L.Stadt w Basenie

plakat_basen_lstadt

Kwiecień to miesiąc obfitujący w naprawdę ciekawe koncerty polskich wykonawców w Warszawie. Pisaliśmy o tym więcej tutaj. Na pierwszy ogień w pierwszą sobotę po Wielkanocy poszedł chyba najbardziej wyjątkowy spośród nich. 6 kwietnia Basen zamiast wodą wypełnił się energią, którą zapewnili  The Toobes, Power of Trinity i L.Stadt.

Zaczęło się od koncertu białoruskiego tria The Toobes. Zespół z Mińska tworzony przez Staszka Lamakina, Kostka „Gustawa” Pyżowa i Staszka Muraszki udowodnił, że bardzo pochlebne słowa pod ich adresem wygłaszane przez Tricky’ego i dziennikarzy z całej Europy nie są przypadkowe. Mają na koncie supportowanie takich tuzów jak Franz Ferdinand, czy Deep Purple więc występ przed Power of Trinity i L.Stadt nie stanowił dla nich olbrzymiego wyzwania. Niemniej podeszli do sprawy bardzo profesjonalnie i na scenie dali z siebie wszystko, czym zyskali sobie przychylność publiczności. Mnie osobiście denerwowała nieco maniera w głosie wokalisty, który co nietypowe jest jednocześnie perkusistą. Bardzo natomiast podobała mi się ekspresyjna gra na gitarze rudego „Gustawa”. Panowie odbędą teraz trasę koncertową po całej Polsce i z pewnością warto się wybrać na ich występ. Ich typowo rockowe granie było bardzo dobrym preludium do tego, co miało nastąpić w dalszej części wieczoru.

Po The Toobes na scenie pojawił się pierwszy tego wieczoru zespół z Łodzi, czyli Power of Trinity. Ich występ nie przypadł mi wcale do gustu więc postaram się być zwięzły bo chyba wreszcie wraca wiosna i nie ma co zbyt dużo narzekać. Panowie Jakub Koźba, Łukasz Cyprys, Krzysiek Grudziński i Grzesiek Graczyk wykorzystali chyba cały możliwy potencjał nagłośnienia w Basenie. Ich ciężkie granie to absolutnie nie moja bajka, jednak wyraźnie było widać, że udało im się już zbudować w Polsce swoją wierną publiczność która zawzięcie tańczyła pogo pod sceną. Muszę natomiast skrytykować wokalistę, którego wycie tylko zwielokrotniało ciarki na moim ciele wywołane waleniem perkusisty w bębny jakby od tego zależało jego życie. Do tego dodać trzeba gitarzystę który chyba postanowił pozrywać struny w swoim instrumencie. Panowie. Zacytuję Saszę Tomaszewskiego: „Nawet jak grasz głośną muzykę, to nie chodzi o to, żeby ludzi zajebać hałasem, dźwiękiem, żeby mieli po 5 minutach wyjść. Tylko chodzi o to, żeby ten hałas był w jakiś sposób dozowany”. Tego dozowania zabrakło, myślę jednak, że entuzjaści ciężkiego grania w wydaniu Power of Trinity wyszli z koncertu usatysfakcjonowani.

Po występie Power of Trinity duża część publiczności opuściła Basen. Ci którzy to uczynili wyszli na kompletnych kretynów, bowiem po krótkim strojeniu instrumentów na scenie zaprezentował się zespół L.Stadt. Jeden z najciekawszych zespołów na polskiej scenie muzycznej, tworzony przez Łukasza Lacha, Adama Lewartowskiego, Andrzeja Sieczkowskiego i Piotra Gwaderę wystąpił w Warszawie po raz pierwszy od grudniowego, akustycznego występu w Teatrze Rozmaitości i w ogóle po raz pierwszy w tym roku. Tym razem prąd był, jedno pozostało niezmienne. Był to występ wspaniały. Na początku dzięki spokojnym dźwiękom utworów „Superstar”, „Macca”, „Gore” i magicznego singla „Come Away Melinda” panowie ukoili moje skołatane nerwy po występie Power of Trinity. Potem nastąpił pierwszy naprawdę energiczny kawałek, czyli „Ciggies”. Piosenka o rzucaniu palenia (ciekawe czy udanym) zagrana została na żywo z dużo większą werwą i animuszem niż w studiu. Łukasz pokazał, że jest naprawdę znakomitym gitarzystą i ekspresyjnym frontmanem. Po „Ciggies” znów zrobiło się na chwilę spokojniej za sprawą „Loosing”, natomiast „Waiting Around to Die”, czyli kolejny po „Come Away Melinda” utwór z nadchodzącej EP-ki „You Gotta Move”, wypadł brawurowo. Jako następną piosenkę zespół zagrał „March”. Za ten utwór olbrzymie brawa należą się obydwu perkusistom. Wybijany przez nich marszowy rytm przez cały utwór trzymał w napięciu.

Po bardzo żywiołowym „Marchu” zespół zagrał jeszcze jeden utwór z debiutanckiej płyty, czyli „Stop”, który to utwór wypadł dużo żywiej niż na płycie. To samo dotyczy repertuaru z końcówki koncertu. Począwszy od „Death of a Surfer Girl”, zespół zaprezentował prawie całą zawartość ostatniej ich płyty, czyli świetnego „EL.P” („Ciggies” zagrali wcześniej, zabrakło „Puppets Song No1” i „Sun”, ale to nic dziwnego bo koncert rozpoczął się o 23 i o tej godzinie słońca raczej już nie ma). Singlowa „śmierć surferki” wypadła fenomenalnie i tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że jestem świadkiem znakomitego koncertu. „Fashion Freak” będący w wersji studyjnej bardzo przyjemną dla ucha piosenką na scenie przerodził się w energetyczny pocisk z popisową partią perkusji. Zjawiskowo wypadł też „Jeff” w czasie którego zespołowi tupaniem i klaskaniem pomogła publiczność. Ten niepozornie rozpoczynający się utwór wspaniale się rozwinął, a zespół nie czekał aż opadnie kurz, tylko za sprawą „Loli” podtrzymał bardzo wysoki poziom energii. Ponownie duże brawa dla obu perkusistów. Następny utwór „Mumms Attack” był chyba najszybszym i najbardziej dynamicznym w czasie całego koncertu. Zespół zakończył występ utworem „Smooth”, z którego najbardziej w pamięci utkwiło mi machanie Łukasza grzywą nad swoją gitarą i żywiołowa reakcja części publiczności. Wywołani na bis panowie zagrali „Londyn” i „Take Care”. Jedyna piosenka po polsku w arsenale L.Stadtu zaśpiewana została przez Łukasza wzruszająco grającego solo na pianinie, do którego dopiero po chwili dołączyła reszta zespołu. Tęsknota unosiła się w Basenie w sposób niemalże namacalny. „Take Care” to z kolei utwór z „You Gotta Move”, który lepiej jednak moim zdaniem wypadł na akustycznym koncercie w TRze.

Szkoda jedynie, że panowie nie zagrali „UFO”, ale poza tym i poza niską frekwencją nie mam żadnych zastrzeżeń. Wręcz przeciwnie. L.Stadt absolutnie mnie zachwycił. O tyle, o ile przed tym występem bardzo ich lubiłem, tak teraz absolutnie uwielbiam. Na płytach ich muzyka jest spokojna i bardzo przyjemnie brzmiąca dla ucha. Te same utwory w koncertowych aranżacjach okazują się być niesamowicie energetycznymi petardami. Nie dziwię się, że ich występy na zagranicznych festiwalach były dużymi sukcesami. Panowie pokazali pazur. Dodatkowym atutem ich występów na żywo jest fakt, że po Łukaszu, Adamie, Andrzeju i Piotrze widać, że oni bardzo lubią grać koncerty, a muzyka to całe ich życie. Naprawdę nie rozumiem dlaczego jeden z najlepszych obecnie w Polsce zespołów, nie jest w stanie przyciągnąć większej liczby widzów. Polacy! Zacznijcie chodzić na koncerty!

Lewandowski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s