AM | Arctic Monkeys

am

Każda dotychczasowa dekada w muzyce miała swoją ikonę. W latach 50. był to Elvis Presley. Lata 60. należały do Jima Morrisona i The Beatles z duetem Lennon-McCartney (lub The Rolling Stones i Richards-Jagger. Co kto woli). Kolejna dekada to okres na który przypadają szczytowe dokonania Davida Bowie. W latach 80. czarno-biały Michael Jackson trochę wypaczył sens sformułowania „muzyczny półbóg”, ale za sprawą Kurta Cobaina na początku lat 90. świat muzyki znów miał namacalnego herosa u którego stóp mógł bić pokłony. Od kiedy jednak lider Nirvany palnął sobie w łeb w 1994, takiej ikony można by ze świecą szukać. Może Eminem miałby szansę. Brakowało jednak kogoś, kto naprawdę byłby darzony ogólną czcią. Kogoś, kto samym spojrzeniem powodowałby powolne zsuwanie się damskiej bielizny. Kogoś, kto wisiałby na plakatach zarówno w pokojach nastolatków, jak i statecznych biznesmenów. Kogoś, na kogo cześć moglibyśmy nazywać nasze dzieci. Kogoś, kogo styl wszyscy kopiowaliby na prawo i lewo. Aż do teraz. Ladies and Gentlemen: oto Wielki Alex Turner i jego Wielki Zespół Arctic Monkeys.

arctic-monkeys-2013

Część uzna, że przesadziłem. Mam jednak argumenty potwierdzające moją tezę. W ciągu ostatnich dziesięciu lat żaden inny zespół nie wydał płyty tak idealnie opisującej życie codzienne i prozaiczne problemy przedstawicieli mojego pokolenia jak „Whatever The People Say I Am, That’s What I Am Not”. Żaden inny zespół nie zaczął tak skutecznie wykorzystywać potęgi wszędobylskiego dziś internetu do promocji własnych dokonań (sukces „I Bet You Look Good On The Dancefloor” na MySpace (przyp. red. dla młodszych czytelników: to był taki Facebook dla zespołów muzycznych)). Żaden inny zespół nie doczekał się nieoficjalnej składanki w internecie stworzonej przez samych fanów. Żaden inny zespół nie był darzony tak powszechną adoracją i uwielbieniem przez moich rówieśników. Żaden inny zespół nie pozwalał nam się utożsamiać w chociaż trochę zbliżonym stopniu. Żaden inny zespół nie miał na tyle dużych jaj, żeby zostawić popularność i sławę w Wielkiej Brytanii i jechać nagrywać płytę na drugi koniec świata kompletnie zmieniając swoje dotychczasowe brzmienie i styl. Żaden inny autor tekstów nie miał takiego talentu do bezpośredniego, a jednocześnie bezpretensjonalnego opisywania mniej lub bardziej skomplikowanych relacji damsko-męskich. Żaden inny zespół nie może sobie pozwolić na robienie zawsze tego czego chce, bez oglądania się na reakcję fanów tudzież wytwórni. I wreszcie, w ciągu ostatnich dziesięciu lat, żaden inny zespół nie nagrał tak znakomitej płyty jak „AM”.

Część może nawet się ze mną zgodzi ale powie, że: „Prawdziwe Arctic Monkeys to dwie pierwsze płyty.” Cóż. Kiedy The Beatles zrzucali garniturki i nagrywali „Revolver” też niektórzy parskali. Podobnie jak w przypadku Czwórki z Liverpoolu, zmiana stylu Czwórki z Sheffield na wydanym w 2009 roku „Humbugu” została odebrana początkowo dosyć ozięble. I podobnie jak Beatlesi, Arktyczne Małpy wydały teraz arcydzieło. Tak jak w przypadku The Beatles kluczowy był wyjazd do Indii i spotkanie z jakimś tamtejszym guru, tak dla Arctic Monkeys wydarzeniem obracającym sytuację o 180 stopni był wyjazd do Kalifornii i spotkanie z tamtejszym guru, którym jest Josh Homme. To on uczynił z Alexa Turnera, Jamiego Cooka, Nicka O’Malleya i Matta Heldersa mężczyzn. To on, będąc producentem ich trzeciego albumu sprawił, że ich gitary zaczęły mocniej rzężeć, riffy stały się ostrzejsze, a bębny donośniej dudnią. Piąty album formacji z Sheffield należy traktować jako pochodną tych zabiegów lidera Queens Of The Stone Age. „Suck It And See” jawić się może jako dziwny skok w bok na złe drzewo w wydaniu Arktycznych Małp. Aby to zobrazować posłużę się metaforą mojego kolegi, redaktora Maciejewskiego. Porównał on swego czasu czwarty album Arctic Monkeys do „przyjemnej schadzki na kalifornijskiej plaży”, podczas gdy „Humbug” nazwał „nocą testowania wytrzymałości łózka w hotelowym pokoju, wypełnionym powietrzem ciężkim od feromonów”. Używając tej przenośni „AM” to szalona orgia po której tapety, meble i lampki nocne w pokoju wymagają wymiany, a iść zapalić musi cały hotel, włącznie z recepcjonistą.

Efekt ten osiągany jest dzięki dwóm oczywistym składnikom. Tekstom i brzmieniu. W pierwszej warstwie na wierzch wychodzi geniusz Turnera. W drugiej widać to, jak bardzo rozwinęli się Arctic Monkeys jako muzycy i kompozytorzy. Ale po kolei. „AM” to popis koncepcyjny i liryczny Turnera. Alex już dawno przestał pisać o „tańczeniu do elektro-popu niczym robot z 1984”. Zawsze najlepiej wychodziły mu teksty od których człowiek potrafił zaczerwienić się aż po czubki uszu (vide „505”). Teraz o cielesnej stronie ludzkich związków napisał całą płytę. Daleko mu jednak w tej kwestii do hedonistycznej postawy, tak bardzo charakterystycznej dla naszych czasów. „Współczesny Elvis” okazuje się być romantykiem próbującym w bezdusznym i pozbawionym trwałych uczuć świecie odnaleźć miejsce dla siebie. Stąd tytułowe pytania „Do I Wanna Know?” i „R U Mine?”. W końcu, po wielu zwątpieniach i zwrotach akcji, na pytanie „R U mine tomorrow/Or just mine tonight?” odpowiada „I Wanna Be Yours”. Bez cienia ironii czy cynizmu. Ten ostatni utwór jest zresztą punkowym tekstem z lat 80. próbującym opisać za pomocą języka reklamy miłość („I wanna be your vacuum cleaner/Breathing in your dust/I wanna be your Ford Cortina/I won’t ever rust”). Przy dźwiękach aparatu perkusyjnego to upośledzone wyznanie brzmi jeszcze bardziej pusto. Pomiędzy „Do I Wanna Know?” i „I Wanna Be Yours” natrafimy na jeszcze więcej perełek. Odrobina psychodelii w „Arabelli”, czy uwspółcześniona wersja „I Bet You Look Good On The Dancefloor” w postaci „No. 1 Party Anthem” to tylko niektóre z nich. I to nie koniec. Te wspaniałe teksty podane są w towarzystwie najbardziej eksperymentalnej, nietuzinkowej i nieoczywistej warstwy muzycznej spośród dotychczasowych czterech albumów autorstwa Arctic Monkeys.

arctic_monkeys_2013_2

Na piątym w ich dorobku krążku znajdziemy 12 piosenek trwających w sumie niecałe 42 minuty. Te 12 utworów tworzy muzyczną mozaikę, której każdy kawałek wygląda trochę inaczej, ale wszystkie do siebie pasują i po złożeniu ich w całość rezultatem jest spójny obraz. I tak bezlitosny, niemalże hip-hopowy rytm w połączeniu z wywołującym ciarki na plecach riffem Jamiego Cooka w „Do I Wanna Know?” plasuje się w pobliżu agresywnego klimatu „R U Mine?”, jednak oba te single to dwa różne światy. Mimo, że oba genialne. Po tak mocnym i ciężkim otwarciu „One For The Road” z soulowymi chórkami i klimatem r’n’b miło zaskakuje. Czwarta „Arabella” brzmi jak kolaboracja Dr. Dre z Black Sabbath. Ta wybuchowa mieszanka skutkuje jedną z najlepszych kompozycji na albumie. Bardzo pozytywnie brzmi również „I Want It All” ze swoim marszowym rytmem, rozdzieranym raz po raz wyciem gitary do księżyca. Numery 6 i 7 skrywają prawdziwe perełki świadczące o dojrzałości Arctic Monkeys. „No 1. Party Anthem” plasuje się blisko utworów z soundtracku do filmu „Submarine” autorstwa Turnera. Z kolei loureedowskie „Mad Sounds” spokojnie zmieściłoby się na „Transformerze” między „Perfect Day” a „Walk on The Wild Side”. I nie stanowiłoby słabszego momentu. Wpływy lidera Queens Of The Stone Age i pustynne brzmienie odnajdziemy z kolei na „Fireside”. Wspomagani w tym utworze przez Billa Rydera-Jonesa panowie z Sheffield brzmią jakby się urodzili nieopodal studia Rancho De La Luna w Joshua Tree, a nie na północy jakiejś deszczowej skały. Kolejny singiel „Why’d You Only Call Me When You’re High?” ze swoimi loopami i hookami perkusyjnymi spełnia obietnicę Turnera o „brzmieniu jak Dr. Dre”. O tym, że Alex tęskni do Last Shadow Puppets świadczyć może z kolei orkiestralne brzmienie „Snap Out Of It”. Tutaj gościnnie udziela się Josh Homme dodając pikanterii wokalowi. Przedostania piosenka „Knee Socks” to popis perkusisty Heldersa. W tej zrytmizowanej pigułce energii to on i jego instrument wychodzą na pierwszy plan. Uwagę przykuwają też chórki w falsetto. Całość zamyka spokojne i piękne „I Wanna Be Yours” będące klamrą spinającą całość tego fantastycznego albumu.

„AM” z założenia miało być opus magnum Arctic Monkeys. I rzeczywiście nim jest. Ale tylko póki co. Turner wprost przyznawał się do inspiracji tytułem kompilacji „VU” autorstwa Velvet Underground. Album Czwórki z Sheffield trzeba postrzegać jednak zupełnie inaczej. To nie jest kompilacja zbierająca dotychczasowe dokonania odchodzących w niebyt gigantów rocka. To nowy początek. Narodziny nowych muzycznych bogów. 

Lewandowski

7 responses to “AM | Arctic Monkeys

  1. Genialna recenzja, w końcu znalazłam jakiś porządny artykuł o tym jakże dobrym zespole =D Nawet nie wiedziałam, że Queens Of The Stone Age mają coś wspólnego z Arctic Monkeys, a jestem ich fanką, zwłaszcza piosenki Smooth Sailing. Dziękuję, za obiektywny tekst, który idealnie opisuje AM, ponieważ wiele osób uważa, ze to zespół typowo dla nastolatek😉

  2. Świetna, wyczerpująca recenzja. Absolutnie się z nią zgadzam, a Arctic Monkeys zdecydowanie zasługują na miano nowych “bogów” współczesnej muzyki. + Zachęcam do odwiedzenia mojego bloga.

  3. Świetna recenzja. Wreszcie ktoś w Polsce oddał chwałę grupie, która na to zasługuje. Ale tylko mam zastrzeżenie do tego co pisano o „505”. Mówiąc szczerze, jest to w sumie niewinna piosenka tylko szczera do bólu, opowiadająca o zakończeniu związku. Mają zdecydowanie więcej (jak to poprzedni komentator powiedział) „pikantnych” tekstów. Chociażby „D is for Dangerous” albo „My Propeller”. No i oczywiście Alex Turner jest bogiem wśród pisarzy ale nie zapominajmy, że „I Wanna Be Yours” nie jest przez niego napisane. Ale cover jest przepiękny. Idealny koniec do idealnego albumu. Wiedział co robi, cover’ując tą piosenkę🙂

  4. Nic dodać, nic ująć. Może tylko jedno – są dużo bardziej pikantne teksty Turnera niż „505”, choć interpretować można oczywiście różnie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s