Green Day przywracają punk do życia

greenday

O tym, że zobaczę Green Day na żywo dowiedziałem się na dwa dni przed koncertem. Oszczędności przed wakacjami wzięły górę nad sentymentem sprzed lat, jaki wciąż łączy mnie z tymi kalifornijskimi mistrzami punkowej muzyki. Ostatecznie jednak udało się zdobyć bilet i zwyczajnie nie mogłem odpuścić sobie przyjemności zobaczenia w jakiej formie jest obecnie Green Day, który właśnie promuje w Europie swoją wydaną na ostatnim przełomie lat płytową trylogię. Miałem pewne podejrzenia, że wyjdę z koncertu usatysfakcjonowany, lecz nie spodziewałem się, że występ Amerykanów aż tak przypadnie mi do gustu!

Największe obawy przed koncertem budziła we mnie publiczność oraz niedosyt starego Green Day`a, tego z czasów Dookie czy Nimrod. W obu przypadkach moje obawy okazały się bezpodstawne, bowiem fani (prawie bez zastrzeżeń) bawili się wyśmienicie, a zespół zaserwował tłumowi wypełniającemu po brzegi łódzką Atlas Arenę solidną dawkę muzyki nagranej w latach dziewięćdziesiątych. Zainteresowanie koncertem widać było na dobre kilka godzin przed jego rozpoczęciem – na dworcach, w pociągach, nie wspominając o tym, co działo się pod samą areną. Kolejka ciągnąca się wzdłuż sąsiadującego z halą stadionu ŁKS-u wymagała od czekających na wejście sporo cierpliwości. Punktualnie o 19.15 na scenie pojawił się support – kapela All Time Low. Nie przypadli mi do gustu, być może przez nadużywanie sformułowania fuck yeah (średnio jakieś 5 razy podczas każdej przerwy między piosenkami), niemniej jednak przyzwoicie rozgrzali publiczność, co chyba najważniejsze. Oczekiwanie na główną gwiazdę wieczoru uprzyjemniały klasyczne rockowe nagrania, m.in. Bohemian Rhapsody, a gdy z głośników wydobyły się pierwsze dźwięki Ramonesowego Blitzkrieg Bop, podczas których na scenie tańcował niesforny zając, było już wiadomo, że lada moment na scenę wyjdą panowie z Green Day (zarówno Blitzkrieg Bop jak i zając to stałe elementy każdego koncertu podczas trwającej trasy). Gdy zegarki zaczęły wskazywać 20.30, show faktycznie się rozpoczął, a we mnie nagle obudził się duch nastolatka, który jeszcze 10 lat temu wydałby wszelkie pieniądze by zobaczyć Green Day na żywo.

Koncert rozpoczął się tradycyjnie utworem 99 Revolutions z albumu Tre!. Następny w kolejce był Know Your Enemy – pierwszy i ku mojemu zdziwieniu ostatni kawałek z 21st Century Breakdown. Hulaszcza zabawa pod sceną zaczęła się na dobre i trwała przez kolejne kilka minut, a to za sprawą nowości z Uno! i Dos!, czyli Stay The Night oraz Stop When The Red Lights Flash. Idealnym przerywnikiem wówczas okazał się być melodyjny Letterbomb z American Idiot, a wraz z nim singlowy Oh Love z Uno!. Następne kilkanaście minut to kolejny powrót do American Idiot, tym razem za sprawą żywiołowego Holiday, które porwało do tańca każdego bez wyjątku, oraz niemal w całości odśpiewanego przez fanów (Billie Joe nawet nie próbował się wtrącać, a po zakończonym wokalnym popisie publiki nawet wyznał jej jak bardzo ją kocha) Boulevard Of Broken Dreams. Energiczną potańcówkę, zwłaszcza wśród żeńskiej części publiczności (która wbrew pozorom nie przeważała pod sceną), wywołał przebojowy singiel z Dos! zatytułowany Stray Heart. Wciąż odczuwać można było niedosyt wywołany brakiem starszych kawałków, lecz mimo to zabawa była wyśmienita. Akustyczna i skrócona wersja Wake Me Up When September Ends zrobiła smak fanom tego jednego z największych przebojów Green Day`a, jednak ekipa tym właśnie kawałkiem zakończyła pierwszą część koncertu i zgrabnie przeszła do drugiej – moim zdaniem znacznie lepszej części występu.

Wreszcie Nimrod! Ta, może nie tak kultowa jak Dookie czy American Idiot, płyta doczekała się nielicznej, ale nadzwyczaj silnej reprezentacji na łódzkim koncercie. Do Nice Guys Finish Last, a potem również do Waiting z płyty Warning, bawili się raczej starsi fani, podczas gdy młodsi ocierali jeszcze pot z czół po podskakiwaniu w rytm pop-punkowych brzmień z Uno!, Dos! i Tre!. Na pocieszenie następny w kolejce był mozolny Missing You z tej ostatniej. Pierwszym przedstawicielem Dookie był utwór otwierający album, a więc Burnout. Wtedy balon ostatecznie pękł i zabawa nabrała jeszcze bardziej wyrazistego smaku, bo towarzyszyła jej istna uczta dla uszu. Mój osobisty faworyt – Hitchin` A Ride, a więc kolejny hit z Nimrod, na żywo wybrzmiał jeszcze lepiej niż w wersji studyjnej. Zmęczenie? To raczej ostatnie słowo jakie mogłoby paść z ust uczestnika koncertu. Paradoksalnie utwór ten uruchomił wśród fanów nowe pokłady siły. I dobrze, bowiem Green Day znowu wziął na warsztat Dookie, z którego zaprezentowane zostały piosenki Welcome To Paradise oraz Longview. Podczas tej drugiej, Billie Joe zapytał czy ktoś zna całe słowa utworu i czy nie miałby ochoty wystąpić u jego boku przy mikrofonie, z czego skorzystał pewien młody, zapalony szczęściarz, który koniec końców scenę opuścił z pamiątką w postaci gitary Billie`go. Po tym drobnym zamieszaniu zespół jeszcze bardziej podkręcił tempo, grając St. Jimmy. Niskie ukłony w stronę tych, którzy byli w stanie nadążyć za słowami śpiewanymi przez wokalistę – mi przyszło to z kolosalną trudnością. Kolejne trio utworów znów pochodziło z albumu, który w swoich domach ma 20 milionów ludzi z całego świata (tak tak, w tylu właśnie egzemplarzach sprzedało się Dookie). Z When I Come Around, Basket Case oraz She pamiętam tylko bolesne pogo.

Potem zaczął się popisowy show w wykonaniu Green Day`a. Członkowie zespołu wskoczyli w kolorowe kostiumy, muzyczna mapa wzbogacona została przez saksofon (może nawet dwa) i akordeon, a koncert przybrał nieco cyrkowego charakteru. Po żywiołowym King For A Day przyszła pora na muzyczny miszmasz, w którego skład wchodziły fragmenty kawałków Shout z repertuaru Lulu, Always Look On The Bright Side Of Life, Satisfaction Stonesów oraz Hey Jude Beatlesów. Całość trwała pewnie z kilkanaście minut i potwierdziła, że Armstrong, Dirnt, Cool i White to prawdziwi weterani widowiskowych koncertów. Gdy impreza dobiegła końca, pisk nastoletnich fanek wywołał singiel z Tre!, czyli X-Kid, a na zakończenie wybrzmiał kolejny smaczek z albumu Warning – tym razem Minority, podczas którego Billie Joe przedstawił każdego z muzyków z osobna. Koniec? Nic bardziej mylnego. Panowie zeszli ze sceny, ale ryzyko, że na nią nie wrócą było równie niskie co szanse tego, że nasi piłkarze awansują na mundial do Brazylii. Przecież nie zagrali jeszcze American Idiot! – krzyczeli ci najbardziej zaniepokojeni. Bingo! Green Day ukazali się publice ponownie i zaprezentowali wytęsknione American Idiot. Koncert trwał już wtedy dobre dwie godziny, ale nikomu nie przeszkadzało to, że kolejnym zagranym kawałkiem był prawie dziesięciominutowy Jesus Of Suburbia. Na kończący występ utwór panowie wybrali nieco spokojniejszy Brutal Love, który otwiera album Tre!.

Czego zabrakło? Najbardziej odczuwalny był chyba brak melodyjnego zwieńczenia występu w postaci utworu Good Riddance. Ponadto przydałoby się coś z Kerplunk czy Insomniac (Brain Stew i Jaded!), zaś z nowości wielkim nieobecnym był Kill The DJ no i ciut więcej 21st Century Breakdown, bo i tam trafiały się rarytasy (The Static Age albo East Jesus Nowhere). Narzekanie jednak jest niewskazane. Oczywiście malkontenci znajdą coś dla siebie – a to, że panowie chodzą w rurkach, że głupawo się drą, czy są mało ambitnym punkowym boysbandem dla dzieciaków. Dla mnie łódzki koncert potwierdził tylko, że Green Day to zespół potrafiący swoją muzyką rozgrzać tłum fanów. Mimo kpin, Amerykanie są w świetnej formie, co mogą potwierdzić jedyne w tym momencie rzetelne źródła informacji – a więc te tysiące fanów, które we wtorek późnym wieczorem opuszczały w przepoconych koszulkach z napisami Green Day Atlas Arenę. Choć od dawna nie jestem już fanem gatunku muzyki jaką grają Kalifornijczycy, to z ogromną przyjemnością dałem się porwać w tę sentymentalną podróż do czasów, kiedy w moim odtwarzaczu kręciły się na przemian Dookie i Nimrod.

Róg

6 responses to “Green Day przywracają punk do życia

  1. Koncert był wspaniały a i recenzja też bardzo dobra. To był najlepszy wieczór w moim życiu. Byłam niestety na trybunach (chociaż 5 rząd to blisko, przed nami wszyscy siedzieli, więc jak podszedł na tą stronę sceny to popatrzył na nas🙂 i postanowiłam, że na następny koncert mogę wydać całe oszczędności i stawić się na miejscu koncertu na 4 h przed, byle by tylko stanąć z przodu. Lekko mnie irytuje podział na stary i nowy Green Day. Green Day to Green Day i Green Day`em zawsze pozostanie, a więc nie ma chyba co tak dzielić. Szczególnie, że będąc urodzona pod koniec lat 90 nie jestem w stanie pamiętać, jak to się słuchało Dookie, bo czas, w którym zaczęłam słuchać Green Day przypada na okres pomiędzy American Idiot i 21st Century breakdown. Nie twierdzę, że nowsze utory bardziej mi się podobają, moimi ulubionymi są i będą „time of your life”, oraz „Longview”. Poprostu irytuje mnie łatka „piszczącej nastolatki”😀

  2. mnie troszkę zabolało to wspomnienie o piszczących nastolatkach… sama nią jestem, a uwielbiam głównie piosenki z pierwszych płyt… wiem, że na pewno były tam takie, o jakich jest właśnie ten fragment, ale tak troszkę poczułam się urażona… poza tym recenzja genialna🙂

  3. recenzja naprawde dobra, ale strasznie razi tu podzial na ‚stary i nowy’ green oraz zenska i meska czesc publiki. nie wiem, moze ja to tak odebralam, ale jak sie to czyta to wydaje sie jakby green day byl slodkim boysbandem. a z tym nikt sie nie zgodzi. poza tym co z tego, ze nosza rurki? slash tez nosi rurki, freddie merkury takze je nosil. chyba nigdy nie spotkalam sie z zespolem wykonujacym. takirodzaj muzyki w dzwonach. oprocz tego jednego akcentu recenzja

    • cd. oprocz tego jednego akcetnu recenzja przywolala i tak jeszcze zywe wspomnienia, a ten fragment o przepoconych koszulkach sprawil, ze zakrecila mi sie w oku lezka, chociaz sama nie wiem dlaczego🙂

  4. Świetna recenzja! Koncert był cudowny,marzę o tym, by wrócili do nas w naprawdę niedługim czasie (na pewno nie za 8 lat, bo to bolało najbardziej!)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s