Muzyczne narkotyki od Animal Collective

Mikołaj Ziółkowski wyjątkowo nas w tym roku rozpieszcza. Znamy już ośmioro wykonawców 12. edycji Openera, a jest dopiero styczeń. Do ogłoszonych w grudniu headlinerów Blur, Queens of The Stone Age, Kings of Leon i Arctic Monkeys dołączyli niedawno kolejni czterej wykonawcy. Wiemy, że w Gdynii wystąpią również Animal Collective, Disclosure, Maria Peszek i Tame Impala. Moje serce najbardziej cieszą pierwszy i ostatni zespół z tej czwórki. Nie da się jednak ukryć, że nieco bardziej ten pierwszy.

Animal Collective tworzą Avey Tare, Panda Bear, Geologist i Deakin (Pod tymi przydomkami kryją się odpowiednio David Portner, Noah Lennox, Brian Weitz i Josh Dibb). Panowie poznali się w wieku szkolnym i już od lat nastolęcych grali razem. Robili to będąc pod dużym wpływem muzyki Pavement, The Cure, Krzysztofa Pendereckiego, György Ligetiego, horrorów i LSD. Początki przypadają na połowę lat 90. a pierwszym namacalnym dowodem ich istnienia był album „Spirit They’ve Gone, Spirit They’ve Vanished” wydany w 2000 roku. Znajdujemy tam wszystkie fascynacje i wpływy wymienione przeze mnie powyżej. Najwięcej dwóch ostatnich. Jak powszechnie wiadomo zmieszanie jednego z drugim może prowadzić do bardzo niepożądanych efektów. I ta płyta brzmi jak solidny bad trip. Zaczyna się od wwiercającego się w głowę wysokiego pisku jaki wydają urządzenia do uspokajania psów, a potem nie jest lepiej. Utwory co chwila się rwą; rytm się załamuje; ktoś coś wrzeszczy, ktoś coś pomrukuje, nagle ni z tego ni z owego perkusista tak przypierdala w swój instrument, że podskakujemy, a potem kulimy się ze strachu, rwetes, zgiełk i muzyczna Puszka Pandory. Uszy więdną, a głowa boli. Wrażenia porównywalne do bycia szorowanym pumeksem po mózgu. Jakby ktoś kiedyś szukał soundtracku do koszmaru sennego to polecam. Brzmi strasznie? Szczęśliwie dla naszej głowy, pojawiają się na tym krążku chwile wytchnienia. Słychać jakąś melodię, jest spokój. Co prawda za chwilę o nim zapominamy bo zostaje on brutalnie przerwany nagłym atakiem kakofonii. Jednak dzięki tym chwilom wytchnienia, ten album daje się jeszcze słuchać. Jeszcze, bo rok później Animal Collective wydali swoją drugą płytę.
Desktop

Podejrzewam, że przy powstawaniu „Danse Manatee” jeszcze większy udział miały horrory, a LSD stało się po prostu kolejnym członkiem zespołu, grającym na głowach muzyków. Ten album brzmi równie dobrze i przyjemnie co poprzedni, tylko odsłuchiwany z porytego przez młodszą siostrę nożyczkami krążka. Trzeba z nią uważać, bo w mózgu też może zostawić rysy. Głębokości Wielkiego Kanionu Kolorado. Myślę, że CIA stosowała jej do torturowania więźniów przetrzymywanych w Guantanamo, Klewkach i innych tajnych bazach. A już na pewno nie należy próbować łączyć jej z jakąkolwiek substancją psychoaktywną, jeśli mieszka się wyżej niż na parterze. Swoją drogą ciekawe o ile wzrosły statystyki samobójstw we wschodnich stanach USA na początku lat ’00. przez koncerty Animal Collective. Muzycy występowali bowiem na nich w zwierzęcych maskach, co w połączeniu z ich muzyką i faktem, że prawdopodobnie 80% publiczności było naćpane jak wieprze, musiało skutkować ofiarami w ludziach. Oto dowód:

Na następne wydawnictwo zespołu nie trzeba było długo czekać. W 2003 roku ukazały się dwa wydawnictwa muzyków z Baltimore. Obydwa szokujące. Pierwszym z nich był album noszący nazwę „Campfire Songs” i jego zawartość wiernie odzwierciedlała tytuł. Piosenki rzeczywiście zostały nagrane przy ognisku na rozstawione dookoła muzyków magnetofony. Jedyne używane instrumenty to gitary akustyczne. W tle słychać szum poruszanych wiatrem drzew. Ktoś mógłby oburzony zechcieć oddać ten krążek do sklepu argumentując, że to nie jest muzyka Animal Collective, bo jest za mało poryta. Jak to później tłumaczył Panda Bear: „Mieliśmy plan nagrać coś naprawdę ciepło i zachęcająco brzmiącego (…). Chcieliśmy zabrzmieć jak ognisko i myślę, że to sprawiło, że pomyśleliśmy o piosenkach do ogniska, które można zaśpiewać razem z większą grupą osób i poczuć się jej częścią; dobrze i bezpiecznie.” No cóż. Brzmi to trochę jak chęć przytulenia kogoś po tym jak się go już rozstrzelało.

Desktop1

Wszystkich którzy byli zaniepokojeni o brzmienie Animal Collective z pewnością uspokoiła druga z ich płyt wydanych w 2003 roku, czyli „Here Comes the Indian”. Wraz z nią zespół wrócił do rozstrzeliwania psychiki swoich fanów. Słychać jednak progres. Nie ma na niej już kakofonii dla kakofonii, jest natomiast zauważalny rozwój i początki pewnej dojrzałości. Nie zrozumcie mnie tylko źle. Nadal dostaniemy w najmniej spodziewanym momencie po głowie, a zespół będzie chciał muzycznym tumultem chwilami wygryźć, czy nawet wyszarpać nam dziurę w zwojach mózgowych odpowiedzialnych za uczucia i emocje. Zwierzęta to zwierzęta, ale tutaj są nieco bardziej melodyjne. O ile uzasadnione w ogóle jest użycie tego słowa do tego etapu ich twórczości. Porównajcie poniższy link z „Penguin Penguin” powyżej, to może zrozumiecie o co mi chodzi.

Przełomowy dla zespołu okazał się być A.D. 2004. Kiedy Grecja zostawała Mistrzem Europy w piłce nożnej, to Animal Collective podpisał kontrakt z wytwórnią Fat Cat Records. Jej nakładem ukazał się piąty studyjny album kwartetu zatytułowany „Sung Tongs”. Zdecydowanie najbardziej przystępny ze wszystkich dotychczasowych dokonań grupy. Za jego sprawą Animal Collective został wreszcie dostrzeżony przez krytykę i zrobiło się o nim głośno. Chwalono przede wszystkim harmonię i udane eksperymenty z egzotycznymi brzmieniami. Zespół miał już w nich wprawę, więc nie dziwota, że dobrze mu one wyszły. Znów w ruch poszły gitary akustyczne, a utwory cechował duży spokój i relaksacyjny nastrój, z kilkoma chwilami frenetycznej zabawy. Płyta otworzyła zespołowi drzwi na rynek amerykański i, po raz pierwszy, na europejski.

Desktop2

 Zespół jak zwykle nie próżnował i już w 2005 roku wydał swoją szóstą studyjną płytę. Krążek zatytułowany „Feels” był kontynuacją tego co usłyszeliśmy na „Sung Tongs”. Wciąż do czynienia mieliśmy więc z pogodnymi kompozycjami, tym razem napisanymi na klawisze. Ich muzyczne LSD zaczynało zamiast o bad tripy, przyprawiać o naprawdę przyjemne dryfowanie po oceanie welwetu. Zespół  ruszył w trasę promować swoje narkotyki dźwiękowe, odwiedzając Europę, Australię i Nową Zelandię i wiele innych zakątków świata. Wszędzie, gdzie trafiły, płyta i koncerty Baltimorczyków zostały entuzjastycznie przyjęte. Zespół znalazł się w bardzo dobrej pozycji wyjściowej do dalszego dostarczania fanom odrobiny psychodelii.

Tej już prawie w ogóle nie było na najłatwiejszym i najsłodszym albumie Animal Collective, czyli „Strawberry Jam”. Niektóre piosenki brzmią niemalże popowo, a całość utrzymana jest w pogodnym i słonecznym nastroju. Czujemy się nieomal tak, jak byśmy słuchali The Beach Boys. Odrobina niepokoju jaźniowego co prawda została, ale ten album jest tak przyjemny jak kanapka z dżemem. Truskawkowym oczywiście. Głównym atutem Animal Collective stał się zwierzęcy instynkt w trafności łączenia ze sobą różnych, pozornie nie dających się pogodzić dźwięków i brzmień. Krytykom bardzo to przypadło do gustu, a  niektórzy z nich, nieco się zagalopowawszy, już w 2007 roku pokusili się o stwierdzenie „Album Dekady„.

Desktop3

Pośpieszyli się owi niektórzy. W 2009 roku ukazała się bowiem najlepsza w dotychczasowym dorobku zespołu płyta zatytułowana „Merriweather Post Pavilion”. Okrzyknięta mianem „OK Computer XXI wieku„. Album kompletny, będący wspaniałą podróżą w kosmos. Zaczynający się od epickiego i rozkwitającego „In the Flowers”, poprzez przebojowe „My Girls”, „Summertime Clothes”, oczyszczające „Daily Routine” i „Bluish”, aż do sennego „No more running” i wyswabadzającego „Brother Sport”. Płyta która sprawia, że świat na chwilę usuwa się na dalszy plan a my możemy sobie pozwolić na dryfowanie po niezmierzonym oceanie spokoju i relaksu. Ponadczasowe dokonanie. Jeśli jeszcze nie słyszeliście tej płyty, to wasz bardzo duży błąd.

Na popełnieniu tego współczesnego arcydzieła działalność Animal Collective się nie zakończyła. W 2010 wydany został eksperymentalny album wizualny, zatytułowany „ODDSAC” i zawierający film stworzony do muzyki zespołu. Doczekał się nawet swojej premiery podczas słynnego festiwalu w Sundance. Najważniejsze dla nas wydarzenia miały miejsce w roku 2012. We wrześniu minionego roku bowiem miała miejsce premiera dziewiątego i, jak na razie, ostatniego albumu długogrającego zespołu- „Centipede Hz”. Panowie chyba wrócili do LSD. Zwłaszcza stwierdzić można to po singlach, czyli „Today’s Supernatural” i „Applesauce” i teledyskach im towarzyszących. Ten pierwszy jest nie do ogarnięcia dla mnie trzeźwego. Drugi sprawia, że czuję się bardzo niewygodnie, ale został wyreżyserowany przez Gaspara Noe, więc jest warty polecenia. Album w całości nie dorównuje geniuszem „Merriweather Post Pavilion”, niemniej jednak jest to obok płyt Tame Impali, Jacka White’a, Django Django i The Maccabees jeden z najciekawszych krążków ubiegłego roku. Fakt, że przyjeżdżają do naszego kraju świeżo po jego wydaniu traktować trzeba jak bardzo dobrą wiadomość. Należy się przygotować, że w namiocie będzie kompletnie odrealniona atmosfera a publiczność dostanie prawdziwie psychodeliczną bombę do strawienia. Każdego kto nie chce iść na Kings of Leon serdecznie zapraszam i zachęcam do tego, by posłuchali ich eksperymentów i pozwolili zabrać się w inne rejony świadomości. Tylko pamiętajcie. Żadnych narkotyków.

Lewandowski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s