…Like Clockwork | Queens Of The Stone Age

like_clockwork

Szczerze powiedziawszy, gdyby nie to, że Queens Of The Stone Age będą headlinerami najbliższej edycji Heineken Opener Festivalu to pewnie nie przesłuchałbym tej płyty. QOTSA dotychczas kojarzyli mi się z bezsensownym łojeniem, koszmarem dla uszu i fanami w czarnych tiszertach i długich włosach ostatni raz mytych w epoce kamienia łupanego, a ostatnią płytę, która mi się (w miarę) podobała wydali 11 lat temu. Dlatego moje zaskoczenie po przesłuchaniu po raz pierwszy wydanego na początku czerwca albumu „…Like Clockwork” było spore. Bo Josh Homme i spółka wydali płytę ocierającą się o perfekcję.

Myślę, że samego zespołu Queens Of The Stone Age przedstawiać nie muszę. Nie muszę chyba także opowiadać o ich dotychczasowych 5 płytach, korzeniach w legendarnym Kyuss, miłości Josha Homme’a do wszelkiego rodzaju używek, charakterystycznej pustynności brzmienia itd. Zakładam, że są to fakty powszechnie znane wszystkim fanom zespołu, a ci, którzy jeszcze nimi nie są, mogą z łatwością znaleźć bardziej wiarygodne źródła w tej materii. Z pewnością nie jestem też najbardziej kompetentną osobą do przedstawiania losów zespołu przez ostatnie 6 lat (tyle minęło od ostatniego albumu sygnowanego nazwą Queens Of The Stone Age) z tej prostej przyczyny, że ich nie śledziłem. Nie będę w takim razie silił się na ich prezentowanie. Skupię się na tym co od marca 2013 roku działo się wokół Królowych.

A działo się sporo. Wtedy (w marcu przyp. red.) w internecie „gruchnęła” wiadomość, że Queens Of The Stone Age powracają z nowym wydawnictwem. Wtedy też poznaliśmy okładkę albumu autorstwa niejakiego Boneface. Wtedy też premierę miała pierwsza nowa piosenka z tego wydawnictwa  („My God Is the Sun”). Później QOTSA dozowali napięcie ujawniając krótkie fragmenty kolejnych utworów z krążka w sieci, oraz grając je na koncertach. Już one pozwalały się zorientować, że „…Like Clockwork” ma bardzo duży potencjał, żeby zachwycić. Różnorodność brzmień i ich przystępność powodowały, że moja uwaga zaczęła coraz bardziej kierować się w stronę królestwa Josha Homme’a. W momencie jej premiery po internecie hulała już „wycieknięta” piracka wersja i słychać było same ochy i achy. Z początku wydawało mi się, że to zwykła przesada oddanych fanów QOTSA, dla których każdy gniot, jaki wyszedłby spod ich instrumentów nosiłby miano klasyka. Wszystko zmieniło się w momencie kiedy postanowiłem samemu zapoznać się z jej zawartością. Była to jedna z moich najlepszych decyzji ostatnich kilku miesięcy.

Wszystko dlatego, że „…Like Clockwork” jest płytą, która przeniosła mnie z powrotem ze świata syntezatorów i klawiszy do królestwa gitar i bębnów. A w nim niepodzielnie w tym roku panują Josh Homme, Troy Van Leeuwen, Dean Fertita, Michael Shuman i goście. Wśród nich zdecydowanie najważniejsi to Dave Grohl, Nick Olivieri i Mark Lanegan, czyli ekipa, która z Joshem nagrała kiedyś taki album „Songs For The Deaf”. Oprócz nich pojawiają się także Alex Turner z Arctic Monkeys, Trent Reznor z Nine Inch Nails i jego wspaniałość sir Elton John (konia z rzędem temu kto bez podpowiedzi zgadnie, że to on gra na pianinie w jednym z utworów). Udział tych gości to jednak zupełnie inna historia niż w przypadku Daft Punku. U francuskiego duetu są kręgosłupem koncepcyjnym ich albumu; tutaj raczej dodatkowym ziarenkiem przyprawy sprawiającym, że nasze ulubione danie smakuje jeszcze lepiej, ale moglibyśmy się bez niego obejść i też bylibyśmy tym daniem zachwyceni.

Główną tego przyczyną jest to, że panowie podeszli nieco inaczej do przyrządzania naszej uczty muzycznej. Zamiast jak największej ilości hałasu, przesterowania gitary i łomotu perkusji postawili na stonowanie i melodyjność. Zdecydowanie bliżej temu albumowi do „Make it with Chu” niż „Feel Good Hit of the Summer”. Moim zdaniem jest to zmiana na lepsze. Dodatkowo album zachwyca różnorodnością brzmienia. Poszczególne kompozycje można umieszczać w różnych miejscach bardzo rozległej konstelacji inspiracji i odwołań. Jak na dłoni widać i słychać wszechstronne zainteresowania Homme’a i jego duży talent songwriterski i storytellingowy.

Płyta przyspiesza, zwalnia, zmienia tempo i nastrój w najmniej oczekiwanym momencie. Poznawanie jej to jak czytanie pasjonującej lektury i odkrywanie coraz to nowych światów na każdej kolejnej kartce. Raz są to typowe rejony dotychczasowego władztwa dżentelmenów z Kalifornii, czyli klasyczne łojenie w postaci singlowego „My God Is the Sun”, „Keep Your Eyes Peeled” z fenomenalną linią basu i długie, surowe, pustynne „I Appear Missing”. Zachwycają perełki w postaci przebojowego i energicznego „I Sat By the Ocean”, brzmiącego jak orgazm (ten bas) „If I Had a Tail”, zrytmizowanego do granic obłędu „Smooth Sailing” czy rozwijającego się niczym kwiat lotosu „Fairweather Friends”. Nie sposób przejść obojętnie obok spokojniejszej (do czasu) „Kalopsii”, zaskakujących syntezatorów w stylu Giorgio Morodera z „The Vampyre of Time and Memory” czy najmniej qotsowego utworu nagranego kiedykolwiek przez QOTSA, czyli tytułowego „…Like Clockwork”. Dodatkowym atutem jest zwartość tego albumu: 10 utworów z których żaden nie jest zbędny i wszystkie na bardzo wysokim poziomie (przy żadnym z nich nie zdarza mi się kliknąć forward na odtwarzaczu). Oto przepis na płytę, która zachwyca za każdym razem gdy się po nią sięgnie. Regularnie …jak zegarek.

Lewandowski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s