180 | Palma Violets

palmavs

Dzisiaj Niedziela Palmowa, idealny dzień by ponownie przyjrzeć się zespołowi Palma Violets – najbardziej medialnie przemielonym debiutancie ostatnich miesięcy (pisaliśmy już o nich np. tutaj), który niecały miesiąc temu (25 lutego 2013) wydał swój pierwszy album pod tytułem 180.

Mówili o nich: Palma Violets to „Najlepsza nowa banda 2012”. Mówili: Best of Friends to „Najlepsza piosenka roku 2012”. Właściwie to głównie NME tak mówiło. Później okazało się, że fani rocka z całego świata zaskakująco szybko uwierzyli w tę charyzmą i riffem płynącą muzyczną krainę, w której pod egidą „Palma Violets” miała dokonać się kolejna edycja tzw. „rockowego przebudzenia”. Tak naprawdę, po kawałku takim jak Best of Friends trudno było myśleć inaczej. Ten singiel budził i budzi we mnie emocje podobne do tych, które towarzyszyły mi przy pierwszych odsłuchach kawałków The Clash, Libertinesów czy Arctic Monkeys. Daje tę niezwykłą energię, której żaden inny niż rock gatunek muzyczny nie jest w stanie wytworzyć (i na pewno nigdy nie będzie). W tym sensie, ten absolutnie świetny kawałek jest dla mnie kolejnym dowodem na wyższość rocka nad innymi gatunkami, co cieszy mnie tym bardziej, że zespołów, które potrafią „unausznić” te dowody, z biegiem czasu dostrzegam jakby coraz mniej. Automatycznie przypomniały mi się więc: a) sytuacja z 2004 roku, kiedy to Arctic Monkeys zaczęło przebojem (a nawet przebojami) zdobywać serca internetowych fanów muzyki złaknionych nowego, świeżego rocka, b) sytuacja z 2002, kiedy nastąpił bum popularności Libertinesów czy c) szał z roku 2001, wywołany debiutanckim albumem amerykańskich Strokesów (tu recenzja ich ostatniego albumu). Co istotne, we wszystkich tych wydarzeniach bardzo ważną rolę odgrywał magazyn NME, który usilnie lansował każdy z wyżej wymienionych zespołów. Nic dziwnego zatem, że gdy podobnym patronatem objęci zostali młodzieńcy z Palma Violets wzbudziło to ogromne zainteresowanie wyznawców rock’n’rolla z całego świata. Wyznawcy ci raczej nie mieli powodu wątpić w słuszność hajpowania przez brytyjski magazyn muzyczny nowych kapel, bo jak się później okazywało, wszystkie z nich miały bardzo dużo do powiedzenia w pierwszej dekadzie XXI wieku i był na tyle popularne, że na stałe wpisały się (Libertinesi) albo i wciąż wpisują się w historię muzyki rockowej (The Strokes, Arctic Monkeys). Oczekiwania wobec Palm były zatem bardzo  wysokie, a nerwy muzyków nagrywających w studio „180” (zresztą stąd nazwa albumu) zapewne mocno nadszarpnięte, bo oto mający po niespełna 20 lat chłopaki, na których przez ostatnie miesiące skupiona była uwaga fanów indie rocka, mieli nagrać album, który musiał sprostać nadanym im przez media bardzo prestiżowym tytułom.  Czy się udało? Sprawdźmy.

Album otwiera znane, wielbione i pod niebiosa wychwalane  mocarne Best of FriendsNie ma co się rozpisywać o tym kawałku. Po prostu – uzależnia po pierwszych 30 sekundach, daje ciary, wpompowuje w nasze ciała dziką ekscytację już od momentu, w którym klawisze zaczynają wtórować banalnie prostej, lecz głęboko wpadającej w ucho progresji akordów oraz obłędnie zabębnionemu rytmowi . Ten kawałek brzmi jak wspólna sesja nagraniowa Libertinesów i Doorsów. Zdania nie zmieniam – to zdecydowanie najlepszy kawałek 2012 roku.

Numer 2. to kolejny, znany wcześniej kawałek, drugi udostępniony przez zespół singiel, czyli Step Up for The Cool Cats. Tym razem Palma Violets dają się poznać z troszkę lżejszej strony, lecz wciąż jest całkiem nieźle. Pozytywnie zaskakuje prostota kompozycji – właściwie cały kawałek oparty jest na dwóch akordach oraz na obniżaniu i podnoszeniu tempa. I choć słucha się tego dobrze, techniką i jakimiś ciekawymi rozwiązaniami kompozytorskimi Londyńczycy na pewno nie zachwycają.

Kolejne na track liście jest All the Garden Birds – pierwsza nowość na albumie, która może kojarzyć się trochę z bisajdem singla Best of Friends, czyli z najbardziej psychodelicznie zabarwionym utworem (numer 6 na albumie) – Last of The Summer Wine. Piosenka wita nas leniwymi, trochę hipnotyzującymi klawiszami, ale  później raczej niczym nie zachwyca. W połowie znowu mamy zwolnienie tempa, potem znowu robi się trochę szybciej – ogólnie wieje trochę nudą.

Lepiej wypada na pewno Rattlesnake Highway. Intro w stylu Ramonesów, szybsze i mocniejsze bębny Willa Doyle’a dają od początku niezłego kopa. Szkoda, że znów pod koniec kawałka odnosi się wrażenie, że czegoś tu jednak brakuje. Że potencjał był i się zmył. Że pomysłu nie rozwinięto odpowiednio.

Chicken Dippers – ten kawałek w wersji koncertowej brzmiał naprawdę rewelacyjnie (nagranie poniżej). Ten dziki ryk gitary po słowach „and you make me feel like i’m the only one” zrobił na mnie naprawdę piorunujące wrażenie. Szkoda, że na płycie brzmi to trochę gorzej (czytaj mniej dziko; za czysto). Nie zmienia to jednak faktu, że to jeden z tych lepszych na 180-tce kawałków.

Ze studyjnym filtrowaniem lepiej poradził sobie za to kawałek Tom the Drum. Wydaje mi się, że właśnie w takich kompozycjach Palmy sprawdzają się najlepiej – w takich, gdzie Londyńczycy więcej krzyczą, grają szybciej i ostrzej; bardziej punkowo. Ich bardzo mocne, niskie wokale są wręcz do tego stworzone. Po Best of Friends, Tom the Drum to najbardziej energetyczny i najszybciej wpadający w ucho utwór.

Choć basista i wokalista PV – Alexander „Chilli” Jesson w jednym z wywiadów przyznawał, że nie za bardzo lubi Clashów, to czy to mu się podoba czy nie, kolejny numer o tytule  Johnny Bagga’ Donuts brzmi bardzo, ale to bardzo clashowo. Sposób w jaki śpiewa/krzyczy Chilli  przypomina wokal Johna Grahama Mellora. Wstydu jednak nie ma, bo wyszło to naprawdę bardzo dobrze. Aż chciałbym usłyszeć jak Palmy poradziliby sobie z coverami piosenek Strummera i spółki.

We Found Love to według mnie utwór najciekawszy ze wszystkich tych kawałków, które przesłuchać można było dopiero po premierze albumu. Wydaje się najbardziej przemyślany, najbardziej dopracowany – zarówno muzycznie, jak i tekstowo. (Dear, you are my one divine, but I’d never look you in the eyes again.) 

Three Stars ciężko w zasadzie nazwać kawałkiem. Ot takie brzdąkanie, które miało chyba po prostu wypchać wolny czas na albumie. 3 gwiazdki to na pewno za dużo jak na to coś.

Pod numerem 11, czai się numer 14A pod numerem 14 czają się 2 piosenki: 14 oraz ukryte, niewymienione w trackliście Brand New Song. Całkiem przyjemne kawałki. Pierwszy z nich jest hołdem dla autobusu numer 14, którym panowie z PV wracają do domów, po nocnych, alkoholowych eskapadach. Jakże to romantyczne – aż się łza w oku kręci (Oh, fourteen, oh fourteen, take me home). Hidden track Brand New Song to chyba najbardziej zadziorna, tekstowo najbardziej punkowa na tej płycie piosenka – I’ve got a brand new song, it’s 2:51, radio-friendly!

Wydaje się, że w tym przypadku sprawy potoczą się niestety inaczej i Palma Violets nie powtórzą sukcesów wspominanych we wstępie zespołów – przynajmniej na razie. Naprawdę, musiałbym bardzo nagiąć rzeczywistość starając się ustawić Palma Violets w jednym rzędzie ze Strokesami, Libertinesami czy Arctic Monkeys. Niedźwiedzia przysługa mediów w postaci monstrualnego hajpu sprawiły, że na 180-ce znalazło się za dużo niedopracowanych, czasami bardzo podobnie brzmiących kawałków. Jasne jest zatem, że „Pudrowe Cuksy” żadnego revivalu swoim debiutem nie przynoszą. Przynoszą za to po prostu całkiem dobry, świeżo brzmiący, wpadający czasami w ucho, no i przepełniony namacalną wręcz radością z grania album, który biegu historii rocka co prawda nie zmieni, ale  może sprawić naprawdę mnóstwo frajdy.

Cały album jest do przesłuchania online w serwisie Spotify (za darmo).

Maciejewski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s