Big TV | White Lies

White Lies - Big TV

Jeszcze kilka lat temu ochrzczeni zostali mianem jednej z największych nadziei młodej brytyjskiej sceny muzycznej. Panowie z White Lies, bo to ich mam teraz na myśli, spełnili pokładane w nich nadzieje już po wydaniu swojego debiutanckiego albumu To Lose My Life na początku 2009 roku. Longplej znalazł się wówczas na szczycie najlepiej sprzedających się płyt na Wyspach, a sam zespół dziś jest jednym z najważniejszych przedstawicieli indie-rockowej brytyjskiej muzycznej masy. Nic zatem dziwnego, że w cieniu ostatnich premier ukazujących się pod szyldem gigantów z Wielkiej Brytanii (vide Arctic Monkeys, Franz Ferdinand czy Babyshambles) to właśnie trzeci album White Lies, zatytułowany Big TV, cieszył się największym zainteresowaniem. Zwłaszcza w Polsce, gdzie ekipa doczekała się przecież sporej grupy wiernych fanów. Dla miłośników White Lies mam jednak dwie wiadomości: dobrą i złą. Po pierwsze Big TV to album bardzo przyzwoity, jednak po drugie udowadnia on, że zespół muzycznie stanął w miejscu.

Kiedy niespełna pięć lat temu na półkach sklepowych ukazał się To Lose My Life, wszyscy byli zgodni twierdząc, że White Lies mają olbrzymi potencjał na to, by w przyszłości zostać godnym spadkobiercą pięknej brytyjskiej muzycznej tradycji. Single Death, To Lose My Life oraz Farewell To The Fairground przewijały się przez stacje radiowe z należytą częstotliwością i podbiły serca tłumów. Sam zespół przyjeżdżając do Polski nie był traktowany jako młode szczyle które jeszcze muszą coś udowadniać. Panowie Harry McVeigh, Charles Cave oraz Jack Lawrence-Brown byli już u nas gwiazdami. Dwa lata później, a więc w 2011 roku, White Lies mieli potwierdzić, że szum jaki wywołali nie jest bezpodstawny. Album Ritual z fantastycznymi Bigger Than Us, StrangersHoly Ghost na czele spełnił swoje zadanie. Choć nie był tak nafaszerowany przebojami jak poprzednik, to w intrygujący sposób łączył w sobie nowofalowe brzmienia syntezatorów ze świeżym powiewem alternatywy. Brytyjczycy momentalnie zostali ustawieni na równi z zespołami takimi jak Interpol czy Editors, a nawet okrzyknięci następcami Joy Division. Słusznie czy nie – ile par uszu miało z nimi do czynienia, tyle różnych interpretacji. Tak jednak wówczas naprawdę było.

Czas zatem wytłumaczyć się z drugiego wspomnianego wyżej, a więc mniej optymistycznego wniosku jaki nasunął mi się po przesłuchaniu Big TV. Dzisiaj, tuż po wydaniu trzeciego albumu White Lies, na próżno szukać podobnego entuzjazmu co 2 czy 4 lata temu. Wprawdzie do brzmienia materiału wydanego na Big TV trudno się przyczepić, to jednak pozostaje po nim pewien niesmak. Anglicy nagrali płytę na miarę swoich możliwości, ale brakuje na niej czegoś nowego – jakiegokolwiek pozytywnego zaskoczenia, które potwierdziłoby, że White Lies mają nam do zaoferowania coś więcej niż to, z czym mieliśmy do czynienia na dwóch pierwszych krążkach. Osobom, które przyzwyczaiły się już do starych White Lies`ów zapewne to schematyczne nagrywanie utworów wręcz odpowiada. Ja jednak liczyłem na to, że panowie choć trochę odskoczą od stylu na którym wypłynęli i już sprawią, że za kilkanaście lat będą zapamiętani jako coś więcej niż wyłącznie one hit wonder.

Przejdźmy do pozytywów. Abstrahując od tego o czym pisałem wyżej, Big TV słucha się naprawdę przyjemnie. Pod względem tempa i rytmiki utworów album jest różnorodny. Mocniejsze uderzenia przeplatane są spokojniejszymi przerywnikami w postaci wolniejszych, bardziej melodyjnych kawałków. Całość wydaje się być podzielona na trzy części, które oddzielane są od siebie krótkimi instrumentalnymi Space i oraz Space ii. Sam początek albumu imponuje. Kosmicznie mroczny tytułowy utwór Big TV wraz z następującym po nim przebojowym singlem There Goes Our Love Again stanowią świetną inaugurację całej płyty. W drugiej części na zdecydowanie największą uwagę zasługuje najbardziej energiczny, a zarazem chyba najlepszy utwór na całej płycie – Mother Tongue, który na spółkę z pierwszym singlem Getting Even jest dowodem na to, że White Lies mają w sobie trochę post-punkowej krwi. Niemałe zadatki na przebój może mieć też skoczny Be Your Man idealnie kontrastujący z poprzedzającym go balladowym Change, w którym z kolei pierwsze skrzypce odgrywają instrumenty klawiszowe. W typowo whiteliesowym First Time Caller czuć przede wszystkim powiew lat osiemdziesiątych. Końcówka albumu nie bombarduje w nas werwą, za to dostarcza sporo pięknych melodii, a to przede wszystkim za sprawą melancholijnych Tricky To Love oraz Heaven Wait. Na finiszu niespodziewanie czeka nas jednak jeszcze jedna chwytliwa petarda w postaci pachnącego dokonaniami The Cure utworu Goldmine.

Big TV wzbudza u mnie bardzo mieszane odczucia. Prawdopodobnie gdybym nie znał dotychczasowej twórczości White Lies, byłbym tym albumem zachwycony. Tymczasem do zachwytu jeszcze daleka droga, choć jakakolwiek krytyka również wydaje się być nie na miejscu. Spodziewałem się czegoś lepszego, po cichu liczyłem na zaskoczenie, a otrzymałem coś co już doskonale znam. Apetyt ma niestety to do siebie, że rośnie w miarę jedzenia, a tą płytą Brytyjczycy zaspokoili mój apetyt jedynie częściowo.

Róg

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s