Heineken Open’er Festival 2013

Heineken Open’er Festival to dla wszystkich fanów dobrej muzyki w Polsce wydarzenie na które czeka się cały rok (dziwactwa w stylu Jakuba Żulczyka niech spadają na bambus). Już w momencie zamknięcia bram ubiegłorocznej edycji zaczęliśmy gorączkowe dyskusje o tym, kto mógłby pojawić się w tym (2013) roku na scenach rozłożonych na gdyńskim lotnisku Kosakowo. Przez cały rok z wypiekami na twarzy spekulowaliśmy, kogo tym razem ogłosi Mikołaj Ziółkowski, jako kolejnego artystę mającego wystąpić na imprezie organizowanej przez AlterArt. Tegoroczna edycja, już w momencie poznania przez nas headlinerów zapowiadała się jako jedna z najlepszych w 12-letniej historii Openera. I zaiste tak było. Jak zawsze było to najpiękniejsze cztery (pięć? sześć?) dni w roku.

Beforeparty

Kamp!, Red Bull Tour Bus, 02.07

Kiedy na kilka dni przed festiwalem, redaktor Lewandowski zażartował, że Kamp! nie znalazł się w lajnapie tegorocznej edycji Openera, ponieważ zagra on dzień przed rozpoczęciem imprezy na polu kamp!ingowym, nie sądziłem, że organizatorzy faktycznie sprawią nam taką miłą niespodziankę. A jednak! Jakby Łodzianie grali podczas któregoś z festiwalowych dni, mielibyśmy pewnie problem z wpleceniem ich w nasz koncertowy grafik, a tak problem rozwiązał się sam. Ostatnio Kamp! na żywo widzieliśmy 13 kwietnia w Palladium. Nie podejrzewałem, że teraz te skurczybyki będą w stanie wydobyć ze mnie więcej sił niż 3 miesiące wcześniej, a tu proszę – mimo nieco okrojonej setlisty panowie byli sprawcami jednej z lepszych potańcówek z jakimi tegoroczni openerowicze mieli do czynienia. Może i zabrakło Breaking A Ghost`s Heart, ale co z tego, skoro fantastyczne Can`t You Wait, Melt, Distance Of The Modern Hearts, Cairo czy Zen Garden wypełniły swoje zadanie – miały wprawić partycypantów festiwalu (hehe) w koncertowe nastroje i bez problemu to właśnie uczyniły. Róg

Dzień 1

Editors, Open’er Stage, 03.07

Na koncert Editors otwierający 12. edycję festiwalu na głównej scenie szedłem zaciekawiony. Nie mogę powiedzieć o sobie, żebym był fanem zespołu z Wielkiej Brytanii. Znam ich twórczość, ale nieco pobieżnie i ten koncert nie zachęcił mnie w żadnym stopniu do dalszego jej zgłębiania. Miałem wrażenie, że wszystkie utwory grane przez nich mają to samo tempo i tę samą melodię. Ogólne wrażenie było też takie, że cała publiczność, tak jak i sam zespół, chcą żeby ten koncert jak najszybciej się skończył i żeby na scenę wyszli już panowie z Blur. W związku z tym bez żalu wyszedłem spod Open’er Stage i poszedłem na Tent Stage. Lewandowski

W przeciwieństwie do redaktora Lewandowskiego, na ten koncert szedłem z myślą, że może być to występ po którym będę w tym roku najbardziej usatysfakcjonowany. Każdy ponoć miał swojego headlinera i wcale nie musiał być to ktoś z tegorocznej wielkiej czwórki. Dla mnie byli to właśnie Editorsi. Widziałem ich kilka lat temu na Coke Live w Krakowie i byłem przekonany, że koncert ten będzie godną inauguracją Openera w tym roku. Szybko okazało się jednak, że na koncercie pojawił się znaczący ewenement – kawałki z nowej płyty – nowej, niestety słabej płyty. One faktycznie brzmiały monotonnie i mogły zlewać się ze sobą. Na szczęście to koniec złych stron. Editors zagrali swój pełen festiwalowy set, utrzymywali kontakt z publicznością, a pod sceną ludzie w koszulkach z okładkami In This Light and On This Evening rozkręcali żywiołowe pogo. Całość zwieńczona rewelacyjną wersją Papillon. Ogólne wrażenie: duży plus, choć liczyłem na ciut więcej. Róg

Savages, Tent Stage, 03.07

W namiocie miał odbyć się jeden z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie koncertów tej edycji Openera. Wszystko dlatego, że panie z Savages są w mojej opinii autorkami najlepszego (póki co) debiutu tego roku, a o ich koncertach krąży opinia, że wciskają w fotel. Fotela nie miałem, ale Jehnny Betty z koleżankami całkowicie wgniotły mnie w ziemię. Ich koncert był pełen surowej energii i żywiołowości, a Betty w ostrym makijażu i różowych szpilkach wyglądała i zachowywała się jakby urodziła się na scenie. Niesamowicie przejmująco wybrzmiał „Waiting for a Sign”, z kolei aranżacja „Shut Up” wywarła na mnie duże wrażenie swoimi eksplozjami hałasu. Była to bardzo dobra rozgrzewka przed najważniejszym koncertem tego dnia. Lewandowski

Blur, Open’er Stage, 03.07

Nie będę ukrywał. Dla mnie koncert Blur to z pewnością najważniejsze wydarzenie tego roku. Marzenia czasem się spełniają i dzięki Openerowi możliwość zobaczenia na żywo jednego z najważniejszych zespołów w moim życiu się przede mną pojawiła. Pozostawały jedynie małe obawy o to, w jakiej formie w Gdynii pojawią się Damon Albarn, Graham Coxon, Alex James i Dave Rowntree. Obawy, jak się okazało, całkowicie niesłuszne, bo żywe legendy britpopu pojawili się na gdyńskiej scenie w fenomenalnej dyspozycji. Już od pierwszych dźwięków „Girls and Boys” czułem, że ich koncert będzie najlepszym koncertem mojego życia. Panowie przez całe półtorej godziny zadbali o to, żebym każdą z sekund ich występu zapamiętał do końca swoich dni. Koncert stał na bardzo wysokim poziomie energii, a Damon świetnie nawiązał kontakt z publicznością. Zrobił to w taki sposób, że można było odnieść wrażenie dużej prywatności, a momentami nawet intymności. Nie zabrakło szalonej zabawy (pod koniec sekwencji „Coffee and TV”, „Country House”, „Parklife” z trudem przychodziło mi złapać oddech a wcześniej były wspomniane „Girls and Boys”, „Popscene” i „There’s No Other Way”), małych podróży w kosmos („Beetlebum”, „Trimm Trabb” i „Caramel”) czy przepięknych chwil uspokojenia i wygaszenia emocji („Out of Time”, „Tender”, „This Is a Low”, „Under The Westway”, „The Universal”). Bardzo podobało mi się też to w jaki sposób zespół utarł nosa wszystkim tym bęcwałom, którzy na ich koncert przyszli tylko po to by usłyszeć „Song 2”. Potrwało ono z 30 sekund i zespół zakończył nim ten wspaniały i epicki koncert. Lewandowski

Wiedziałem, że to będzie świetny koncert. Nie powiem żebym był stuprocentowo obeznany z twórczością Blur, nie byłem też jednak laikiem. Blur zaserwowali swoim fanom potężną dawkę najlepszych koncertowych kawałków jakie mają w swoim repertuarze mieszając skoczne petardy z bardziej melodyjnymi utworami. Od początku do końca Albarn i spółka kontrolowali to co się działo na scenie i przed nią – wiedzieli kiedy uderzyć, a kiedy złagodzić atmosferę. W efekcie bawiliśmy się na koncercie, który zwyczajnie nie mógł się nie podobać. W końcu począwszy od skocznego Girls and Boys, przez rytmiczne There`s No Other Way i Beetlebum, wystrzałowe Country House i Parklife, aż po emocjonalny miszmasz na finisz w postaci The Universal i Song 2, podczas tego koncertu naprawdę trudno wskazać było złe momenty. Status tego koncertu zmienił się tym samym z fajnie będzie zobaczyć na najlepszy koncert tegorocznego Openera. A kto nie był ten trąba. Róg

Crystal Castles, Tent Stage, 03.07

Koncerty Editors, Savages i Blur wyssały z nas tyle energii, że chęć zobaczenia CC w namiocie przegrała ze zmęczeniem. Niemniej jednak nie darowałbym sobie, gdybym choć na moment nie wpadł pod Tent Stage by zobaczyć jak kanadyjscy mistrzowie electro rozkręcają imprezę. Lekko spóźnieni i z piwem w ręku z bezpiecznej odległości słuchaliśmy sobie poczynań CC. Byli bardzo dobrzy. Fajnie było usłyszeć jak na żywo brzmią choćby Crimewave czy Not In Love, jednak niedosyt po straconej zabawie pozostał. Róg

Dzień 2

Kim Nowak, Open’er Stage, 04.07

Godzina 18 na tym festiwalu niejednokrotnie okazywała się zbyt wczesną godziną, by zdążyć na koncert. Tak samo było tym razem i na Kim Nowak pod Open’er Stage przyszedłem nieco spóźniony. Nie na tyle jednak spóźniony by nie docenić po raz kolejny tego, jak znakomicie na scenie czują się panowie Fisz, Emade i Michał Sobolewski. Zwłaszcza ten ostatni jak zawsze swoimi minami i bardzo charakterystyczną grą na gitarze z pewnością wyrył się w pamięci dużej części entuzjastycznie bawiącej się pod sceną publiczności. Zdążyłem na szczęście na najlepszy utwór z „Wilka”, czyli „Prosto w Ogień”. I ten ogień był; podejrzewam, że przez cały ich koncert. Lewandowski

Tame Impala, Open’er Stage, 04.07

Kolejnym koncertem tego dnia na Open’er Stage był koncert, który wielce mnie intrygował. Przyznam się szczerze, że nie do końca rozumiałem te wszystkie zachwyty nad „Lonerism”. Nie do końca trafiały do mnie psychodeliczne dźwięki momentami żywcem wyjęte z „Sgt. Peppers Lonely Heart’s Club Band” Aż do tego koncertu. Kevin Parker i spółka pierwotnie mieli wystąpić w namiocie, ale zostali przeniesieni na Open’er Stage po tym, jak odwołano koncert Modest Mouse. To chyba spowodowało, że początkowo czuli się zagubieni na tak dużej scenie. Niemniej po kilku utworach i oswojeniu się z przestrzenią przeszli do rzeczy i przy blaskach zachodzącego słońca i zacinającego deszczu dali jeden z najbardziej klimatycznych i uduchowionych koncertów tego festiwalu. Na długo zapamiętam brawurowe wykonanie „Sollitude is a Bliss”, „Half Full Glass of Wine”, „Elephant”, „Feels Like We Only Go Backwards” i elektroniczną improwizację w środku HFGoW. No i faceta na publiczności z tamburynem który bawił się w tak ekspresyjny sposób, że stojący wokół niego ludzie pokazywali go sobie palcami. Lewandowski

Mega entuzjazm wywołany ostatnią płytą Tame Impala spowodował, że mimo ostrzeżeń biegających po polu namiotowym ochroniarzy o zbliżającym się gradobiciu koniecznie musiałem zobaczyć ten występ. Gradobicia nie było, jednak deszcz towarzyszył bawiącej się pod sceną publiczności od początku do końca koncertu. A było do czego się bawić. Muzycznie bezbłędni Australijczycy zaspokoili mój głód na muzykę z „Lonerism”, który to album od mniej więcej dwóch tygodni wchłaniany jest przeze mnie w dużych porcjach. Muszę też przyznać, że panowie poradzili sobie z główną sceną. Skrócony set wystarczył na nieco ponad godzinę, jednak uzupełniany był instrumentalno-wokalnym eksperymentowaniem i wyrażaniem zachwytu nad pierwszym w historii przyjazdem do Polski. Tame Impala zostali postawieni w trudnej sytuacji (zastąpienia Modest Mouse i supportowania Arctic Monkeys) jednak świetnie się obronili. Warto dodać też, że wspomniane już wyżej kapitalne wykonanie Feels Like We Only Go Backwards długo po koncercie nie było w stanie zejść z moich ust. Róg

Arctic Monkeys, Open’er Stage, 04.07

W australiskiej kanapce wystąpił tego dnia na Open’er Stage zespół, od którego większość osób z naszego pokolenia rozpoczynała swoją przygodę z muzyką. Przesłanką utwierdzającą mnie w tym przekonaniu jest fakt, że większość utworów została w całości lub przeważającej mierze odśpiewana przez publikę razem z Turnerem. Chłopakom udało się też zatrzeć negatywne wrażenia z fatalnego koncertu sprzed czterech lat. Nie zależało im co prawda na budowaniu specjalnej więzi z publicznością, jednak było jak na dłoni widać, że panowie Alex Turner, Jamie Cook, Nick O’Malley i Matt Helders bawią się u nas wyśmienicie. Ich dobra zabawa i energia płynąca ze sceny udzieliły się publiczności i w efekcie cały koncert od „Do I Wanna Know” do „505” upłynął w oka mgnieniu pod znakiem skakania. A ja dostałem małpiego rozumu. Panowie zagrali 21 utworów, w tym 3 z nadchodzącej nowego albumu „AM” a ich występ stanowił świetny przekrój przez dotychczasowy przebieg ich kariery. Pocztówką z tego koncertu niech będzie stojący w idealnie skrojonej marynarce z gitarą i oparty jedną nogą o wzmacniacz Alex Turner miotający dźwiękami ze sceny niczym Zeus z Olimpu. Nie dziwią mnie zachwyty płci pięknej na jego punkcie; mi też on imponuje. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że Arctic Monkeys to w tym momencie największy zespół naszych czasów, a ich nowa płyta będzie wyśmienita. Lewandowski

Drekoty, AlterSpace, 04.07

Zespół ten poznaliśmy sporo przed ogłoszeniem ich występu na Openerze i to zdecydowało o tym, że resztę wieczoru postanowiłem spędzić na AlterSpace. Drekoty na płycie brzmiały bardzo intrygująco, co by nie powiedzieć dziwacznie. Zaciekawiony tym jak dziewczyny zaprezentują się na żywo usiadłem na deskach namiotu w którym zwykliśmy kończyć koncertowe dni relaksując się. O ile jednak „Persentyna”, bo tak nazywa się ich debiutancki longplej, w wersji studyjnej zaskoczyła mnie swoim nieoczekiwanie eksperymentalnym brzmieniem, tak na koncercie dziewczyny nie miały raczej wiele do zaoferowania. Muzyka zlewała się w jedną całość, a zmiany tempa nie brzmiały tak dobrze jak na płycie i choć Drekoty znalazły się we właściwym miejscu o właściwej porze, mnie osobiście nie zachęciły do wytrwania na ich koncercie do końca. Róg

Nick Cave and The Bad Seeds, Open’er Stage, 04.07

Na koncert Nicka Cave’a and The Bad Seeds wybierałem się po cichu licząc na to, że będzie to występ w nastoju i klimacie jego ostatniej płyty „Push The Sky Away” i da mi możliwość odpoczynku po wyczerpującej zabawie na Arctic Monkeys. Na szczęście było to ostatnie co przyszłoby do głowy temu australijskiemu mistrzowi i jego kompanom. Nick wraz z zespołem dali fantastyczny muzyczny spektakl i swoimi aranżacjami wprawili mnie w zachwyt. Cave okazał się być muzycznym demonem w ludzkiej skórze co jakiś czas wywołując na mojej skórze ciary. Biegał po scenie jak oszalały, co chwila wchodził na barierki i śpiewał, by za chwilę z powrotem zacząć skakać po deskach Open’er Stage lub usiąść przy pianinie i zagrać nastrojową balladę. Swoistą przeciwwagą dla niego był grający na skrzypcach brodacz Warren Ellis, który w pełnym skupieniu oddawał się grze na swoim instrumencie, tylko od czasu do czasu rzucając smyczkiem. Z pewnością koncert ten w kategorii muzycznego widowiska plasuje się bardzo wysoko w moim podsumowaniu koncertów tegorocznej edycji. Jest to dla mnie również jedno z największych zaskoczeń. O tym, że Nick Cave to diabeł wcielony wiedziałem, ale o tym, że The Bad Seeds są aż tak znakomici, to nie. Lewandowski

Fuka Lata, AlterSpace, 04.07

Drekoty i Fuka Lata – to miało być idealne zwieńczenie tego męczącego i obfitującego w muzyczne atrakcje dnia. O ile Drekoty nie spełniły moich oczekiwań, to Fuka Lata pokazała się ze znacznie lepszej strony. Spokojna, aczkolwiek poruszająca elektronika okazała się być w wykonaniu duetu kapitalną okazją do zrelaksowania się i wsłuchania w głębię dźwięków. Dodatkowego smaczku dodał fakt, że gdybym zobaczył Lee Margot i DR Mito, a więc członków zespołu Fuka Lata, bez podkładu muzycznego jaki grali, pomyślałbym, że ludzie ci odnajdują się na co dzień w diskopolo albo chamskim hiphopie. Tymczasem duet zaskoczył mnie swoją świeżością i lekkością wyrzucanych z siebie melodii. Róg

Dzień 3

Rebeka, Tent Stage, 05.07

Pisaliśmy już o tym, że 18 to czasem za wczesna godzina żeby zdążyć na koncert. Tym bardziej tą godziną jest 17. Dlatego na ten koncert niestety również przyszedłem spóźniony. Niemniej Iwona Skwarek i Bartosz Szczęsny zdążyli wywrzeć na mnie jak najbardziej pozytywne wrażenie. Przede wszystkim swoją naturalnością i szczerością na scenie i wysokim poziomem aranżacji. Ich już i tak dobre studyjne utwory z albumu „Hellada” zamieniają się na koncertach w przeszywające na wskroś dzieła sztuki. Albo potężne taneczne petardy. Nie inaczej było tym razem. Szkoda tylko, że jak było jeszcze jasno, a nie o jakiejś 1 ale to może innym razem. Lewandowski

Palma Violets, AlterKlub Stage, 05.07

Każde wspomnienie o tym koncercie jest dla mnie gigantyczną przyjemnością. Dobrze bawiłem się na nim jeszcze zanim muzycy wyszli na scenę. Wszystko za sprawą silnej brytyjskiej reprezentacji pod AlterKlub Stage (odnosiło się wrażenie, że pod sceną więcej jest Brytyjczyków niż Polaków) którzy swoimi śpiewami (m.in. hymnu) i zachowaniem skutecznie umilali oczekiwanie na zespół. Gdy ten w końcu pojawił się na scenie rozpoczęła się dzika i nieokiełznana zabawa. Niesamowita energia jaką zaprezentowali zawadiaccy Samuel Fryer (wokalista i gitarzysta) i zwłaszcza Chilli Jesson (basista) z łatwością udzieliła się publiczności i na chwilę poczułem się jakbym znów miał 16 lat a jedyne co się w życiu liczy to by podskoczyć jak najwyżej i nabić sobie kilka siniaków w czasie pogowania. Chłopaki ujęli mnie również swoją spontanicznością (basista w pewnym momencie odwrócił się do perkusisty, żeby pochwalić mu się, że udało mu się nakłonić tłum do klaskania) i ilością pary jaką władowali w swoje utwory z „180”. Każda z piosenek z tej płyty zyskała niesamowitą dawkę mocy i w surowym wydaniu koncertowym zabrzmiały szczerzej niż na albumie. Sekwencja „Tom the Drum”, „Chicken Dippers”, „Best of Friends” sprawiła, że bardzo chciałbym zostać najlepszym przyjacielem członków tego zespołu. Brytyjska młodzież jest w świetnej formie. Lewandowski

Skunk Anansie, Open’er Stage, 05.07

Mając w pamięci koncert sprzed trzech lat, kiedy to na Openera przyjechałem wyłącznie na jeden dzień by zobaczyć Kasabian, a Skunk Anansie zobaczyłem przy okazji, stwierdziłem, że warto byłoby zobaczyć w jakiej formie są tym razem Skin z kolegami. Gdzieś w radiu obijały mi się o uszy piosenki z ich wydanych po reaktywacji płyt Wonderlustre i Black Traffic, jednak nic jakoś szczególnie nie przypadło mi do gustu. Z tym większą ciekawością wybrałem się na ten koncert – czy Skunk Anansie ponownie dadzą radę dać show które przez uczestników festiwalu wybrane zostanie najlepszym (tak właśnie było w 2010 roku – przyp. red.)? Konkurencja była w tym roku zbyt wielka, jednak entuzjaści muzyki Skunk Anansie na pewno będą obstawać przy swoim. Zespół dał czadu, Skin znowu szalała po scenie niczym opętana, wskakiwała w tłum, a na kawałku Weak nawet dosłownie na tłum. Piosenki które w radiu brzmiały przeciętnie, na żywo znowu okazały się żywiołowymi bombami, do których nie sposób było nie skakać. Fanem Skunk Anansie jednak wciąż nie jestem, lecz gdybym był, to z pewnością byłby to dla mnie jeden z lepszych występów tegorocznego Openera. Jestem zaś fanem samej Skin, która swoją charyzmą, swoim głosem, zboczeniem i szaleństwem utwierdziła mnie w przekonaniu, że jest jedną z najlepszych rockowych wokalistek dzisiejszych czasów. Róg

Öszibarack, AlterKlub Stage, 05.07

Początek był zatrważający. Na jakieś 5 minut przed rozpoczęciem się koncertu pod sceną było może z 15 osób. Później jednak gdy panowie zaczęli grać pod sceną zaczął zbierać się coraz większy tłum. Stało się tak w głównej mierze dzięki wysokiemu poziomowi prezentowanemu przez zespół. Zagrali oni bardzo energiczny set złożony z utworów z ich ostatniego albumu „12” łącząc ze sobą elektronikę i żywe instrumenty i skłaniając w ten sposób oporne biodra widzów do poruszania się. Lewandowski

These New Puritans, Tent Stage, 05.07

Ten koncert to dla mnie jedno z największych zaskoczeń tegorocznej edycji. Jack Barnett i spółka promowali tym koncertem swój najnowszy album „Field of Reeds” i zrobili to z animuszem godnym największych gwiazd. Potężne uderzenia w bębny połączone z niespokojnym wokalem i chaotycznymi dęciakami wywoływały w widzu uczucie uczestniczenia w jakimś czarnoksięskim obrzędzie tudzież czarnej mszy muzycznej („We Want War”, „Three Thousand” i „Attack Music” chociażby), a nie w zwykłym koncercie. Z wielkim bólem serca musiałem jednak opuścić namiot i udać się na najważniejszy koncert wieczoru. Lewandowski

Queens Of The Stone Age, Open’er Stage, 05.07

Tym był bowiem koncert Queens Of The Stone Age. Jak przyznawałem przy okazji pisania recenzji ich ostatniego albumu „…Like Clockwork” jestem ich stosunkowo młodym (przynajmniej stażem) fanem. Więc z gorliwością właściwą neoficie udałem się pod Open’er Stage i oczekiwałem potężnego koncertu. Nie zawiodłem się. Josh Homme z kapelą rozgrzali publiczność do czerwoności i niemalże roztrzaskali deski na scenie na drobne kawałeczki. Zrozumiały był zatem entuzjazm stęsknionej swoich idoli widowni. Entuzjazm pod którego wyraźnym wrażeniem był Josh kilkukrotnie wyrażający uznanie pod adresem bawiących się Polaków (stwierdzenie, że byliśmy najlepszą publicznością podczas ich całej trasy brzmiało naprawdę szczerze). Tuż po otwierającym „Feel Good Hit of the Summer” zakrzyknął „Let’s do it fucking right” i tak też QOTSA zrobili. Koncert wypełniony był największymi hitami zespołu, takimi jak „No One Knows”, „Sick Sick Sick”, „Make it with Chu” („song for all ladies”), „Go With The Flow”, czy „A Song for the Dead”, z których wszystkie wypadły naprawdę mocarnie. Nie inaczej było z piosenkami z „…Like Clockwork”. Szczególnie w pamięci utkwiło mi „My God is the Sun”, „Smooth Sailing”, „If I Had a Tail” i „I Appear Missing” okraszone wizualizacjami, które naprawdę spowodowały u mnie przez pewien moment problemy z psychiką (zwłaszcza dwa ostatnie). Tego dnia QOTSA były prawdziwymi królowymi.  Lewandowski

Zawsze lubiłem rock. Zawsze lubiłem też QOTSA. Choć moja wiedza z zakresu ich twórczości nie była jakoś szczególnie rozległa, to i tak miałem ochotę zobaczyć na Openerze porządny rockowy koncert. W poprzednich latach nie miałem ku temu okazji, a grali przecież m.in. Pearl Jam i Faith No More. …Like Clockwork tylko wzmożył moją chęć zobaczenia Josh`a Homme`a i spółki na żywo. W końcu I Sat By The OceanIf I Had A TailMy God Is The SunSmooth Sailing i I Appear Missing na płycie brzmią wyśmienicie. Nie mogło zatem być inaczej w przypadku koncertu. Homme to sceniczny wirtuoz. Na początku raczej spokojny, traktujący publikę z dystansem, lecz zorientowawszy się że ma do czynienia z polskimi fanami pokazał się ze swojej najlepszej strony. O muzyce wspominał nie będę, bo wszystkie nowinki wymieszane z kilkoma rarytasami i największymi przebojami zabrzmiały tego wieczoru po prostu bardzo dobrze. To na co należy zwrócić jednak uwagę, to oprawa wizualna. QOTSA wyszli poza klasyczne neony, nadając swojemu soundtrackowi stosowne ekranizacje. Rewelacja! Róg

The National, Open’er Stage, 05.07

Dwa lata temu zespół ten zaskoczył mnie swoją wszechstronnością. Pamiętam, że byłem pod wielkim wrażeniem, jak Amerykanie z The National potrafili zaprezentować swoją muzykę w taki sposób, by publiczność pod sceną skakała i krzyczała. Nie miałem zatem wątpliwości, że tak też będzie tym razem, w znacznie lepszych okolicznościach. Po pierwsze w mroku, a nie o godzinie 20.00; po drugie bez fanów Coldplaya pod sceną, którzy oczekiwali na następujący po The National  koncert ich ulubieńców; a po trzecie z nową, wydaną niedawno płytą na koncie. Koncert był doskonały na każdej płaszczyźnie. Wszystkie kawałki, począwszy od hitu Fake Empire, przez singlowe świeżynki Demons i Sea of Love, aż po petardę z High Violet, czyli Terrible Love, nasączone były spektakularną koncertową aranżacją, która zachęcała publikę do zabawy. Matt Berninger (wokalista) również przebił samego siebie. Dwa lata temu podczas jednej piosenki zszedł w tłum, by odśpiewać ją z tej mniej wygodnej dla niego perspektywy. W tym roku zrobił to dwukrotnie, nie tyle wchodząc przez barierki, co raczej obiegając tłum i wmieszając się w niego od tyłu, jednocześnie zmuszając techników do biegania za nim z kablem od mikrofonu. Warto dodać, że wokalista ma nieco ponad 40 lat, wygląda na co najmniej 60, a na scenie pojawił się w długim płaszczu z winem (szampanem?) w dłoni. Gość, podobnie jak reszta zespołu, potwierdził swoją klasę. Zabrakło mi jedynie Anyone`s Ghost, na które dwa lata temu się spóźniłem, ale wierzę, że natrafi się jeszcze w najbliższej przyszłości okazja by nadrobić te nieznaczne zaległości. Róg

Disclosure, Tent Stage, 05.07

Po tych siedmiu genialnych, bardzo dobrych lub dobrych koncertach odbył się koncert fatalny. Disclosure odstawiło moim zdaniem taką fuszerkę, że nie powinni nigdy więcej się w naszym kraju pokazywać. Być może są hipsterzy którym się to podobało, jednak jak dla mnie ten występ był zwyczajnie nudny. Nie przekonuje mnie takie elektroniczne pitu pitu i robienie zamieszania dookoła tego duetu. Nie rozumiem fenomenu zjawiska jakim jest ten zespół i nie będę się nawet starał. Disclosiury. Lewandowski

Dzień 4

Kings of Leon, Open’er Stage, 06.07

Ten dość nieszczęsny jeśli chodzi o koncerty dzień postanowiłem rozpocząć koncertem Kings of Leon. Znam parę ich kawałków, nie gardzę Followillami, a poza tym byłem ciekaw koncertu, na który rzekomo miało w tym roku przyjść najwięcej ludzi. Cieszę się jednak z perspektywy czasu, że nie jestem fanem KoL. Gdybym był, do domu wracałbym pewnie wściekły, bo Amerykanie zawiedli. Piosenki brzmiały jakby grane były z automatu, jedna po drugiej, od niechcenia. Jedyne dłuższe wypowiedziane zdanie, jakie utkwiło mi w pamięci, brzmiało: I forgot how awesome you are motherfuckers i zapewniam, że miało ono przezabawny wydźwięk w kontekście tego jak niegrzecznym człowiekiem jest śpiewający Followill. Nawet przyjemnie brzmiące melancholijne Closer i Pyro, okraszone surowym basem Crawl oraz przebojowe Radioactive nie zatarły kiepskiego wrażenia z jakim opuszczałem ten koncert. I jeszcze jedno – Sex On Fire jest mocno przereklamowane. Róg

Animal Collective, Tent Stage, 06.07

Niestety line-up ułożył się w tym roku tak, że jedynym koncertem na który postanowiłem się wybrać ostatniego dnia był Animal Collective. I absolutnie wynagrodził swoim występem to, że był to mój jedyny koncert tego dnia. Panda Bear i spółka rozgrzewali się powoli. Przez pierwsze pół godziny zdążyli swoim spokojnym występem wygonić lub uśpić tych co bardziej zmęczonych uczestników koncertu. Kiedy jednak wrzucili wyższy bieg nie było odwrotu. Od „Lion in a Coma” i „Todays Supernatural” zespół zaoferował publiczności dziką imprezę w rytm skocznych, nieco ćpuńskich, momentami rytmów. Ekstatycznie zabrzmiały zwłaszcza „Brother Sport” i „Peacebone” i jestem pewien, że nikt z namiotu nie wyszedł rozczarowany, bo taki koncert na zamknięcie Openera to prawdziwy skarb. Lewandowski

UL/KR, AlterSpace, 06.07

Ironią losu był fakt, że dwa naprawdę interesujące mnie koncerty ostatniego dnia nakrywały się na siebie. Konieczność wyboru skierowała mnie ostatecznie na AlterSpace, gdzie wrócili panowie z UL/KR, tym razem by promować niedawno wydany album „Ament”. Powiem krótko – nie widziałem jeszcze nigdy w swojej trzyletniej openerowej karierze, aby namiot w którym mieści się ta kameralna scena wypełnił się po brzegi. Zmęczeni czterodniowymi szaleństwami openerowicze przyszli prawdopodobnie odpocząć na sam koniec przy brzmieniach czegoś, co powinno dzisiaj być definicją dobrej, współczesnej polskiej muzyki. Tymczasem okazało się, że zamiast siedzieć, ludzie tam zgromadzeni prędko wstali by zobaczyć dokładnie kim są ci dwaj panowie, którzy subtelnie głaskali bębenki fanów, w efekcie czego Błażej i Maurycy zebrali na swoim koncercie więcej ludzi niż niejeden zagraniczny zespół. Na start poszedł Anonim z Magią, w międzyczasie w pamięć zapadły mi Ruiny, a potem to już jakoś samo poszło. Sama rozkosz. Róg

Afterparty

Rihanna, Open’er Stage, 07.07

Na ten koncert spuśćmy zasłonę milczenia. Myślimy, że wszyscy wolelibyśmy o nim jak najszybciej zapomnieć.

One response to “Heineken Open’er Festival 2013

  1. powiedziałabym, że w trakcie koncertu Fismolla (nieszczęśliwego z mojego punktu widzenia) alternamiot był bardziej wypełniony niż na UL/KR, dzięki czemu w ludzkich warunkach koncertu mogłam wysłuchać. choć szczerze mówiąc to ulkry zawsze i wszędzie.
    akurat myślałam że przeczytam u Was coś na temat Rihanny, no ale trudno. źle było, nie da się ukryć

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s