Comedown Machine | The Strokes

comedown machine

Z grupą The Strokes jest jeden problem. Ich debiutancki album „Is This It”, który ukazał się w 2001 roku, był tak dobry, że Nowojorczykom nigdy się nie udało (i najprawdopodobniej nigdy się nie uda) od niego uciec. Do tego faktu dochodzi kwestia zjawiska „Nowej Rockowej Rewolucji”, którą Julian Casablancas, Nikolai Fraiture, Albert Hammond, Fabrizio Moretti i Nick Valensi rzekomo rozpoczęli i w efekcie muzycy ci w wyobraźni słuchaczy i krytyków na zawsze zostali wesołymi dwudziestolatkami w marynarkach, z cienkimi krawatami i rozwichrzonymi włosami. W zwalczaniu tego wizerunku nie pomógł im fakt, iż następca „Is This It”, czyli wydany w 2003 roku krążek „Room on Fire” różnił się brzmieniowo od  poprzednika tak jak jeden Chińczyk od drugiego. Laik nie zauważy różnicy. Znów uświadczyliśmy na nim zlewania się utworów jednego z drugim i grania wszystkiego na jedno kopyto (trzeba jednak zaznaczyć, że bardzo dobre kopyto). Potem mieliśmy do czynienia z próbą dorośnięcia i bardziej „dojrzałym” i bardziej nieudanym „First Impressions of Earth” w 2006 rok i pięcioletnią przerwą grupy w nagrywaniu. W 2011 roku ukazał się czwarty, dotychczas najbardziej eksperymentalny, krążek grupy- „Angles”. Zespół odwiedził wtedy Polskę na Openerze, a po dwóch latach ogłosił wydanie kolejnej płyty. „Comedown Machine” to piąte dziecko The Strokes i, jakby to ująć, jest to trochę taki bękart.

the strokes

Bękart dlatego, że płyta ta nie brzmi jak płyta nagrana przez The Strokes. „Comedown Machine” to płyta różniąca się od poprzednich dokonań zespołu w sposób bardzo znaczący. Zawsze zwykłem chwalić takie odważne próby („Kid A” Radiohead po „O.K. Computer”, „Afterparty” Cool Kids of Death po „2006”) więc by być konsekwentnym, i tym razem stawiam zespołowi plusa za odwagę. Jest to jednak jeden z bardzo niewielu plusów jakie Casablancas i spółka dostaną ode mnie za ten album. Drugi plus to gitara otwierająca album. Intryguje i zaciekawia, ale potem panowie spieprzyli sprawę w sposób zakrawający o pomstę do nieba. „Tap Out” to utwór tak miałki i tak boysbandowy, że z trudem udało mi się dotrwać do jego ostatniego akordu. Numer dwa to znany wcześniej singiel „All The Time”. Brzmi on w sposób zbliżony do wcześniejszych dokonań kwintetu z Nowego Jorku, zwłaszcza w refrenie. W efekcie bezboleśnie mija i ustępuje miejsca kolejnej piosence, którą jest „One Way Trigger”. Był to pierwszy utwór z „Comedown Machine” jakim zespół podzielił się ze słuchaczami i wprawił wszystkich (mnie też) w konsternację. Żeby za bardzo nie utyskiwać, powiem tylko, że nie udał on się zespołowi. Nie trafiają do mnie ani nadmiernie wyeksponowane klawisze, ani ten żałosny wokal. Lepiej jest z czwartym „Welcome to Japan”. Jest to jeden z trzech utworów na tej płycie, które mi się podobają. Jego stały rytm nadawany przez perkusję i gitarę jest bardzo dobrze uzupełniany przez wokal Casablancasa. Trzeci plus. „80’s Comedown Machine” rozpoczyna się od intrygujących i wibrujących uderzeń perkusji. W momencie w którym dołączają się pozostałe instrumenty robi się niestety nieco gorzej. Niemniej ta spokojna kompozycja broni się dzięki konsekwencji. Trwa niemalże 6 minut i przez cały ten czas jesteśmy w stanie przyjemnego odrętwienia. Czwarty plus (ten jednak z małym minusem). Z tego odrętwienia zostajemy wyrwani za sprawą bardzo energetycznego „50 50”. Strokesi udowadniają nim, że chyba nie zapomnieli jak się nagrywa dobre, i przebojowe utwory. Piąty plus. Piąty i ostatni, bowiem „Slow Animals” to kolejna nijaka kompozycja na tej płycie, która jest kompletnie niepotrzebna i nic do niej nie wnosząca. Nie lepiej jest z ósmym „Partners In Crime”. Mimo obiecującego początku ze świetnym riffem gitarowym, utwór przeradza się  w monotonną i nużącą brzdąkaninę z wykrzykiwanym w bezsensowny sposób refrenem. Kolejną szansą na plusa jest dziewiąty utwór „Chances”. Niewykorzystaną. Piosenka ta brzmi jakby nie nagrywał jej zespół The Strokes, a Coldplay. To naprawdę solidny zarzut w moich ustach. Przedostatnie „Happy Ending” to kolejne nieporozumienie. Refren sprawia, że ze złości zgrzytam zębami i rwę sobie włosy z głowy. Kolejny boysbandowa popierdułka. Krążek zamyka „Call it Fate, Call it Karma”. Zespół sili się tu na klimat utworów Sinatry, co, eufemistycznie mówiąc, kiepsko mu wychodzi. W ten sposób po 37 minutach i 49 sekundach z ulgą docieramy do końca tego bękarta.

Podsumowując, plusów tej płyty widzę 5. Minusów jest niestety dużo więcej. Jest mi z tego powodu naprawdę przykro. Podwójnie przykro. Po pierwsze dlatego, że naprawdę lubię dwie pierwsze płyty zespołu, a ich koncert na Openerze w 2011 roku był moim zdaniem jednym z lepszych na tamtej edycji festiwalu. Po drugie dlatego, że okazało się, iż The Strokes są skazani na swoje brzmienie z początku lat dwutysięcznych. Próba jego zmiany przyniosła opłakane rezultaty. To sprawia, że zespół ma przed sobą poważny dylemat. Z jednej strony, nagrywanie kolejnej tak samo brzmiącej płyty po dwunastu latach od jej ukazania się byłoby bezsensownym świadectwem braku muzycznego rozwoju. Z drugiej strony, panowie najwyraźniej nie mają innego, dobrego pomysłu na granie. Sugerowałbym członkom zespołu zastanowienie się nad sensownością dalszej współpracy. Może krótsza lub dłuższa przerwa wyszłaby im na zdrowie. Na koniec dodam tylko, że „Comedown Machine” dostępny będzie od 26 marca w sklepach muzycznych. Wcześniej możecie posłuchać go w ramach streamingu online na platformie Pitchfork Advance, do czego, z bólem serca, nie zachęcam.

Lewandowski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s