Szalona potańcówka z Kamp!

kamp plakat

Często zdarza się nam bywać na klubowych występach na żywo, zarówno zespołów polskich, jak i zagranicznych. Nie będzie zatem przesadzonym stwierdzenie, że mając niemałe koncertowe doświadczenie, widzieliśmy już na scenie i przed nią wiele najróżniejszych muzycznych atrakcji. Mimo to, w sobotę 13 kwietnia mieliśmy okazję doświadczyć czegoś zupełnie zaskakującego. To wszystko za sprawą łódzkiej grupy Kamp!, która pierwszy raz od wydania swojego debiutanckiego longpleja zagrała dla warszawskiej publiczności. Scena Palladium, w którym wystąpili, drżała, podłoga pod setkami entuzjastycznie skaczących fanów się trzęsła, a powietrze w centrum naszej stolicy naładowane było pozytywną energią, jaka biła z klubu. Nie mam wątpliwości, że klub mieszczący się przy ulicy Złotej stał się na nieco ponad godzinę pępkiem electropopowego półświatka.

Co w występie Kamp! było tak zaskakującego? Na wstępie powinienem wytłumaczyć się z powyżej postawionej tezy. Co do tego, że koncert Łodzian będzie żywiołową potańcówką, nikt raczej nie miał wątpliwości. Sedno sprawy tkwi w tym, że nikt chyba nie sądził, że ściany Palladium pomieszczą tyle chętnych do zabawy osób. Klub pękał w szwach do tego stopnia, że część przybyłych do niego fanów musiała spędzić koncert siedząc na schodach przed wejściem pod scenę i zadowolić się muzyką z niej płynącą. Świadczy to jedynie o tym, że zespół który jeszcze pół roku temu, a więc przed wydaniem swojego debiutanckiego albumu, rozkręcał kameralne imprezy w polskich klubach, momentalnie stał się gwiazdą, na której koncerty przychodzi więcej ludzi niż na niejednych liderów zagranicznej sceny muzycznej. Zaskoczenie potęgowane było faktem, że panowie Radek Krzyżanowski, Tomek Szpaderski oraz Michał Słodowy sami nie dowierzali jakim zainteresowaniem cieszył się ich warszawski występ, a dzień później na swojej facebookowej ścianie określili go jako one of the best shows ever. Nic dziwnego – w końcu coraz bardziej wymagający fani przyjęli ich z nieczęsto spotykanym tak ogromnym entuzjazmem.

Publikę w Warszawie przed Kamp! rozgrzewał duet The &, który już wkrótce wystąpi podczas tegorocznej odsłony FreeFormFestival. Oczekiwana gwiazda wieczoru pojawiła się na scenie około godziny 22.00. Zaczęli względnie spokojnie. Sulk, a więc jeden z singli promujących ich album, nie należy raczej do tych najbardziej pobudzających do skakania, jednak mimo to jego delikatne brzmienie wprawiło fanów w istne szaleństwo. Po Sulk przyszedł czas na pierwsze uderzenie. Rytmiczne i skoczne dźwięki Can’t You Wait rozpoczęło kilkunastominutową balangę. Każdy, bez względu na płeć, wiek i posiadane pokłady energii, żywiołowo podrygiwał w tempie nadawanym przez perkusyjno-klawiszowe melodie. Na moment wytchnienia trzeba było jeszcze trochę poczekać, bowiem panowie zgrabnie przeszli do kolejnych utworów. Okraszony świetnym intro Distance Of The Modern Hearts wraz z następującą po nim petardą w postaci kawałka Melt, podtrzymały imprezowy nastrój, jaki od pierwszych minut koncertu panował w Palladium. Trio na scenie bawiło się wybornie, o podziwiającej ich publice nie wspominając.

Każde wprawione i zaznajomione z albumem zespołu ucho pewnie czekało na to, aż po żywiołowym Melt wybrzmią subtelne dźwięki instrumentalnego Lux Lisbon, jednak Kamp! wybrali na tę chwilę jeden ze spokojniejszych w ich repertuarze utwór International Landscapes. Kawałek pojawił się na koncercie jednak w innej niż w wersji studyjnej aranżacji, która nie tylko go wydłużyła, ale również dodała mu nieco powera. Heats to kolejny nieco bardziej melodyjny utwór, który został zaprezentowany tego wieczora przez Kamp! Była to świetna okazja, by ponucić pod nosem słowa tego wydanego jeszcze przed premierą albumu singla, złapać nieco powietrza i zebrać w sobie energię na to co, jeszcze miało nastąpić. Zwłaszcza, że następny w kolejce do zagrania był kawałek z repertuaru belgijskiego synthpopowego duetu Shindu, zatytułowany Just Go. Jego remix w wykonaniu Kamp! ponownie pobudził zmęczone już mięśnie fanów do żywiołowego baunsu. Przed kolejną piosenką, a więc ciepłym, tanecznym New Frontier, panowie powoli zaczęli dziękować Warszawiakom za przybycie i wspólną zabawę, a wraz z jego ostatnimi dźwiękami zeszli ze sceny.

Na ich powrót nie trzeba było długo czekać. Krzyki, oklaski i tupanie momentalnie przywołały chłopaków na scenę. Bez zbędnego przedłużania, zagrali swój najprawdopodobniej największy przebój, a na pewno kawałek który osiągnął największy komercyjny sukces. Cairo spowodowało, że każdy kto dotrwał do bisu (publiczność pod koniec nieco się rozrzedziła, jednak nadal uniesienie ręki w tłumie sprawiało nie lada trudności) wpadł w muzyczny amok, a refrenowe Cairo where we once met entuzjastycznie śpiewane przez fanów momentami zagłuszało dochodzący ze sceny wokal. Drugi podczas bisu wybrzmiał utwór Zen Garden. Nieumieszczony na krążku Kamp!, będący jednak stałym koncertowym punktem utwór nie zawiódł. Jak na swoistą koncertową petardę przystało, wypełnił on energią Palladium po same brzegi. Skąd zatem znalazła się jeszcze przestrzeń na dawkę mocy, na którą większość zapewne przez cały występ czekała? Nie wiem. Wisienka na torcie w postaci rewelacyjnego Breaking a Ghost’s Heart zwieńczyła cały koncert w najlepszy z możliwych sposobów. Kawałek ten, podobnie jak poprzednik, nie znalazł się na albumie zespołu z kilku powodów. Szczęście w nieszczęściu, bo dzięki temu oczekiwanie na niego podczas występów dostarcza dodatkowych wrażeń, a usłyszenie go na żywo satysfakcjonuje i gwarantuje kapitalną zabawę przy wyśmienitej, głośnej muzyce. Tak właśnie było w sobotę w Warszawie, gdzie grając Breaking a Ghost’s Heart zespół wydobył z publiczności resztki sił.

Kto nie był, ma czego żałować. Kamp! intensywnie koncertuje również za granicą, więc nie wiadomo kiedy natrafi się okazja by ponownie obejrzeć ich na żywo za wciąż rozsądną cenę i mimo wszystko we wciąż kameralnym gronie. Pomijając kwestię rewelacyjnych doznań muzycznych, Łodzianie potrafią zagwarantować naprawdę klawą imprezę. Choć są wciąż młodzi i mający całą muzyczną karierę przed sobą, to  udowodnili już, że z koncertu na koncert nabierają doświadczenia i potrafią na scenie zachowywać się jak profesjonaliści. Zaryzykuję stwierdzenie, że w niedalekiej przyszłości chłopaki mogą spodziewać się rzeszy fanów z całego świata, wypełnionych klubów, zaproszeń na coraz to większe muzyczne festiwale oraz staników na scenie. Oby!

Róg

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s