12 | Öszibarack

12oszibarack

„Zmiany, zmiany, zmiany”. Ten cytat z kultowego filmu Stanisława Barei „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz” idealnie odzwierciedla sytuację w jakiej znalazł się wrocławski zespół Öszibarack. Słowo „zmiana” odmieniane jest przez każdego piszącego o ich czwartym albumie we wszystkich możliwych przypadkach. Nic dziwnego, skoro były one w ich wypadku znaczne. Nie będę teraz jeszcze raz pisał tego samego, co napisałem trzy tygodnie temu i co znajdziecie tutaj. Pora skupić się nie na tym, że Öszibarack przeszedł metamorfozę, ale co z tej metamorfozy wynikło.

Panowie Agim Dżeljilji, Tomek Dogiel i Jan Młynarski wreszcie wyszli z cienia. Wcześniejsze albumy wydawane pod szyldem Öszibarack były zdominowane przez Patrycję Hefczyńską. Jej charakterystyczny wokal i teksty stanowiły o wyjątkowości muzyki granej przez „brzoskwinki”. (Öszibarack po węgiersku oznacza ten włochaty owoc). Teraz nie ma praktycznie śladu po ciepłym, pogodnym i przyjemnym w dotyku electro-popie do jakiego fani zespołu zdążyli przywyknąć. Jeśli trzymać się tropów owocowych, to wraz z albumem „12” wydanym 23. kwietnia zespół przerodził się z brzoskwiń w grejpfruty. Nie jest już tak słodko, miękko i przyjemnie.

Öszibarack wita nas singlowym utworem „The Tide”, na którym gościnnie zaśpiewał Sebastian Chmara. Jednostajny bit perkusji i monotonny motyw klawiszowy doskonale uzupełniane są przez jego melancholijny wokal. Całość stanowi bardzo udaną mieszankę skłaniającą do tańca. Nie inaczej jest z kolejnym singlem, czyli „Brightones”. Ta instrumentalna kompozycja kojarzy mi się z powolnym wschodem słońca nad brzegiem morza i stopniowym wybudzaniem się z letargu. Zespołowi udaje się osiągnąć ten efekt za pomocą nieśpiesznie rozkwitającego tempa i natężenia klawiszy w tym utworze, prowadzących aż do pogodnego i ożywczego finału. Kolejnym utworem w którym wrocławskie trio wspomagane jest wokalnie przez gości jest trzecie „Finders Keepers”. Paula i Karol pojawiający się w tym utworze wnoszą do tej najbardziej popowej piosenki z „12” odrobinę nostalgii i uspokojenia. Ten kojący nastrój zakłócany jest jednak w połowie przez przypominający nadlatywanie helikoptera elektroniczny chaos. Zwiastuje on 11-minutową bombę w postaci „Please Hold On to the End”. Rozpoczyna się ona od istnej burzy z piorunami tworzonej przez bezwzględną perkusję i klawisze. Dalej napięcie rośnie, a kompozycja obfituje w zwroty akcji. Przeradza się najpierw w mroczny soundtrack sceny bitwy, by za dłuższy moment przejść w paranoiczny krzyk, a to za sprawą rozedrganych i świdrujących klawiszy. Kolejna wolta i utwór staje się transową i energetyczną petardą, by skończyć się piękną klamrą kompozycyjną. Naprawdę chapeau bas panowie. Całość, zwłaszcza słuchana na słuchawkach, wciska w fotel.

Nasze skołatane zmysły oczekiwałyby chwili odprężenia, jednak  Öszibarack ma inne zamiary. Pod numerem piątym kryje się na albumie „Zibraphone” – niespokojny i chaotyczny utwór z bardzo bolesnym dla uszu złamaniem rytmu w środku. Ukojenie przynosi dopiero piosenka „Fly”. Wraz z nią panowie odkrywają przestrzenie muzyczne spod znaku berlińskich mistrzów techno, takich jak choćby Paul Kalkbrenner. I tu jednak nie obyło się bez mniej przyjemnych niespodzianek. Kolejny utwór to świetne „Brassel”. Panowie bardzo dobrze odnajdują się w tej zrytmizowanej, dziarskiej i dynamicznej kompozycji. W pamięć zapada również bardzo wyraziście brzmiąca gitara. Z kolei przedostatnie „Shine Oh!” rzuca nas z powrotem w klimaty obecne w utworze „Brightones”. Tym razem jednak mamy do czynienia z opieszałym zachodem naszej życiodajnej gwiazdy podziwianym z perspektywy nadmorskiej plaży. Płyta kończy się kompozycyjną klamrą w postaci instrumentalnej wersji „The Tide”. Oprócz braku głosu Chmary, różnicą jest też to, że to znacznie wydłużona i rozwinięta wersja. Stanowi świetną puentę tego niełatwego, ale ciekawego albumu, jakim jest „12”.

Płyta jest perfekcyjnie wyprodukowana. Bogactwo i głębokość brzmienia w pełni ukazuje się nam tak naprawdę dopiero po założeniu słuchawek. Zespół wykonał bardzo udaną redefinicję pojęcia Öszibarack. Oznacza ono teraz czarnoksiężników klubowych przestrzeni. Jak już wspominałem brzoskwinie stały się grejpfrutami. Nie oznacza to, że ich twórczość przestała być smakowita. Z pewnością „12” jest to obok „Amentu” UL/KR jeden z najpoważniejszych na chwilę obecną kandydatów do tytułu płyty roku w Polsce. W ogóle jestem zdania, że obok „Kamp!” jest to najlepszy polski album z muzyką elektroniczną od bardzo długiego czasu. W odróżnieniu od chłopaków z Łodzi, panowie z Wrocławia preferują dużo mroczniejsze klimaty i bardziej transowe brzmienia. Dokładnie wiedzą czego chcą i konsekwentnie realizują swoje postanowienia. Ta cecha nazywa się dojrzałość.

Lewandowski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s