Wywiad z L.Stadt

Przy okazji występu zespołu L.Stadt w warszawskim klubie Basen udało nam się spotkać z członkami łódzkiego zespołu. Zmęczeni podróżą i głodni, ale bardzo chętni do rozmowy o swoich muzycznych inspiracjach, nadchodzącej EP-ce „You Gotta Move” i wyjątkowych spotkaniach opowiedzieli nam wokalista i gitarzysta Łukasz Lach, basista Adam Lewartowski, i perkusiści Andrzej Sieczkowski i Piotr Gwadera.

 

Słyszymisię: Ponieważ rozmawiamy przed Waszym występem w warszawskim klubie Basen chcielibyśmy na początek poruszyć kwestię Waszego podejścia do występów na żywo. W czasie ostatniej edycji gdyńskiego Openera zagraliście świetny koncert na głównej scenie tego dużego festiwalu. Przez kilka lat Waszej obecności na polskiej scenie muzycznej daliście również wiele koncertów w mniejszych klubach w całym kraju. Czy wolicie grać koncerty dla większej, ale być może nieco bardziej przypadkowej, czy mniejszej ale „Waszej” publiczności?

Łukasz Lach: Ja mogę ze swojej strony powiedzieć, że to jest bardzo przyjemne kiedy przyjeżdżamy np. do klubu i klub jest pełen ludzi którzy przyszli specjalnie, żeby zobaczyć L.Stadt, czyli to jest nasza publiczność. Z drugiej strony np. koncerty które dawaliśmy zagranicą dla publiczności która kompletnie nas nie znała też były wyzwaniem ogromnym, bo tymi krótkimi koncertami; na ogół to były koncerty które trwały pół godziny-dwadzieścia minut, my musieliśmy kupić ludzi. I ja to bardzo miło wspominam. W ogóle lubimy koncerty tak naprawdę. Wszystko zależy od publiczności, od energii, od dnia, od nagłośnienia, to są różne czynniki które wpływają na to, że koncert jest udany albo nie. My na ogół staramy się zawsze dawać z siebie wszystko.

Jak wspominacie ostatni, wyjątkowy bo akustyczny koncert jaki zagraliście w grudniu w warszawskim Teatrze Rozmaitości?

ŁL: Bardzo nam się podobało i to jest formuła którą chcemy pociągnąć tak naprawdę. Bo dzisiaj też będzie granie z pianinem i myślimy o tym, żeby teraz po naszej EP-ce „You Gotta Move”, która mam nadzieję w końcu się ukaże niedługo, grać koncerty właśnie tego typu. Trochę zmienić oblicze L.Stadt i samemu sobie też dać jakąś różnorodność.

Czy jako zespół z Łodzi odczuwacie dodatkową tremę przed koncertem w Warszawie?

Adam Lewartowski: Nie. Dobrze się gra w Warszawie. Kiedyś nam się lepiej grało na wschodnim brzegu rzeki. Jest dużo fajnych klubów na Pradze. Atmosfera wydawała nam się lepsza, ale tutaj na tym zachodnim brzegu też w sumie nie najgorzej. Graliśmy kiedyś fajny koncert w 1500m2, bardzo fajne miejsce. Tu też kiedyś graliśmy. Kiedy graliśmy trasę wspólną z Pogodno, zaczynaliśmy właśnie w Basenie. Nie wiem czy się specjalnie jakoś tu przejmujemy. Chyba w Łodzi się bardziej przejmujemy. Tam się nam trudniej gra.

Andrzej Sieczkowski: Słyszałem, że w Warszawie publiczność jest coraz bardziej wymagająca, ale jakoś tak nie przywiązuję do tego wagi.

AL: Warszawska publiczność… w ogóle polska publiczność, szczególnie w Warszawie, jest taka bardzo… Jakby to powiedzieć, żeby nikogo nie obrazić… Mam czasami takie wrażenie na koncertach, że ludzie czekają aż ci się coś nie uda. Podczas gdy za granicą mam takie wrażenie, że wszyscy chcą, żeby ci się udało. Jest taka filozofia trochę: kupuję bilet i chcę przyjść się dobrze bawić i się dobrze bawię. Czasami mam takie wrażenie, że… to jest takie grzebanie trochę w zawiści, ale ja to czuję.

AS: Dzisiaj jest mecz Legii, więc jak jechaliśmy samochodem to czuliśmy spojrzenia.

Dobrze, że nie z Widzewem.

AS: (śmiech) Oj. Wtedy to już byśmy nie dojechali.

Jak już jesteśmy przy temacie Łodzi. Oprócz Was z tego miasta są takie zespoły jak Cool Kids of Death, Kamp!, Psychocukier, czy nawet Power of Trinity z którymi dzisiaj gracie. Czy czujecie przynależność do Łodzi jako do stolicy polskiej muzyki?

ŁL: Nie wiem czy jako do stolicy polskiej muzyki. Na pewno czujemy przynależność do tego miasta, bo nawet nasza nazwa się wzięła od nazwy Litzmannstadt (Łódź nosiła taką nazwę w latach 1940-45 przyp. red.). Więc zawsze byliśmy związani z miastem, a scena… Scena była zawsze w Łodzi. Kiedyś to była taka scena industrialna, w latach 90. czy wcześniej też były bardzo ciekawe punkowe zespoły. Jednak nie czułem tego, że jest jakaś sytuacja gdzie wszyscy się znają z wszystkimi. Raczej każdy tworzył na poboczu. Teraz powstały takie miejsca w Łodzi jak OFF Piotrkowska, Bajkonur, gdzie bardziej czuć tę jedność. Piotrek na przykład jest świetnym przykładem, chociaż jest z Kielc, na to, że mieszają się ludzie w łódzkich projektach, bo Piotrek gra w… W ilu grasz teraz zespołach?

Piotr Gwadera: Nie wiem

ŁL: (śmiech) Na pewno w Blisko Pola, Bielas i Marynarze. U Bielasa grają także muzycy z Cool Kids of Death. Każdy z nas też coś robi poza zespołem, więc jest to duża scena; czujemy się częścią tego na pewno.

AL: Ale nie ma takiego… może teraz się wykrystalizuje, bo miejsca się zrobiły. Bo scena musi mieć miejsce. Nie będzie sceny wirtualnej, na MySpace, czy na Facebooku. Teraz pierwszy raz może, to jeszcze nie jest to, ale kiedyś może się tak zrobi, że zintegrują się ludzie wokół miejsca i wtedy na pewno będzie większa energia w tym wszystkim. Zwłaszcza, że Łódź jest takim miejscem ciemnym i ponurym, że jak jakieś ognisko się tworzy, to ono bardzo może wybuchnąć. Właśnie w kontrze do tego jak jest na zewnątrz.

Jesteście zespołem z niemiecką nazwą, pochodzącym z Polski i śpiewającym po angielsku. I to pomimo tego, że śpiewanie po polsku wychodzi Wam fenomenalnie, czego przykładem jest utwór Londyn. Czy była to Wasza świadoma decyzja od początku, żeby śpiewać po angielsku, żeby mieć szansę na zaistnienie na zachodzie?

ŁL: Na pewno też żeby być bardziej zrozumiałym, to był jeden z powodów. Ale prawda jest taka, że ja lubię śpiewać po angielsku. Nie jestem przekonany do mojego polskiego, chociaż to też zależy od utworu. Bo na przykład utwór „Londyn” lubię śpiewać. Jest to piosenka, którą mi się śpiewa dobrze, jest parę takich polskich piosenek. Trzeba też się urodzić z darem do pisania dobrych polskich tekstów. Nie chciałbym śpiewać polskiego bełkotu. Wolę bełkotać po angielsku (śmiech).

Wspominaliście o Waszych występach zagranicą. Wasza ostatnia EP-ka „You Gotta Move” powstała w Purple Bee Studio w Austin, w Teksasie. Występowaliście tam też na SXSW (South by Southwest) i macie też na koncie występ na Wembley.

ŁL: To było dawno temu. To był taki polski festiwal zorganizowany w Londynie. My się bardzo cieszyliśmy, że będziemy częścią tego, bo fajnie zawsze zagrać w Londynie. Rzeczywiście graliśmy na Wembley, ale nie graliśmy na Wembley Arena, czy na stadionie tylko na takim Hall of Fame przed Wembley Arena. Na Wembley Arena grały tuzy polskiego popu, a scena alternatywna była przed Wembley. Ale to było też fajne doświadczenie.

AL: Kluczowym dla nas doświadczeniem był wyjazd do Stanów. Ogólnie za Atlantyk, czyli do Kanady. Byliśmy kilka razy w Kanadzie i graliśmy całkiem dużo koncertów, głównie w Toronto. I graliśmy też taką małą trasę po Teksasie, gdzie spotkaliśmy się z zupełnie inną publicznością. To chyba najbardziej nas otworzyło.

ŁL: Los Angeles

Skąd w ogóle się wziął taki pomysł na nagrywanie EP-ki w Teksasie, na ten repertuar akurat?

ŁL: Pomysł na nagrywanie EP-ki w Teksasie. Myślę, że każdy marzy o tym, żeby przy okazji grania dużo podróżować, jechać w najdalsze miejsca i tworzyć w innych warunkach. Teksas to jest takie miejsce magiczne, z którego pochodzi mnóstwo artystów, których ja na przykład osobiście uwielbiam i myślę, że chłopaki również. To jest zupełnie inna kultura muzyczna. Oni tam to mają we krwi i po prostu wiedzieliśmy, że jeśli mamy nagrywać taką płytę, a chcieliśmy nagrać taką płytę, żeby podsumować te nasze podróże do Teksasu, żeby zrobić jakiś hołd, jakieś nawet zaklęcie tamtego miejsca i tych doświadczeń. I chcieliśmy, żeby było czuć tamto powietrze, tamtą atmosferę. Chcieliśmy, żeby to brzmiało tak jak powinno brzmieć. A tak naprawdę odeszliśmy od tego country na tej EP-ce. Bo ciągle mówiliśmy, że to jest EP-ka country, EP-ka country, a tak naprawdę jest to po prostu muzyka alternatywna tamtych miejsc.

Skoro już jesteśmy przy EP-ce. W związku z tym, że Wasz debiut ukazał się w 2008 roku, później wyszła płyta „EL.P” w roku 2010, to czekaliśmy w tym 2012 na wasze kolejne wydawnictwo.

ŁL: My też. Ale trochę się zakopaliśmy. To nie jest wydawnictwo, które nas kosztowało nie wiadomo ile pracy. Bo tak jak mówimy, to jest EP-ka. To jest mała płyta. Ale na przykład zakopaliśmy się w jakieś kwestie z prawem autorskim. My chcemy bardzo, żeby ta płyta wyszła również na winylu. Okazuje się, że żeby tłoczyć ten winyl my musimy mieć zgodę od wszystkich publisherów i właścicieli praw autorskich, czy tam praw majątkowych. A ponieważ wybraliśmy sobie taki repertuar a nie inny, to z niektórymi było naprawdę trudno. Bo nawet nie wiedzieliśmy kto trzyma prawa do piosenki „UFO” Jima Sullivana. Bo prawa trzyma jego żona, ktoś wydał niedawno reedycję jego płyty, a okazało się, że z tamtą firmą która to wydała nie można się skontaktować. Więc tak naprawdę w takiej robocie papierkowej utknęliśmy.

A jakiś konkret odnośnie premiery tej płyty możecie już podać?

ŁL: 2013 (śmiech)

AL: Nie no. Mam nadzieję, że przed wakacjami. Płyta jest już nagrana…

AS: Według moich ostatnich informacji wiem, że pozostał jeden numer do wyczyszczenia, więc tak to wygląda.

AL: Jak się autorski materiał robi, to wtedy nie ma tych problemów. Wracając do poprzedniego pytania, skąd pomysł nagrania w Stanach. My żeśmy zawsze nagrywali w innych lokacjach. Jak graliśmy koncerty za granicą, to udawało nam się zawsze jakoś tam nagrać jakieś piosenki. Na „EL.P” też są nagrywane w innych krajach. W Chorwacji, w Niemczech. Jest jakaś magia w tym, że się siedzi tak daleko i nagrywa.

ŁL: Świetnych ludzi spotkaliśmy.

AL: To wszystko są przypadki. Dzięki tym przypadkom udało się nagrać i kontynuować znajomość z pewnymi ludźmi i tyle.

Pamiętam jak opowiadałeś w TRze Łukasz o jednym z takich spotkań z synem Townesa Van Zandta, autora jednej z kompozycji zawartych na „You Gotta Move„.

ŁL: Pierwszy utwór jaki graliśmy, taki czysto teksański, to był właśnie utwór „Waiting Around to Die” Townesa Van Zandta. I wiedziałem, że w Austin, czy w okolicach Austin mieszka jego syn, więc bardzo chcieliśmy mieć go na płycie. Ja widziałem na YouTubie, że on też koncertuje. Jak go spotkaliśmy to okazało się, że to nie jest muzyk. On się zajmuje czymś zupełnie innym. Ale też gra na gitarze, czasem śpiewa, czasem daje koncerty. Dla mnie to było magiczne. Bo miałem duży problem, żeby się z nim skontaktować. Miałem dzięki przyjaciołom z Austin numer telefonu do niego, ale ciężko mi było go złapać. Jak już byłem na miejscu, to zaprosił mnie na kolacje. Więc to była dla mnie magia, bo pokazywał mi jakieś książki, które dostał od ojca. To było też trochę tak: ja pojechałem tam tak naprawdę poznać syna Townesa Van Zandta, a jak wyjeżdżałem stamtąd to byłem zachwycony JT. I to jest fajne, że gdzieś tam kolejnego przyjaciela poznaliśmy.

W jednym z ostatnich wywiadów, których udzieliłeś, wspominasz, że mając 12 lat spotkałeś Boba Dylana. Brzmi to nieprawdopodobnie.

ŁL: Ja sam jak o tym myślę, to to jest niesamowite. Bo to było już jakiś czas temu, 19 lat temu. W 1994 roku jak Bob Dylan był w Polsce to namówiłem mamę, żebyśmy pojechali tam, wziąłem gitarę i udało mi się jakoś zwrócić na siebie uwagę i byłem w jego garderobie. Siedzieliśmy chwilę rozmawialiśmy i grałem dla niego. To było dla mnie takie namaszczenie.

Oprócz własnych adaptacji piosenek z repertuaru amerykańskich wykonawców muzyki country macie na koncie covery „Nie pytaj o Polskę” Grzegorza Ciechowskiego, a także „Ain’t Got My Music” Johna Portera. Czy muzyka polska odgrywa dla Was dużą rolę jeśli chodzi o inspiracje?

AL: Wiadomo, że jesteśmy wychowani na polskiej muzyce w dużym stopniu i każdy ma jakichś swoich ulubionych wykonawców i ulubione piosenki. Ale trop jest taki tutaj z tymi naszymi inspiracjami… Porter to jest taki nietypowy polski artysta, bo mieszka i nagrywa w Polsce, ale jest Walijczykiem i jego muzyka też odzwierciedla trochę inne spojrzenie. Z „Nie Pytaj o Polskę” to było tak, że graliśmy koncert zaproszeni na festiwal poświęcony pamięci Ciechowskiego w Toruniu, w klubie Od Nowa i zagraliśmy dwa utwory, z czego jeden był utrwalony, drugiego nikt niestety chyba nie utrwalił.

ŁL: A „Nie Pytaj o Polskę” wybraliśmy, znaczy ja wybrałem ten utwór ponieważ pamiętam, że na polskim w szkole podstawowej go przerabialiśmy.

AL: Wspaniała liryka tam jest.

ŁL: Nie no oczywiście. Genialny utwór. Genialny.

AL: Jeszcze„Halucynacje” wtedy graliśmy.

ŁL: Właśnie przepadły niestety. Nie mamy zapisu z tego. Bardzo żałujemy bo bardzo chcielibyśmy to zobaczyć.

AL: Wspaniałe przeżycie w ogóle, na festiwalu Ciechowskiego grać, bo jest tam tłum wyznawców tysięczny chyba. Cała publiczność śpiewa z Tobą piosenkę. Pot kapie z sufitu. Ogólna ekscytacja. Dla nas szczególnie było to starcie i udało nam się chyba. Jakbyśmy się pomylili to już byśmy nie wyszli żywi (śmiech).

A jak siedzicie, każdy w swoim domu, to czego sobie najczęściej słuchacie?

AS: Ja na przykład ostatnio słucham kanadyjskiej muzyki elektronicznej. I to takich nowych wydawnictw. Jakoś tak raczej cały czas spędzam na szukaniu czegoś nowego, niż szukaniu wśród korzeni, czego Łukasz jest doskonałym przykładem. Czytałem ostatnio taki wywiad, że wszystko cały czas jest powtarzane, ale ja cały czas uparcie szukam nowości i wynajduję coś ciekawego. I takim przykładem ostatnio płyty, która bardzo długo u mnie już funkcjonuje, jest taka piosenkarka Austra, która śpiewa operowo i ma minimalne aranżacje. Pianino i elektroniki trochę.

ŁL: Ona jest doskonała. To jest świetna płyta. Czyli widzisz. Znam coś nowego (śmiech).

Z naszego polskiego podwórka macie jakichś swoich faworytów?

ŁL: Mamy faworytów, ale nie będziemy mówić, żeby nikomu nie było przykro (śmiech).

AS: Kaliber 44 i Paktofonika

ŁL: Kabaret Starszych Panów jest doskonały.

PG: Ja z polskich rzeczy to ostatnio korzenie po prostu. Polska wieś i granie tradycyjne. Oberki, mazurki. To jest niesamowite. I ten ruch coraz bardziej rośnie w Polsce. Z tego co wiem, to tutaj w Warszawie mnóstwo ludzi się tym interesuje, gra na instrumentach, są organizowane potańcówki.

AL: Czyli folklor odżyje może w Polsce.

PG: I bardzo dobrze, bo on został gdzieś tam zepchnięty, ale odżywa i to jest super, że te korzenie się dziś poznaje. Śmieszne jest to, że jak byłem ostatnio na zabawie ostatkowej w okolicach Przysuchej i Drzewicy to tam ludzie z Warszawy to organizują i przed zabawą organizowali warsztaty tańców, mazurków. Ale ludzie z miasta uczyli dzieci ze wsi tańczyć ich tańców, bo one tego totalnie nie kumają, tylko siedzą w kulturze disco i disco polo.

ŁL: Czyli tak, jak Brytyjczycy przywrócili bluesa, tak Warszawa przywraca oberka.

AL: Jeszcze R.U.T.A. tak naprawdę, Kapela ze Wsi Warszawa, cały ten nurt. Jest jakiś głębszy ruch i poruszenie w tym temacie. Bo dużo polskiej muzyki jest takim prostym naśladownictwem muzyki anglosaskiej.

AS: Mi się ostatnio Napszykłat spodobało. Widziałem ich ostatnio na żywo w Austin i świetnie zagrali. To był najlepszy koncert polskiego wykonawcy na SXSW w mojej opinii.

AL: Jest dużo jazzu fajnego i takiej muzyki z pogranicza muzyki noise’owej. Dużo takich eksperymentów teraz wychodzi.

ŁL: No muzyka polska miała swoje świetne momenty. Choćby takie tuzy jak Niemen, Grechuta, Nalepa. Grechuta nagrał parę takich płyt, które gdzieś tam są pomijane, a przecież są wielkie. „Szalona Lokomotywa„, albo „Magia Obłoków„. Świetne rzeczy.

Powiedz Łukasz czym mama karmiła Ciebie i Izę, że oboje wyrośliście na tak utalentowanych muzyków?

ŁL: Nie wiem. Ale rodzice lubili muzykę po prostu. Ojciec grał na gitarze. Moja mama wychowywała się w centrum Łodzi, na Piotrkowskiej i opowiadała mi, że patrzyła jak chodzą dzieci do szkoły muzycznej. I to są pewnie takie marzenia przenoszone na dzieci, tylko w naszym przypadku po prostu okazało się, że my mamy do tego predyspozycje. My mamy talent. Przepraszam, że tak mówię. To trochę nieskromnie zabrzmiało. Ale tak jest.

AL: Zdolności po prostu. No bo niejeden rodzic wysyła swoje dzieci do szkoły i one tam potem gniją w tej szkole i się męczą.

ŁL: Prawda jest też taka, że to po prostu było naturalnie. Mamy z Izą też oczywiście starszą siostrę Kasię, która była basistką Formacji Nieżywych Schabuff. I Kasia poszła do szkoły muzycznej, ponieważ sama tego chciała. Po jakimś castingu w przedszkolu poszła nawet rok wcześniej, bo w wieku 6 lat. I jak ja się wychowywałem to dla mnie to było naturalne, że ja też pójdę do szkoły muzycznej, bo tego chciałem. I z Izą było bardzo podobnie. Iza jak się rodziła to było pianino w domu, były skrzypce, była gitara. Ona w tym dorastała i myślę, że dla niej było oczywistością, że ona też pójdzie tą drogą.

Miałeś okazję poznać Snoop Dogga przy okazji jego współpracy z Izą?

ŁL:  Chłopaki mieli, ja nie miałem, bo chłopaki grają z Izą.

AL: Bardzo sympatyczny gość, ale trochę z innej planety (śmiech).

Był już wtedy Snoop Lionem?

AS: Tak. Już przeszedł reinkarnację.

AL: Niestety. To jest wielka gwiazda, która nie stąpa po tym samym gruncie. O czym my mogliśmy porozmawiać? Może o sporcie pogadaliśmy.

Bardzo dziękujemy za poświęcony nam czas. Życzymy udanego koncertu i powodzenia z wydaniem „You Gotta Move„.

ŁL: My również dziękujemy. Na kartce to wyglądało straszniej.

Z zespołem rozmawiali Wojciech Lewandowski i Piotr Róg

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s