Hobo Rocket | Pond

Pond-Hobo-Rocket

Mam wrażenie, że od momentu pojawienia się na scenie muzycznej grupy Tame Impala zapanowała na świecie moda na zespoły grające muzykę określaną jako psychodeliczny pop-rock lub po prostu jako muzyka dla ćpunów. Już wcześniej mieliśmy co prawda zespoły pokroju MGMT, czy Empire of The Sun, ale oba te duety okazały się być zespołami jednego albumu. Natomiast australijska gwiazda tegorocznego Openera po dobrym debiucie „Innerspeaker” wydała w 2012 roku małe arcydzieło zatytułowane „Lonerism”. Album ten stanowi od momentu jego premiery punkt odniesienia dla każdego z zespołów grających podobnie jak Kevin Parker i spółka. Volens nolens wszyscy muzyczni ćpuni i tak będą porównywani do tego szczytowego osiągnięcia narkotycznych soundtracków. To z pewnością jest deprymujące i irytujące. Sprawa staje się bardziej skomplikowana jeśli nagle okazuje się, że istnieje zespół w którym grają członkowie Tame Impala. Mało tego, jego lider Kevin Parker gra w tym zespole na perkusji. W ten sposób świat w zeszłym roku dowiedział się, że na Antypodach, w Perth funkcjonuje (i to całkiem prężnie) zespół nazywający się Pond.

pond-2013

Ich historia nieco przypomina historię The White Stripes. Co prawda nie są rozwiedzionym małżeństwem podającym się za rodzeństwo, ale podobnie jak w przypadku duetu z Detroit zainteresowanie całego świata przykuł nie ich debiut, nie ich druga płyta, ale płyta numer 4. „Elephantem” dla Pond był wydany w zeszłym roku krążek zatytułowany „Beard, Wives, Denim”. Mimo, że debiutowali już w 2009 roku krążkiem „Psychedelic Mango”, to dopiero nagrany w zaledwie dwa tygodnie album „Beard, Wives, Denim” stanowił przełom jeśli chodzi o zainteresowanie mediów, brzmienie i przyjęcie na całym globie. I zasłużenie, bo 13 piosenek zawartych na tym krążku to naprawdę udane i dojrzałe kompozycje. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że większość osób nie dotarłaby do nich, gdyby nie to, że Pond to „Kevin Parker i spółka 2”. Bosy lider twórców „Innerspeaker” i „Lonerism” nie był jednak jedynym członkiem tego zespołu odpowiedzialnym za brzmienie. Dużo ważniejszymi postaciami są w nim wokalista Nick Albrook (ex-Tame Impala), Jay Watson (zastąpił Albrooka w Tame Impala), Joseph Ryan i Jamie Terry. Odnieść można wrażenie, że Australia to de facto Skierniewice i jest tam zaledwie pięciu muzyków. W każdym razie w 2013 roku Pond postanowił zerwać z łatką „Kevin Parker i spółka 2” i nagrać płytę bez jego udziału.

Efektem tej decyzji jest wydany na początku sierpnia album „Hobo Rocket”. Na samym początku stawiane jest nam przez wokaliste pytanie „co dzieje się kiedy milion głów zderzy się ze sobą?” Odpowiedzią Pond wydaje się być burza barw, dźwięków, wizji i innych bodźców, których podobno dostarczają narkotyki. W brzmiącym trochę jak spotkanie wczesnych Pink Floydów z Beatlesami (z okresu „Sgt. Peppers Lonely Hearts Club Band”), a trochę jak wspólna piosenka Jacka White’a i już raz wspominanych przeze mnie MGMT otwierającym album „Whatever Happened To The Million Head Collide?” zespół rozpościera przed nami feerię muzycznych kolorów i smaków. Bardzo przyjemnie jest się w niej zanurzyć. Nie do pominięcia jest również nieco schizowy tekst (“I’m gonna sleep for a week and not speak at all/Cover myself in oil and tin foil”). To samo dotyczy kolejnego utworu „Xanman”. Fantastyczny riff i co chwila eksplodujące klawisze sprawiają, że jest to najlepsza i najbardziej nieprzewidywalna kompozycja na płycie. Klimat obłędu znany z dokonań dzikusów z Animal Collective jest więcej niż zauważalny.

Po tych dwóch intensywnych utworach słychać, że narkotyki przez nich zażywane zmieniły swoje działanie. „O Dharma” to spokojny i stonowany utwór. Jak wskazywałby tytuł odnajdziemy tu znane chociażby z „Tommorow Never Knows” Beatlesów akcenty hinduskie. Curry i kadzidełka unoszą się jeszcze w powietrzu, gdy Pond znów zabiera nas w zupełne inne rejony swojej świadomości. „Aloneaflameaflower” to bowiem najbardziej magiczna i kosmiczna ze wszystkich piosenek zawartych na „Hobo Rocket”. Ten utwór płynnie przechodzi w „Giant Tortoise”. Piosenka o gigantycznym żółwiu zaskakuje łomotaniem perkusji i gitary w stylu chociażby The White Stripes. Kolejny (tytułowy) utwór to monolog lokalnej perthskiej legendy, Cowboya Johna w którym roztacza on wizję latania po kosmosie na koniu ze skrzydłami. Fajne, fajne te substancje muszą mieć działanie. W tle słychać zaskakująco przebojowe dźwięki, brzmiące trochę jak wydłużony dżingiel radiowy. Zwieńczeniem płyty jest „Midnight Mass (At The Market St. Payphone)”. Utwór będący totalną muzyczną jatką, przechodzący przez mordercze, niemalże czterominutowe rzężenie gitar, by skończyć się na oczyszczającej zmysły i duszę brzdąkaninie. Po tym katharsis łatwo nabrać ochoty na regularne zanurzanie się w muzycznej tonii Pond.

Lewandowski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s