Sequel to the Prequel | Babyshambles

Ćpun a przy okazji muzyk czy muzyk, przy okazji ćpun? To pytanie wydaję się kluczowe jeżeli chodzi o to jak postrzegany jest dzisiaj, a w zasadzie był od zawsze obecny lider zespołu Babyshambles, wcześniejszy członek i współzałożyciel sławetnych dla brytyjskiego rocka XXI wieku Libertinesów, Pete Doherty.

Ci, którzy w ogóle go kojarzą, dzielą się na dwie grupy: na tych, którzy wiedzę o nim czerpali z brukowców, pudelków i tym podobnych paszkwilogennych bękartów dziennikarstwa, dzięki którym gdy w towarzystwie usłyszą jego imię i nazwisko mogą z wymalowaną satysfakcją i dumą na twarzy wyrzucić z siebie to ten ćpun, który był z Kate Moss albo to ten koleś, który chciał rozsmakować swojego kota w cracku albo też to ten co sprzedaje pety Winehouse i Moss, żeby zarobić na brązowy cukier itd. et cetera (można by tak jeszcze pewnie przez godzinę), no i na tych, którzy, mimo dość kiepskiej reputacji Pete’a – człowieka, postanowili jednak przekonać się jakim Doherty jest muzykiem, starając się oddzielać jego życiem prywatne od tego co prezentuje na nagrywanych albumach grubą (białą) krechą.

Don’t let me be misunderstood. Nie twierdzę, że Pete nie jest ćpunem. Wręcz przeciwnie. Zdaję sobie sprawę, że ćpie jak szalony, wszędzie gdzie tylko może, w ilościach tak końskich, że aż drakońskich dla jego organizmu; tak końskich, że każdego dnia eksplodują mu przynajmniej 3 żyły, że jego pomysł na obiad, podobnie jak winiary, sprzedają w proszku i że przez to w ogóle całe jego życie jest w proszku (do tego stopnia, że wyjątkowo często zdarza mu się „zapomnieć” kiedy i gdzie ma grać koncert). Z tym, że jest mi z tego powodu po ludzku przykro. Przykro, bo zdążyłem się przekonać jak bardzo utalentowany z niego gość. Bo płyty Up the Bracket (pisałem o niej z okazji 10-lecia jej wydania) eponimiczną The Libertines, Down in Albion, Shotter’s Nation czy nawet solową Grace/Wastelands wciąż uważam za jedne z najciekawszych owoców brytyjskiej muzyki XXI wieku. Wydaję się jednak, że Pete mimo wielu rehabów, pobytów w więzieniu, przerzyganych poranków i śmierci w wyniku przeholowywania z alkoholem i innymi używkami jego znajomej Amy Winehouse, z narkotyków zrezygnować nie zamierza. „Żebym przestał ćpać musiałbym stracić rękę” powiedział w ostatnim wywiadzie. Wielka szkoda, ze Doherty zamiast obrać w końcu dobrą ścieżkę, po raz kolejny woli ją wciągnąć.

Stąd, choć bardzo chciałem wierzyć w powrót Shamblesów, informacje o nowym albumie traktowałem trochę z przymrużeniem oka, mając z tyłu głowy wszystkie wybryki Pete’a oraz podobne zapewnienia Amy Winehouse dotyczące nagrywania nowego materiału z początku roku 2011 (kilka miesięcy przed jej śmiercią). Światowa premiera (2.09) jednak już za nami (co prawda w Polsce płyta pojawi się w sprzedaży dopiero 16.09) więc można odetchnąć z ulgą. bo Doherty w ślady Amy na szczęście nie poszedł. Co więcej, muszę (z nieskrywaną radością) przyznać, że słuchając Sequel to the Prequel, pierwszego po Shotter’s Nation z 2007 roku albumu Babyshambles i 12 (tym razem muzycznych) ścieżek na nim zawartych, trudno oprzeć się wrażeniu, że Pete i spółka są w naprawdę bardzo dobrej formie (przynajmniej kompozytorskiej, inna szczerze mówiąc mnie mało interesuje – mama mówiła „nie zaglądaj nikomu w żyłę, bo to nieładnie”). Choć wielu fanów Pete’a chciałoby widzieć w tym głównie jego zasługę, a album Sequel to the Prequel uważać za skutek cudownego powrotu już 34-letniego Billy’ego Bilo (przyp. red. ksywa Doherty’ego) z depresyjno – narkotykowych zaświatów, trzeba jednak podkreślić, że Pete w nowym wydaniu schodzi trochę na dalszy plan – we wszystkich kawałkach z nowej płyty, Pete jest tylko współautorem.

Kluczową rolę w zebraniu formacji do kupy i tchnięciu w nią nowego życia odegrał natomiast Drew McConnell. Basista Babyshambles po poważnym wypadku z 2011 roku, po tym jak poprzez długotrwałą rehabilitację od początku musiał nauczyć się chodzić, za główną ambicję obrał sobie zebranie zespołu w studio i nagranie kolejnego albumu, na którym mógłby zawrzeć część z napisanych przez siebie utworów (komponowanych między rozciąganiem mięśni, masażami a fizjoterapią). Nie dziwota, że słuchając tej płyty, trudno nie czuć unoszącej się podczas jej nagrywania mieszanki satysfakcji, radości i niedowierzania, na zasadzie „jakim do cholery cudem my w ogóle jeszcze żyjemy?”.

od lewej: Drew McConnell i Pete Doherty

Dość już o backstage’u. Czas przysłuchać się samemu albumowi. Otwierający album, mocno punkowy Fireman stanowi całkiem przyzwoite pierdolnięcie (sprawdza się również na koncertach, bowiem znajduje się w repertuarze zespołu już od kilku lat). Brzmi trochę jak odrzut z Nevermind The Bollocks Pistolsów (głównie dzięki zawodzącemu wokalowi Doherty’ego). Zaskakująco mocny ryk Doherty’ego oraz przedziwny, ale pasujący do punkowej estetyki tekst (który i tak nie jest najdziwniejszym tekstem na płycie) It’s a breakfast time, have a pot of wine każą myśleć – to Babyshambles jakie znam i kocham. Strażak nie stanowi jednak adekwatnej zapowiedzi tego co przygotowali nam muzycy. Z drugiej jednak strony chyba nie potrafię wyobrazić sobie kawałka, który mógłby za takową uchodzić. Mamy bowiem do czynienia z albumem, jak na Babyshambles, bardzo różnorodnym.

Od brudnego punka, we wspomnianym już wyżej Firemanie, przez delikatnie rozwijające się ballady (genialne Farmer’s Daughter, trochę gorsze New Pair) po kapitalnego, inwazyjnego, inspirowanego muzyką ska, twórczością Specialsów oraz … maszyną do pisania, Dr.No i, lekkie niczym moje pióro, country z riffem zaczerpniętym z I Want You Boba Dylana w kawałku Fall from Grace, Babyshambles zdaje się nie narzucać sobie żadnych gatunkowych granic. W tytułowym, zaaranżowanym „na bogato”, Sequel to the Prequel bawią się trochę w Beatlesów, malując kolaż przypominający starszego, dojrzalszego i bardziej poukładanego brata Sweet By and By z Grace/Wastelands, który już wie, że „głowę trzeba podnieść do góry” zamiast się mazgaić. Ta wydawać by się mogło dość karkołomna mieszanka stylów karku jednak Szambelanom nie łamię. Zdarza się, że podwiną im się nogi – w New Pair, gdzie Doherty nie daje trochę rady wokalnie albo w nijakim lirycznie i muzycznie Maybelline (nie jest to cover Chucka Berry’ego), wpadającym do ucha dość szybko, równie szybko z niego wypadając. Zaskakująco dobrze wypada natomiast singiel promujący album – Nothing Comes to Nothing – chyba najbardziej popowa piosenka w dorobku grupy. Świetna progresja akordów, prosta melodia, która przy pierwszym przesłuchu wydaje się dziwnie znajoma i tekst, który po długim czasie oczekiwań fanów martwiących się o dalsze losy narkomuzyków z Londynu może przyprawić o ciary robi wrażenie (mimo wszystko są to ciary bardziej pozytywne, niż te które wywoływał kontrowersyjny singiel Fuck Forever promujący album Down in Albion). Podobnie zresztą jak Picture Me in a Hospital z autobiograficznym tekstem McConnella i z aranżacją przypominającą solowy album Pete’a Doherty’ego (świetnie wkomponowane skrzypce). Bardziej posępnie robi się tylko w wieńczącym album utworze-ostrzeżeniu Minefield, który może być przykładem nowej jakości Babyshambles. Mniej brudu, więcej precyzji. Mniej słów, więcej ekspresji. No i chyba mimo wszystko, trochę mniej narkotyków.

Jedynym powodem dla którego nie uważam Sequel to the Prequel za jak dotąd najlepszy album w dorobku grupy, jest trochę słabszy niż na poprzednich longplejach poziom warstwy tekstowej. Może to kwestia mniejszego zaangażowania w tę płytę Doherty’ego? Pete ma/miał dar do lirycznego czarodziejstwa, które z kawałków dość przeciętnych melodyjnie i brzmieniowo wyciskało ich maksymalny potencjał. Tym razem odnoszę wrażenie, że Bilo ten dar gdzieś po drodze zgubił. Dobrze, że mankament ten z nawiązką zastępuje większa dokładność kompozytorska i różnorodność zgromadzonego na albumie materiału. Nie łudzę się, że ten album przekona (ani, że chociaż zainteresuje) tych, którzy Babyshambles już wcześniej nie lubili. Fanom natomiast może sprawić sporo radości, bo Babyshambles Sequelem wychodzą z naprawdę niezłego gówna. Trochę umorusani, trochę śmierdzący, ale z szelmowskimi uśmieszkami na twarzy.

Maciejewski

One response to “Sequel to the Prequel | Babyshambles

  1. W Polsce, gdzie twórczość Doherty’ego jest skandalicznie ignorowana, mimo że spod jego ręki wyszły najlepsze melodie na Wyspach w ciągu ostatnich 15 lat, cieszy każda pozytywna i merytoryczna recenzja. Mam jednak parę uwag. Po pierwsze, „Fuck Forever” nie był pierwszym singlem zespołu, lecz wydany rok wcześniej „Killimangiro”. Po drugie, „taki utwór jak „Fuck Forever” nagrywa się tylko raz w karierze. Palec boży, kosmiczna energia, błysk geniuszu, nazwijcie to jak chcecie. Nie porównywałbym z tym utworem żadnego innego singla. A już na pewno nie „Nothing…”, któremu bliżej do beztroskiego „You talk” niż do ironicznego hymnu, jakim jest „FF”.
    Po trzecie – totalna niezgoda z oceną „Maybelline”. Dla mnie to esencja stylu Shambles. Muzycznie przywołuje nieco echa radosną żywiołowość Libertines. Tekst istotnie nie zwracałby szczególnie uwagi, gdybyśmy nie domyślali się, kto jest bohaterką i adresatka tego tekstu. Komuż można dopiec, złośliwie nazywając go imieniem największego konkurenta firmy Rimmel, którego od 12 lat twarzą jest … no kto? Dla Kate Moss Rimmel to coś więcej niż stałe zlecenie. To jedyny pracodawca, który nie wywalił jej na zbitą twarz po aferze z ujawnieniem zdjęć, na których modelka wciąga koks. W zamian musiała posypać publicznie głowę popiołem. No i rzucić Pete’a. Ma prawo na drobne złośliwości.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s