Drenge | Drenge

drengealbum

W literaturze funkcjonuje termin zwany nazwiskiem znaczącym. Jest to bardzo prosty zabieg. Autor nadając bohaterowi imię lub nazwisko jednocześnie wskazuje nam na jego najbardziej charakterystyczne cechy. Przykłady? Merkucjo w „Romeo i Julii” (od angielskiego mercurial, czyli ruchliwy, impulsywny) czy z naszego polskiego podwórka bohaterowie „Zemsty”: Rejent Milczek i Cześnik Raptusiewicz. W Anglii żyją bracia, którzy noszą nazwiska znaczące i nie jest to fikcja literacka. Eoin i Rory Loveless.

Bracia Loveless są zapatrzonymi w duńską kulturę (zwłaszcza tamtejszą kinematografię) młodzieńcami (roczniki ’91 i ’93) z małej angielskiej mieściny Castleton niedaleko Sheffield. Z tych fascynacji Danią wzięła się nazwa zespołu, który założyli w 2011 roku. Drenge znaczy bowiem w języku Hansa Christiana Andersena chłopak. Podobno wpadli na ten pomysł grając w piłkę z grupą Duńczyków, którzy co chwila wykrzykiwali to słowo w swoim kierunku. Eion i Rory stwierdzili, że brzmi dostatecznie brutalnie i ohydnie, żeby stać się nazwą dla ich zespołu. Od tego czasu wydali cztery single i szybko wpadli w oko szefów wytwórni Infectious wydającej już chociażby Alt-J. Przepis na granie mają prosty jak przysłowiowa konstrukcja cepa. Jeden drze się co sił do mikrofonu i sprawdza wytrzymałość strun w gitarze, podczas gdy drugi wali w bębny ile tylko ma pary w rękach. Skojarzenia z The White Stripes, czy The Black Keys nasuwają się same. Drenge na singlach prezentowali jednak dużo bardziej radykalne i agresywne oblicze niż wspomniane dwa zespoły zza Atlantyku. Dotychczas nie zyskali olbrzymiego rozgłosu, ale zdołali zaskarbić sobie uznanie brytyjskich mediów. Zespół ma już za sobą występ na Glastonbury, a 19. sierpnia ukazał się ich debiutancki album „Drenge”.

We wstępie napisałem, że w przypadku duetu braci Loveless ich nazwisko jest nazwiskiem znaczącym. Udowadniają to zawartością tego albumu. Tytuły takie jak „People In Love Make Me Feel Yuck”, „I Don’t Want To Make Love To You” (przepiękna drwina z klasyka „I Just Want To Make Love To You”) mówią same za siebie. Jeśli do tego dołączymy nihilizm zawarty w tekście utworu „Nothing”, brutalność i wściekłość jaką dyszy „I Want To Break You In Half” (Eion wyraża w nim swoje zamiary: „make you run to the hills/make you piss your pants”) oraz surowość i prostotę „Dogmeat” widzimy, że w młodzieńcach z Castleton za dużo miłości do świata i ludzi nie ma. Oni chcą skopać twój tyłek i wykrzyczeć ci w twarz jak bardzo ciebie nienawidzą. W przypadku innych zespołów często zamiast groźnie, wychodzi to żałośnie. W przypadku Drenge pogróżki te brzmią jednak wiarygodnie.

Dzieje się tak również za sprawą warstwy muzycznej. Nie brakuje tutaj nawiązań i cytatów twórczości muzyków znajdujących się czasem po dwóch różnych stronach sceny. I tak doświadczymy na tym krążku ciężkich riffów w stylu Black Sabbath tudzież Jacka White’a („Backwaters”, „Nothing”, „Dogmeat” i „Gun Crazy”), mocniejszej wersji melodyjności Blur lub Arctic Monkeys („Nothing”, „Bloodsports”) czy atmosfery „In Utero” Nirvany („I Want To Break You In Half”). Momentami te utwory brzmią jak spotkanie Queens Of The Stone Age z Sex Pistols. Podsumować można to jako ambitny jazgot i przemyślany hałas. Piosenki są krótkie, za to bardzo intensywne. Przez 9 z 12 utworów huragan dźwięków i tajfun energii smaga i chłoszcze nasze uszy. 3 ostatnie kawałki na płycie jednak zaskakują. I to bardzo. „Bye Bye Bao Bao” to spokojna minutowa ballada przechodząca w długie i mroczne arcydziełko „Let’s Pretend”. Naprawdę wywołuje ciarki na plecach i spływanie zimnego potu ze skroni. „Drenge” zamyka zaskakująco melodyjny utwór „Fuckabout”, w którym słychać inspiracje The Libertines.

Album braci Loveless utwierdza mnie w przekonaniu, że intensywne gitarowe granie ma się w tym roku wyjątkowo dobrze. W końcu w 2013 z nowym albumem powrócił dinozaur i prawdziwa legenda tego rodzaju grania, czyli Iggy and The Stooges. W lutym miała miejsce premiera świetnego drugiego albumu bezkompromisowych Duńczyków (nomen omen) z Iceage. Fantastyczny debiutancki album wydali też Nowojorczycy z Parquet Courts. Te wszystkie albumy plus „Drenge”, który również zasługuje na dużą pochwałę pozwalają zaryzykować stwierdzenie: Punk’s Not Dead.

Lewandowski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s