In Love | Peace

peace-in-love

Wszyscy ci, którzy zdążyli ogłosić już śmierć indie rocka powinni poważnie zastanowić się nad każdym następnym zdaniem jakie padnie z ich ust. Rok 2013 jest bowiem póki co rokiem należącym do tego gatunku muzyki. W lutym ukazała się świetna trzecia płyta aktualnych niekwestionowanych królów indie w Wielkiej Brytanii, czyli „Holy Fires” Foalsów. W tym samym miesiącu usłyszeliśmy również debiut najbardziej hype’owanego ostatnio zespołu na świecie, czyli grupy Palma Violets. Swoje płyty wydały już również kapele takie jak The Courteeners, Hurts czy Everything Everything, a czekamy jeszcze na europejską premierę świetnego krążka grupy Guards, debiut Savages i kolejne pół godziny muzyki od Merchandise. Dziś jednak skupiamy się na pierwszym w historii longplayu pewnego kwartetu z Birmingham, który ma dziś swoją premierę. Tym longplayem jest „In Love” kwartetu Peace.

peace_1

Pisząc o nich kilka miesięcy temu wyrażałem się w samych superlatywach o ich ówczesnych dokonaniach. Dziś nadal podtrzymuję zdanie, iż EP-ka „Delicious” była przepyszna, zaś „Follow Baby” skłaniało do podążania za każdym krokiem jaki panowie Harrison i Sam Koisserowie oraz Douglas Castle i Dominic Boyce czynili. Zawsze jednak prawdziwym sprawdzianem dla młodych pretendentów jest ich debiutancki album. Nie pierwszym i nie ostatnim, ale chyba najważniejszym. Czasem okazuje się, że zespół nic oprócz dwóch-trzech piosenek sobą nie reprezentuje. Czasem jednak okazuje się, że w twórczości danej kapeli można się totalnie zakochać. Jak jest z „In Love”?

Płyta wita nas utworem pokazującym jak wysoko mierzy Peace. „Higher Than The Sun” to bardzo zgrabna i przyjemna piosenka. Nieco denerwujący jest refren, ale całość zostawia pozytywne wrażenie. Da się w nim usłyszeć także bardzo wyraźne nawiązania do twórczości The Maccabees. Pozycja numer 2 to wygładzona i wyczyszczona wersja znanego wcześniej singla „Follow Baby”. Na szczęście nie została wyczyszczona jego przebojowość, ani wygładzona jej zadziorność. Następne miejsce zajmuje utwór będący najbardziej indie na całej płycie. „Lovesick” jest bowiem emblematem beztroskiej naiwności, tak charakterystycznej dla piosenek muzyków w grzywkach i trampkach. Bardzo gówniarski jest tekst, a niedojrzałość jest również cechą warstwy muzycznej. Razem obie te warstwy składają się na (o dziwo) bardzo zgrabną dwuminutową pigułkę. Na drugim biegunie znajduje się „Float Forever”. Jest to bardzo dojrzała i spokojna kompozycja, która w świetny sposób pasować będzie do tych wytęsknionych ciepłych letnich wieczorów, które kiedyś na pewno nadejdą. Pierwszą połowę płyty zamyka singlowe „Wraith”. Klawiszowe intro przywodzi na myśl dokonania Foalsów z czasów „Total Life Forever”. Potem utwór dynamicznie się rozwija i sprawia, że odczuwamy dużą przyjemność w czasie jego trwania.

Szóstym utworem jest moim zdaniem najlepszy i najbardziej smakowity kąsek na całym krążku, czyli „Delicious”. Nie mam pojęcia jak perkusista osiągnął to brzmienie swojego instrumentu, ale zrobił to w sposób fantastyczny. To właśnie ten instrument sprawia, że ta piosenka brzmi tak dobrze i świeżo. Gdyby refreny były nieco lepsze to tak brzmiałby desygnat perfekcji. Nieco bladziej, ale wciąż dobrze wypada „Waste of Paint”, w którym najbardziej doceniam bardzo stonerosesowy klimat tego utworu. Numer osiem to chyba najnudniejsza i najsłabsza propozycja ze strony Peace, czyli „Toxic”. Brzmi w bardzo zbliżony sposób do swojego poprzednika i nie przykuwa naszej uwagi niczym szczególnym. Przedostatnie „Sugarstone” to znów powrót zespołu do bardzo przyzwoitego poziomu prezentowanego na reszcie płyty. Zwłaszcza nostalgiczne brzmienie gitary to duży atut tej kompozycji. Ostatnie „California Daze” znane jest z wrześniowej EP-ki „Delicious” i nadal podtrzymuję, że jest to utwór relaksujący i cudownie rozkwitający. Idealny na zamknięcie tego krótkiego, ale bardzo dobrego albumu. Tak się prezentuje w wersji live.

To tyle jeśli chodzi o wersję standardową. Od dziś na oficjalnej stronie zespołu w sprzedaży znajdziemy także wersję deluxe, na której znajdują się cztery dodatkowe utwory. „Drain”, „Step A Lil Closer”, „Scumbag” i „Bloodshake” to naprawdę godziwe uzupełnienie wyjściowej 10. Fenomenalnie od samego początku brzmi rozbudowany brzmieniowo „Drain”. Nie mniej dobre jest zabarwione psychodelią „Step A Lil Closer”. Kapitalnie brzmi też pochodzące z przywoływanej już kilkukrotnie EP-ki „Bloodshake”. Bardzo udaną kompozycją jest również „Scumbag”. Podczas słuchania tego utworu można zapomnieć o licznych troskach i poczuć chwilowy spokój. Żal jedynie, że wśród tych utworów brak świetnych „Ocean’s Eye” i „1998”. W każdym razie z pewnością warto dla tych czterech kompozycji wydać na „In Love” paczkę szlugów więcej.

peace

Fani indie rocka mogą spać spokojnym snem. Przyszłość tego gatunku muzyki jest w dobrych rękach. Ciekawi was pewnie odpowiedź na pytanie, czy w „In Love” można się zakochać? Można. Mimo, że nie jest to album ani przełomowy, ani wielce odkrywczy. Peace nie wymyśla indie rocka na nowo. Oni raczej biorą z niego to co najlepsze i bardzo umiejętnie wykorzystują „In Love” jest to bowiem album sprawiający swoim nieco tropikalnym i nieco pretensjonalnym brzmieniem bardzo dużą przyjemność. Taki właśnie powinien być dobry indie rock. Ponadto krążek Peace błyskawicznie wpada w ucho i potrafi zostać tam na dłużej niż chwilę. Jest to również album dosyć mocno zróżnicowany i dzięki temu raczej się nie nuży, ale jednocześnie pozostaje spójny koncepcyjnie i stylistycznie. Jak na debiut wypada więcej niż dobrze. Lepiej, niż „180” fioletowych Palm.

Lewandowski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s