Lost Sirens | New Order

new order_lost sirens

Rok 2013 to rok powrotów. Za chwilę światło dzienne ujrzą nowe albumy Davida Bowie’go i Depeche Mode, ale początek tych powrotów legend przypadł na styczeń, kiedy to ukazała się 9. już płyta New Order. Zespół założony został przez pozostałych przy życiu członków legendarnego Joy Division po samobójczej śmierci Iana Curtisa, w 1980 roku. Po kilku burzliwych rozstaniach i powrotach na przestrzeni tych 33 lat New Order AD 2013 tworzą: Bernard Sumner, Stephen Morris, Gillian Gilbert, Phil Cunningham i Tom Chapman. (Peter Hook opuścił zespół w 2007 roku). Ich ostatnia płyta (z Hookiem, ale bez Gilbert i Chapmana) ukazała się w 2005 roku nosząc tytuł „Waiting for the Sirens’ Call”. Teraz muzycy z Manchesteru wracają po 8 latach milczenia z wydawnictwem „Lost Sirens”, będącym zbiorem utworów powstałych przy nagrywaniu ostatniej płyty, ale w odświeżonych aranżacjach. Czy jednak powrót bez Hooka jest powrotem z hukiem?

Trudno mi jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Z jednej strony jest to płyta o dwa poziomy lepsza niż ostatnie dwa wydawnictwa New Order, mimo tego daleko jej do „Movement” czy „Low-life”. Od zespołu odpowiedzialnego za absolutnie genialne kompozycje takie jak „Blue Monday”, „Ceremony”, „Temptation” czy „True Faith” należy oczekiwać nagrywania płyt zwalających z nóg z siłą Witalija Kliczki. Tymczasem „Lost Sirens” bardziej przypomina Przemysława Saletę. Niby wygrywa z Gołotą przez KO, ale mimo tego widzimy, że nie jest to pełnia jego formy (sic!). Nie oznacza to jednak, że zderzenie z tą płytą kompletnie nas nie rusza. New Order wciąż dysponuje mocniejszym lewym prostym niż większość współczesnych zespołów electro-popowych, mimo iż  są w wieku rodziców większości ich członków.

Trzymając się metafory bokserskiej, utwór numer jeden, czyli „I’ll stay with you” z nóg nie zwala ani trochę. Mimo intrygującego intra klawiszowego wszystko zostaje zrujnowane przez drażniącą mnie manierę słodzenia w głosie Sumnera. Zazwyczaj jest w stanie nad nią zapanować, jednak w tym utworze przebija się ona na pierwszy plan niszcząc przyzwoity akompaniament. Czego nie zrobił utwór numer jeden, to robi utwór numer dwa. „Sugarcane” udowadnia, że panowie nie zapomnieli jeszcze jak się nagrywa żywiołowe i energetyczne przeboje w stylu „Bizarre Love Triangle”. Mój ulubiony moment to nagłe wejście perkusji po spokojnym intro w 0:22. Potem jest to bardzo przyjemna dla ucha i słodka brzmieniowo trzcina cukrowa. Po tym szybkim utworze następuje uspokojenie za sprawą utworu „Recoil”. Bardzo dobra kompozycja z wykorzystaniem tamburynu i nieco bardziej nostalgicznym wokalem przywodzi na myśl opustoszały parkiet po bardzo intensywnym dansingu. Niemniej jest dwa razy za długa i łatwo może się znudzić. Po niej nadchodzi „Californian Grass”. Dla mnie jest to utwór z niewykorzystanym potencjałem. Bardzo mi się podobają akcenty smyczkowe, ale całość warstwy muzycznej brzmi nieco zbyt tandetnie. Na szczęście te niedociągnięcia wynagradza nam singlowy „Hellbent”. To drugi mocniejszy cios wyprowadzony przez legendarny zespół. Jego nieco swingujące brzmienie i fenomenalne refreny sprawiają, że człowiekowi robi się lżej na duszy, troski odkładane są na bok a nogi ruszają do tańca.

Ten efekt New Order poprawia prawym sierpowym, czyli niespokojnie wibrującym „Shake it Up”. Jest to utwór przypominający nieco brzmieniem zawartość albumu „Brotherhood”. Gdyby nie te nieco drażniące refreny uznałbym go za kompozycję kompletną. Pod numerem 7 kryje się najbardziej zmienna i zaskakująca piosenka na płycie, czyli „I’ve Got A Feeling”. Najbardziej podoba mi się w niej końcowy fragment. Podobnie jest z zamykającym płytę gongiem, czyli „I Told You So”. Jest to chyba najbardziej udana kompozycja na płycie. Z początku miarowe wybijanie rytmu przez perkusję i jednostajne rzężenie gitary w tle wprowadza nas w krótki trans. Potem utwór rozwija się w dynamiczny sposób z bardzo zgrabnie zarysowanym i podkreślonym punktem kulminacyjnym. Dzięki temu New Order nie tylko nie rzuca ręcznika, ale też wygrywa walkę na punkty. Nierówne pierwsze rundy są w tym momencie kwestią drugorzędną. Werdykt brzmi:  „Lost Sirens” to płyta dobra.

New Order zapowiedziało trasę koncertową promującą „Lost Sirens”. Nie mamy jednak co mieć nadziei, żeby w jej czasie zahaczyli o Polskę. Byli u nas w zeszłym roku na Openerze i to był ich najprawdopodobniej pierwszy i ostatni koncert w naszym kraju. Dlatego kto na nim nie był (a wnioskując po mizernej frekwencji wiele jest takich osób), to już w Polsce nie będzie. Chyba że ten śpiew zagubionych syren od New Order zwabi go gdzieś poza granice naszego kraju.

Lewandowski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s