno, skoro i tak tym razem wyszła mi niezbyt muzyczna relacja z koncertu to już nie będę dłużej uprawiać tej ułomnej kurtuazji:
Panno Pikuło: Jeżeli wciąż „nie ma go, nie ma go, nie”  to ja również „nie czekam na wojnę”.

A po trochę bardziej muzyczne podejście do Drekotów zapraszam tutaj – pod linkiem znajduje się recenzja debiutanckiego albumu, czyli Persentyny.

Maciejewski

L.Stadt

Jako drudzy na scenie Basenu pojawili się panowie z L.Stadt. Niemalże dokładnie pół roku temu, bo na początku kwietnia, mieliśmy przyjemność posłuchania i porozmawiania z zespołem dokładnie w tym samym miejscu. W odróżnieniu jednak od kwietniowego zetknięcia się z łódzkim zespołem, tym razem koncert miał być uświetniony premierowym wykonaniem kawałków z wydanej niedawno, długo oczekiwanej EPki You Gotta Move. Panowie Łukasz Lach, Adam Lewartowski, Andrzej Sieczkowski i Piotr Gwadera nagrywając nowy materiał postanowili złożyć hołd amerykańskim klasykom country i nadać tej klimatycznej gitarowej muzyce nieco alternatywnej świeżości. Przed koncertem ekipa zapowiedziała, że koncert będzie energiczny, co dodatkowo podsyciło naszą ciekawość i chęć ponownego obcowania z L.Stadt w wydaniu koncertowym. Zaczęło się jednak nostalgicznie i melancholijnie za sprawą pięknych kawałków Londyn oraz Come Away Melinda. Później występ Łodzian nabierał tempa z każdym kolejnym utworem. Obok przebojów z pierwszych dwóch krążków zespołu, takich jak March, Fashion Freak, Smooth czy Charmin/Lola, mieliśmy rzecz jasna okazję usłyszeć premierowo fragmenty wydanej kilka dni wcześniej EPki, spośród których zdecydowanie najlepiej wybrzmiały U.F.O. oraz Waitin Around To Die. Całość zwieńczona została jedynym zagranym na bis kawałkiem, skocznym Ciggies. Całym koncertem chłopaki z L.Stadt udowodnili, że są niezmiennie w ścisłej czołówce polskiej rockowej alternatywy. Muzycznie dojrzali, odważni, nie bojący się nowych inspiracji, na scenie profesjonalni i pewni siebie Łodzianie znowu dostarczyli nam niemałą dawkę przyjemnych koncertowych wrażeń.

Róg

Rebeka

Wszyscy uczestnicy imprezy nastawiali się z pewnością na występ innego duetu z zachodu naszego kraju. Trzecią gwiazdą wieczoru miał być bowiem powszechnie znany i lubiany gorzowski duet UL/KR. Traf chciał jednak, że Błażeja Króla (wokalistę przyp. red.) zmogła choroba i zespół musiał odwołać swój występ w Basenie. Smutek nie trwał jednak długo, bowiem okazało się, że w ich zastępstwie swoją twórczość zaprezentuje nam Rebeka. Nie żebym miał coś przeciwko UL/KR i ich koncertom. Wręcz przeciwnie. Po prostu Rebeka to był dotychczas mój koncertowy unfinished business. Na czerwcowym Pikniku Muzycznym Co Jest Grane musieli zakończyć występ po pół godzinie, na Openerze zdążyłem na dwa ostatnie utwory i teraz liczyłem na to, że wreszcie będzie mi dane we właściwy sposób uczestniczyć w ich koncercie. Zwłaszcza, że Iwona Skwarek i Bartosz Szczęsny są w moim przekonaniu autorami najbardziej ekscytującego debiutu na polskiej scenie muzycznej roku 2013. Z wymienionych wyżej względów był to chyba najbardziej oczekiwany przeze mnie koncert tego wieczoru. I na całe szczęście nie zawiodłem się ani trochę. Rebeka bowiem pokazała czemu zawdzięcza entuzjastyczne recenzje wśród zagranicznych dziennikarzy i blogerów oraz zaproszenia na występy w klubach coraz bardziej oddalonych od ich rodzinnej miejscowości. Niektóre spośród aranżacji koncertowych ich piosenek wywoływały bardzo intensywne emocje i doznania. Zwłaszcza przeszywająco wybrzmiały utwory „Unconscious” i „555”. Z kolei piosenki takie, jak „Stars”, „Melancholia”, „Fail” czy „Sisters” okazały się być bardzo solidnymi tanecznymi propozycjami. Do tego warto wspomnieć o ujmującej naturalności, spontaniczności i bezpośredniości wymalowanej Iwony i Bartka w zachowaniu scenicznym i kontakcie z publicznością. Całość złożyła się w bardzo satysfakcjonujący efekt. Nie mogę się już doczekać występu w Stodole w listopadzie. A Błażejowi tymczasem życzę jak najszybszego powrotu do zdrowia.

Lewandowski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s