The Messenger | Johnny Marr

marr_messenger

Wszyscy kochamy The Smiths. Wszystkie młode, gitarowe, brytyjskie zespoły czerpią inspirację z dokonań zespołu z Manchesteru. Od The Stone Roses, przez Suede, Blur, Pulp, The Libertines, aż do Arctic Monkeys, Kasabian i wielu innych kapel, wszyscy są lub byli pod dużym wpływem ich twórczości. Wszystkie drogi prowadzą do dwóch facetów, którzy byli w The Smiths odpowiedzialni za tworzenie kompozycji. Stanowili oni jeden z najbardziej wyjątkowych i niezwykłych duetów w historii muzyki, perfekcyjnie się uzupełniając. Był to duet Morrissey-Marr. Pierwszy z nich od rozpadu The Smiths w 1987 roku zdążył wydać już dziewięć solowych albumów, drugi po latach aktywności w zespołach takich jak The Pretenders, The The, Electronic (który stworzył z Bernardem Sumnerem z Joy Division i New Order), Modest Mouse i The Cribs, swoją pierwszą solową płytę wydał w tym roku.

Czego możemy się po niej spodziewać? Album obfituje w to, za co Johnny Marr jest najbardziej ceniony, czyli chwytliwe riffy gitarowe przyklejające się do ucha, niczym buty do podłogi w małej spelunie położonej w ciemnej bramie. Nie brak na nim również małych kompozycyjnych arcydzieł, które są egzemplifikacją songwriterskiego kunsztu wielkiego Johnny’ego. Niestety pośród tych 12 utworów znajdują się również piosenki przeciętne, które w żaden sposób nie zapadają w pamięć. „The Messenger” rozpoczyna się jednak z głośnym przytupem. „The Right Thing Right” otwierające krążek jest bardzo zgrabną kompozycją. Rozpoczyna się pulsującym brzmieniem perkusji i dopasowanym do niego intro gitarowym, a potem cały czas utrzymane jest żwawe tempo. Pod numerem dwa kryje się utwór pokazujący nam dwa oblicza. Zwrotki z jednym z tych riffów-rzepów wyraźnie różnią się od bardziej melodyjnych refrenów, w których Johnny wyraża życzenie „I Want The Heartbeat”. Po tej intensywnej piosence nadchodzi nieco spokojniejsze „European Me”; utwór który nieco kojarzy mi się z twórczością U2. Singlowe „Upstarts” jest najbardziej przebojowym utworem na płycie, a sekwencja akordów używanych przez Marra to jeden z najlepszych riffów jakie dane mi było usłyszeć w ostatnich kilku miesiącach. Piątka to chyba najsłabsze na płycie „Lockdown”. Nie przypadł mi do gustu ani refren, ani zwrotki. Zupełnie inaczej jest z tytułowym „The Messenger”. Fenomenalne intro i jeden z najlepszych riffów na krążku są gigantycznymi atutami tej piosenki. Jest ona pozbawiona fajerwerków i niepotrzebnych ozdobników, co sprawia, że bardzo dobrze jej się słucha. W ten sposób docieramy do połowy albumu.

Najlepsze wciąż przed nami. „Generate! Generate!” zapewnia szybsze i wyraźniejsze tempo, oraz wspaniały fragment instrumentalnej improwizacji mniej więcej w połowie utworu. Numer 8, czyli „Say Demesne”, to najspokojniejszy i najdłuższy kawałek na tym albumie. Jest równocześnie jednym z najlepszych. Jednostajne tempo, stonowana gitara i wibrujący wokal Marra sprawiają, że „Say Demesne” słucha się bardzo dobrze. Po tej chwili uspokojenia znów mamy do czynienia z bardziej energiczną kompozycją. „Sun & Moon” dynamicznie się rozwija i znajdziemy w niej kolejny z wspominanych już riffów-rzepów. Naprawdę dobrze robi się wraz z „The Crack Up”. Jest to bowiem utwór z częstymi zmianami tempa, brzmiący jakby był żywcem wyjęty z najlepszych lat Brit-popu. Podobnie jest z przedostatnim „New Town Velocity”. Jest on jednak nieco spokojniejszy i bardziej melancholijny. Wydawałoby się, że ostatni utwór również zapewni nam wyciszenie i będzie spokojnym zwieńczeniem „The Messengera”. Nic bardziej mylnego. Album zamyka zdecydowanie najlepszy utwór na płycie, czyli „Word Starts Attack”. Jest szalenie dynamiczny, a intro z tą niesamowitą gitarą na długo zostaje w naszej głowie. Fantastyczny jest też instrumentalny fragment w środku utworu. Po tej piosence ogarnia nas duży żal, że to już koniec albumu.

Z pewnością polecam „The Messengera” każdemu fanowi gitarowego grania. Zwłaszcza każdemu adeptowi tajemnej sztuki pociągania za struny i łapania akordów. Johnny Marr jest inspiracją dla kilku pokoleń gitarzystów i po tej płycie z pewnością taki stan rzeczy zostanie utrzymany. Mimo kilku słabszych utworów, jest to album, na którym legenda pokazuje, że nie jest tylko spetryfikowanym posągiem, ale wciąż ma sporo do powiedzenia. Ważne są bowiem teksty, w których Johnny zabiera głos w kwestii cyberprzestrzeni i tego jak zabija ona zdolność ludzi do personalnego komunikowania się na co dzień. Na koniec mała ciekawostka związana z galą rozdania nagród NME Awards. Johnny Marr odebrał na tej ceremonii nagrodę „Godlike Genius” i uświetnił ceremonię swoim występem na żywo. W pewnym momencie dołączył do niego legendarny Ronnie Wood z The Rolling Stones i te dwie ikony gitarowego grania razem wykonały klasyk „How soon is now?” z repertuaru The Smiths. Nie obyło się bez problemów. Obecni na sali członkowie zespołów Palma Violets i Peace zaczęli skakać po swoich krzesłach z zachwytu i tańczyć w stylu Johna Travolty z „Gorączki Sobotniej Nocy”, co wymagało interwencji ochrony. Johnny skwitował to krótkim „Behave yourselves, you lot.” Myślę, że to idealnie pokazuje to, kim dla przedstawicieli brytyjskiej gitarowej sceny muzycznej jest Johnny Marr. Trochę ojcem, trochę wujkiem a trochę starszym kumplem.

Lewandowski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s