Ready To Die | Iggy And The Stooges

Iggy-And-The-Stooges-Ready-To-Die

W marcu ukazała się nowa płyta Davida Bowiego. Cały świat zwariował dwa miesiące temu na punkcie „The Next Day”. Trzeba przyznać, że całkiem słusznie. W końcu był to udany powrót wielkiego i cholernie ważnego muzyka z nowym materiałem po 10 latach milczenia. 66-letni Brytyjczyk od lat jest przyjacielem innego 66-latka. Tak się składa, że ten 66-latek pochodzący z Ameryki jest również wielkim i cholernie ważnym muzykiem. Nazywa się Iggy Pop. Jakby tego było mało, to również w tym roku postanowił powrócić po wielu latach z nowym materiałem. Poruszenie wokół jego nowego krążka jednak dużo mniejsze. To dziwi, bo od ostatniego materiału sygnowanego nazwą Iggy And The Stooges minęło cztery razy więcej czasu niż od ostatniego dzieła Bowiego.

Było mniej więcej tak. Wielki i cholernie ważny Iggy Pop gdy nie był jeszcze ani wielki, ani ważny, czyli pod koniec lat 60. założył w Detroit razem z braćmi Ronem i Scottem Ashetonem oraz z Davem Alexandrem zespół The Stooges. Nagrali wtedy dwie płyty „The Stooges” i „Fun House”, które nie były olbrzymimi sukcesami, a sam zespół zawiesił działalność. Niemniej te kilka lat i kilka skandali związanych z ich koncertami wystarczyło, żeby The Stooges, a przede wszystkim Iggy Pop, zostali dostrzeżeni przez wielkiego już wtedy i cholernie ważnego Davida Bowiego. Był rok 1972 i David właśnie wydał album „The Rise and Fall of Ziggy Stardust and The Spiders from Mars”. Świat klęczał u jego stóp i bił pokłony, Dzięki temu bez przeszkód nakłonił swojego nowego przyjaciela Iggy’ego i gitarzystę z którym ten współpracował, czyli niejakiego Jamesa Williamsona, żeby przenieśli się z USA do Wielkiej Brytanii i pod opieką Columbia Records kontynuowali karierę. Na Wyspach dołączyć mieli do nich tamtejsi i muzycy i pomóc w nagraniu materiału. Te próby spaliły na panewce i Iggy ściągnął zza Wielkiej Wody braci Ashetonów. Tak narodził się zespół Iggy And The Stooges. Nagrał on jedną jedyną płytę zatytułowaną „Raw Power”.

Mimo producenckiej ręki Bowiego i potężnego ładunku surowej energii zawartej na tym krążku nie odniósł on spodziewanego sukcesu. To zaowocowało ponownym rozejściem się dróg członków zespołu. Iggy Pop rozpoczął bardzo udaną karierę solową suto zakrapianą heroiną. Dość wspomnieć jego albumy „The Idiot” i „Lust for Life”. W międzyczasie okazało się, że „Raw Power” zadziałała jak bomba z opóźnionym zapłonem. Liczna rzesza muzyków odkryła, że rzucenie się w wir nieokiełznanej i dzikiej mocy to może być sposób na tworzenie dźwięków. To zaowocowało powstaniem gatunku znanego jako punk. Nie byłoby The Ramones, Sex Pistols, The Clash i wielu innych późniejszych i ówczesnych kapel, gdyby nie „Raw Power”.

W kolejnych latach Iggy kontynuował karierę solową, już mniej udaną i mniej zakrapianą heroiną niż wcześniej. Ostatnimi jej efektami są wydane w 2009 i 2012 roku jazzowe płyty na których zaśpiewał po francusku. W międzyczasie podjął z braćmi Asheton próbę reaktywowania The Stooges.  Jej owocem była wydana w 2007 roku płyta „The Weirdness”. Dalszą współpracę uniemożliwiła śmierć Rona Ashetona w 2009 roku. Na jego miejsce wskoczył facet odpowiadający za drapieżne dźwięki gitary na „Raw Power”, czyli znany już nam James Williamson. W ten sposób doszło do reaktywacji grupy Iggy And The Stooges. 30 kwietnia ukazał się ich drugi w karierze album zatytułowany „Ready To Die”.

Od 1973 roku przybyło panom wiele zmarszczek. Liderem pod tym względem jest największy w świecie muzyki brzydal, czyli Iggy Pop. Zachodziła w związku z tym obawa, że muzyka grana przez dżentelmenów okaże się stetryczała. Zwłaszcza, że jak wspomniałem Iggy ostatnio lubował się w spokojnych kompozycjach i podjął flirt z brzmieniami jazzowymi. Wszystkie te wątpliwości panowie rozwiali w najlepszy możliwy sposób. Już od pierwszych dźwięków płyty jesteśmy wrzuceni w wirujący strumień dzikiej energii. Rozpoczyna ją singlowe „Burn”, którego znakiem rozpoznawczym jest bestialski i brudny riff Williamsona. Piosenka zawiera większy ładunek energii, niż  sperma byka znajdująca się w napoju o tej samej nazwie. „Burn” to wyraźny sygnał. Chłopaki wrócili do miasta i nadal są w formie. Niemalże wszystkie spośród dalszych 9 piosenek podtrzymują ładunek tej muzycznej tauryny na poziomie, o którym niektórzy muzycy 3 razy młodsi od Iggy’ego i jego kolegów mogliby tylko pomarzyć. Spokojniejszym utworem jest „Unfriendly World” przywodzące na myśl barowe ballady spod znaku Toma Waitsa, czy Nicka Cave’a. Iggy skarży się cierpliwemu i wyrozumiałemu facetowi za ladą na brutalność i szorstkość tego ziemskiego padołu. Przez chwilę słychać, że to rozgoryczony 66-latek. Podobny nastrój utrzymany jest w końcowym „The Departed”. Oprócz tych piosenek zgorzkniałego staruszka nie ma. Jest za to rozszalały szaman znający tajniki pierwotnych sił rządzących światem. Wśród żywych i szybkich utworów znajdziemy intrygujące próby autoironii („Sex and Money”, „Dirty Deal”) oraz zdecydowane i szydercze słowa pod adresem otaczającej rzeczywistości („Job”, „Gun”). Całości towarzyszą dźwięki gitary Williamsona, która nie zestarzała się ani trochę przez ostatnie 40 lat. Prawdziwy popis grania James daje w tytułowym utworze „Ready To Die”. Ta płyta nie cierpi ani na artretyzm, ani na reumatyzm, ani na demencję. Iggy And The Stooges są gotowi to wywołania zamieszek i wszczęcia kilku burd na mieście, a także do skopania kilku prominentnych czterech liter. Muzyczna młodzieży chcąca być radykalną i brutalną- patrz i ucz się.

Lewandowski

PS. Na „Ready To Die” pojawia się saksofon!

One response to “Ready To Die | Iggy And The Stooges

  1. Powiem szczerze, że bardzo czekałam na pojawienie się tej płyty, ale i piekielnie się tego bałam. Prawda jest taka, że łyknę wszystko, co Iggy zrobi i zaśpiewa, ale tylko dlatego, że jestem jego niepoprawną fanką. Pomimo tego jednak zdaję sobie sprawę z kilku gniotów, które zdarzyło mu się w karierze muzycznej popełnić. Wybaczam, rozgrzeszam, opuszczam zasłonę milczenia i cieszę się jak małe dziecko z „Ready to die”, które mnie nie zawiodło, pokazało wielką klasę „chłopców” i daje mi energetycznego kopa za każdym razem, kiedy zapuszczam płytkę słuchając od dechy do dechy tych fantastycznie brudnych, drapieżnych i sensualnych wręcz dźwięków. Co do saksofonu, to przecież nie jest on nowością na płytach Stoogesów, ale rzeczywiście tu brzmi super. A ten ironiczny tytuł po prostu rozwala! I błagam, nie mówicie o Iguanie, że jest brzydalem, bo to nieprawda. Z perspektywy babskiej stwierdzam, że nawet w wieku lat 66, kulejący, ze zmarszczkami potrafi podnieść ciśnienie… Pozdrawiam wszystkich fanów🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s