Słyszyrok #3 (2012): Singiel i Teledysk Roku 2012

SINGIEL ROKU

Wracamy do podziału na dokonania rodzimych i zagranicznych twórców wraz z dwoma kolejnymi, bardzo ważnymi, kategoriami. Wybór piosenki roku z racji w zasadzie nieograniczonych kandydatów wydawał się nam niemożliwy, zatem postanowiliśmy nieco zawęzić nasze pole do manewru i wybrać najlepszego oficjalnego singla z 2012 roku promującego wydany już album, dopiero zapowiedziany krążek lub będącego po prostu pojedynczo wydanym przez zespół utworem. Jakie piosenki szczególnie chodziły nam po głowie przez ubiegły rok?

ŚWIAT

Róg:

Kiedy po raz pierwszy usłyszałem tę piosenkę, miałem już pewne podejrzenia, że nie będzie możliwe pominięcie jej w rocznym podsumowaniu. Wprawdzie do ostatnich chwil Inhaler, czyli pierwszy oficjalny singiel promujący zbliżającą się do nas wielkimi krokami płytę Foals, toczył zacięty bój o zwycięstwo w tej kategorii z Doom and Gloom Stonesów, to jednak ostatecznie legendarni Brytyjczycy ustąpili znacznie młodszym od siebie kolegom po fachu. Foals nagrali jeden z lepszych utworów w swojej muzycznej karierze i nie mam wątpliwości, że w podobnych superlatywach będę miał za rok okazję opisywać ich nadchodzący album Holy Fire. Inhaler doskonale obrazuje jak w dobrej piosence swoją obecność zaznaczają wszystkie cztery żywioły. Począwszy od niepokojącego kołysania na burzących się falach, przez wybuch i nieposkromiony ogień podczas refrenu, aż po totalny odlot i końcowe zderzenie z ziemią, bo już się skończyło, utwór ten pozwala nam przeżyć naprawdę niesamowite muzyczne doświadczenie. Istna petarda. Dużo bezpieczniejsza niż ta sylwestrowa. Polecam.

Lewandowski:

Dużo tego było. Pojedynczych singli które w tym roku namieszały mi trochę w głowie zebrało się co niemiara. „Under the Westway” Blur, „Inhaler” Foalsów, „Man of simple pleasures” Kasabian, stonesowe „Doom and Gloom” „Elephant” Tame Impali, „The Sun” WhoMadeWho, „Best of Friends” Palma Violets czy „Husbands” Savages to tytuły które wyjątkowo często wpisywane były przeze mnie w wyszukiwarkę YouTuba, ale jest tylko jeden singiel którego słucham codziennie z bardzo dużą częstotliwością i w ogóle nie mam go dość. Jest to wydane w lutym arcydzieło Arctic Monkeys czyli „RU Mine?”. Dla mnie jest to utwór kompletny. Piosenka z gatunku tych, co udają się artystom tylko raz w życiu. Już po pierwszym odsłuchaniu byłem zachwycony. Po mało dla mnie porywającym albumie „Suck it and See” Arktyczne Małpy udowodniły mi, że nadal potrafią nagrać utwór zadziorny, zrywny, melodyjny, od razu wpadający w ucho i zostający tam na bardzo długo. Pierwsze dźwięki perkusji i towarzyszący nam przez resztę piosenki riff kapitalnie są uzupełniane przez wokal będącego w szczytowej formie Alexa Turnera. Najlepszy moment nadchodzi w 2:40. Króciutka solówka i śpiewany a capella tekst fantastycznie wyszły chłopakom (może nawet już panom) z Sheffield. Tym bardziej nie mogę się doczekać ich lipcowego koncertu na Openerze (pisaliśmy więcej o nich tutaj). Niniejszym oświadczam, że „RU Mine?” stało się moim ulubionym obok „From the Ritz to the Rubble” i „A Certain Romance” utworem Arctic Monkeys. Jest to utwór genialny i każdego kto twierdzi inaczej możecie strzelić w pysk i powiedzieć, że to ode mnie. Oto dowód na to, że mam rację:

Maciejeski:

Choć gust mam niesforny, przyznać muszę, że dużo było w tym roku dobrej, w zasadzie podświadomie samoprzylepnej, muzyki. Nawet gdy muzyczne wydarzenia A.D. 2012 zamkniemy w dość wąskiej kategorii singli, słychać to gołym uchem. Inhaler (brytyjskich Źrębiąt), Doom and Gloom (wiadomo – Stonesów), R U Mine? czy You and I (kolejno: Arctic Monkeys i Arctic Monkeys ft. Richard Hawley), Blue Velvet (oczywiście zespołu Childhood, nie Bobby’ego Vintona), Elephant i Feels Like We Only Go Backwards (Tame Impala) – wszystkie te utwory bardzo umilały mi kończący się właśnie rok. Będąc ze sobą w pełni szczerym, znów jednak muszę wrócić do tegorocznych debiutantów z Lambeth, do mojego największego odkrycia roku 2012, czyli do Palma Violets. Po pierwsze, ich singiel – Best of Friends dał mi  w tym roku zdecydowanie najwięcej frajdy i, choć tego nie liczyłem, jestem pewien, że właśnie do odsłuchiwania tego kawałka wracałem najczęściej. To jeden z tych kawałków, których słucha się, gdy wszystko się wali i od razu jest trochę lepiej, a kiedy słucha się ich, gdy i tak jest całkiem nieźle – robi się wręcz cudownie. Po drugie, właśnie takiej energii szukałem i szukam w muzyce, i choć wciąż głęboko wierzę w reaktywację Libertinesów to jeśli, tfu tfu, to się jednak nie stanie, Palma Violets wydają się ich godnie zastępować. Zdrowie chłopaków z Palma Violets, którzy przywrócili mi wiarę w to, że powstają jeszcze zespoły, które oprócz tego, że grają fajną muzykę, same są fajne.

POLSKA

Róg:

Paradoksalnie nie miałem w tej kategorii problemu z wyborem. Piszę paradoksalnie ze względu na ten ogrom świetnej muzyki jaką obdarowali nas polscy artyści w tym roku, począwszy od wciągającej płyty Neo Retros, aż po genialny debiutancki krążek Kamp! Mój wybór padł jednak na piosenkę z albumu, który ukaże się dopiero w 2013 roku, a ponadto kawałek ten nie jest autorską kompozycją polskiego zespołu. U.F.O. to oryginalnie utwór Jima Sullivana, jednak w tym roku tę pierwotną, nieco folkowo brzmiącą wersję kawałka, na swój warsztat wziął łódzki zespół L.Stadt. Radosna, gitarowa odsłona U.F.O. dzięki wprowadzeniu w wokal lekkiego pogłosu oraz klawiszowych wstawek, stała się nieco bardziej mroczna i tajemnicza. Zespołowi trzeba przyznać, że odwzorowanie utworu względem pierwowzoru jest zarazem wiarygodne, jak i nowoczesne, odświeżone. U.F.O. to dla mnie bez wątpienia najlepszy polski singiel kończącego się właśnie roku. Jak na U.F.O. przystało, spadł na mnie znienacka, porwał mnie i sprawił, że odleciałem. Wielkie brawa dla L.Stadt. Z niecierpliwością czekam na album You Gotta Move, którego U.F.O. było pierwszą zapowiedzią.

Lewandowski: 

To jest kategoria z którą miałem zdecydowanie największy problem. Mimo, iż nie brak było kapitalnych wydawnictw naszych rodzimych twórców takich, jak „Wilk” Kim Nowak, „Kamp!” Kamp!, „UL/KR” UL/KR czy wiele innych, to jednego polskiego hitu który przykleiłby się do mojej tkanki nabłonkowej w narządach słuchu tak jak zrobiło to „RU Mine?” zabrakło. Poza „UFO” L.Stadtu mało było potencjalnych kandydatów „Krew” Kim Nowak jest kapitalnym utworem, ale denerwuje mnie ten efekt echa nałożony na głos Fisza, a płyty Kamp! i UL/KR nie są płytami „piosenkowymi”. Na szczęście uratowała mnie Brodka, chociaż Kamp! również odegrał niebagatelną rolę. Chodzi mi o piosenkę „Dancing shoes” która znalazła się na jej EP-ce „LAX”. Dużo bardziej niż wersja saute przypadł mi jednak do gustu remix chłopaków z Kamp! Pierwszy raz usłyszałem ją w czasie gdy mocno odczuwałem jeszcze skutki poprzedniej nocy i momentalnie dzięki niej ożyłem. Po wyleczeniu mojego kaca Brodka w edycji Kamp! zaczęła zdobywać moje serce i udało jej się tego skutecznie dokonać. Fantastyczny powtarzający się motyw grany na klawiszach i piękny wokal Brodki świetnie się uzupełniają. Utwór rozwija się na tyle prężnie, że gdzieś w jego połowie do tańca ruszy nawet największy maruder. Tego można się zresztą było spodziewać po współpracy dwójki najbardziej „światowych” polskich twórców. I taki jest też ten utwór. Myślę, że nie powstydziłyby się go gwiazdy pokroju Lykke Li czy Janelle Monae. Kończę już jednak ten wątek, żeby się ponownie nie wystawiać na szyderstwa ze strony mojego Kolegi Redaktora który stwierdził kiedyś, że ja po prostu jestem w Monice zakochany. To się mija z prawdą, ale całkowicie zgadza się w odniesieniu do jej twórczości A.D. 2012. Nagrana w Los Angeles „LAX” zawiera jeszcze utwór „Varsovie” który również jest fantastyczny i mógłby zdobyć to prestiżowe wyróżnienie. Wszystko zostaje jednak w rodzinie bo tytuł Najlepszego Polskiego Singla Roku 2012 według własnego słyszymisię Lewandowskiego i tak dostaje Brodka. Owacje na stojąco.

Maciejeski:

Większych rewelacji nie było. Przynajmniej dla mnie. Niektórzy zakładali brodkowo-kampowe Dancing Shoes, innych porwało elsztadowe U.F.O, jeszcze inni zakochali się w polskiej piosence z francuskim tytułem śpiewanej po angielsku, czyli w Varsovie Brodki. Na trójkowej liście od jakiegoś czasu króluje również, w zasadzie całkiem przyjemna, ballada T.Love – Lucy Phere z albumu Old is Gold. Dla wielbicieli gitarowych brzmień było parę fajnych niespodzianek – debiut warszawskiego Magnificent Muttley, debiutancki album wrocławskiego Dead Snow Monster (I Wanted to See a Monster) czy całkiem niezły krążek MuchChcecicospowiedziec. O miano rewelacji roku 2012 w moim odczuciu najbardziej otarł się jednak drugi album warszawskiego Kim Nowak, czyli Wilk, i to właśnie singiel promujący ten album uważam za singiel roku 2012. Nie jest nim pierwszy zapowiadający album singiel, czyli Krew, bo podobnie jak Lewandowskiego, od początku irytowało mnie wspominane już wyżej echo (zresztą pisałem już o tym przy okazji recenzji całego albumu). Do gustu bardziej przypadła mi, chyba najbardziej popowa z całego albumu kompozycja, czyli Mokry Pies, który obecnie znajduje się na 7. miejscu Trójkowej Listy Przebojów. Prosty, przyjemnie przefiltrowany riff, idealny do tempa i do melodii utwory rytm, spokojny głos Fisza i interesujący, niebanalny tekst, to wszystko sprawiło, że to mój faworyt. Choć na Wilku są utwory o wiele lepsze od Mokrego Psa, to i tak w porównaniu z innymi polskimi tegorocznymi singlami wypada zdecydowanie najciekawiej.

TELEDYSK ROKU

Od dawna artyści dużą wagę przywiązują do tego, żeby ich utwory okraszone były przyjemnym dla oka klipem. Bo to wiadomo. Przyjemnie jest posłuchać dobrej muzyki, ale jeszcze przyjemniej jest obejrzeć przy tym dobry teledysk. Dlatego nasza redakcja postanowiła wybrać Najlepszy Teledysk Roku tym razem wyjątkowo według własnego widzimisię.

ŚWIAT

Róg:

Zespół Red Hot Chili Peppers zabłysnął kreatywnością, jeśli chodzi o muzykę nie raz, nie dwa. Zawsze gorzej było z teledyskami. Fajne klipy zespołu potrafiłem zliczyć na palcach jednej dłoni. Myślę, że dwa, góra trzy palce w zupełności wystarczyłyby. Tym większe było moje zaskoczenie, gdy na początku roku obejrzałem teledysk do trzeciego singla z ich ostatniego, wydanego w ubiegłym roku albumu. Look Around to kawałek bardzo zacny i zasłużenie doczekał się równie zacnego video. Adekwatnego do tytułu zresztą. Akcja teledysku rozgrywa się w czterech pokojach – w każdym z nich po jednym z członków zespołu, zachowujący się stosownie do swojego usposobienia oraz do swojej roli w zespole. W czym zatem leży fenomen klipu? Ano pokoje rozmieszczone są na okręgu, a to co w nich się dzieje, pokazuje umiejscowiona w ich centrum kamera, obracająca się o 360 stopni. Podobno nie ma w tym żadnego haczyka i teledysk był dokładnie w taki sposób nakręcony. Efekt końcowy jest godny obejrzenia. Zobaczcie sami:

Lewandowski:

To mógł być tylko jeden zwycięzca. Bo co innego, jak nie teledysk który obejrzano ponad miliard razy mogłoby wygrać? Czego jeszcze musiałby klip dokonać, żeby zostać uznanym za najlepszy? Ten teledysk na zawsze zmienił nasze postrzeganie tego czym klip muzyczny powinien być. To taki „Thriller” roku 2012. Mowa oczywiście o koreańskim artyście PSY i jego teledyskiem do tegorocznego hitu, czyli „Gangnam Style”. Skala sukcesu tego utworu nie śniła się pewnie temu pociesznemu grubaskowi ze skośnymi oczami nigdy w życiu. Nikt poza Koreańczykami nie rozumie co on śpiewa i o co chodzi, ale na całym świecie ludzie podrygują w rytm utworu wykonując tak zwany „taniec konia”. Robił to nawet sam Barack Obama i z pewnością wystarczy poczekać, a już niedługo ujrzymy Elżbietę II i Benedykta XVI tańczącego w rytm tego koreańskiego hitu. Treść teledysku nie jest podobno przypadkowa, mimo tego jak bardzo jest ona dziwna. Gangnam to najdroższa i najbogatsza dzielnica Seulu. Klip miał w żartobliwy sposób wykpiwać wszystkich Koreańczyków, którzy wyżej srają niż dupę mają. Aspiracje i wartości klasy średniej w Korei Południowej zostały przez PSY brutalnie obnażone i perfidnie wyśmiane. Grubas siedzi opalając się w słońcu, ale zamiast na plaży robi to na placu zabaw. Wychodzi z dwiema pięknymi kobietami u boku z przejścia podziemnego, zamiast kroczyć po czerwonym dywanie. Zamiast konfetti lecą na niego śmieci. Jeździ na koniu, tylko konia brak. Trzeba przyznać, że to całkiem prosta recepta na światowy sukces. Pytanie jest jedno. Co wymyślą Koreańczycy z północy, żeby raz jeszcze prześcignąć Koreańczyków z południa. North Korea Party Rock Anthem to może być za mało.

Maciejeski:

Po pierwsze, żeby spodobał mi się klip, najpierw spodobać musi mi się sam kawałek. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której niesamowitymi walorami artystycznymi pozytywnie zaskakuje mnie klip promujący utwór na przykład Biebera, Lady Zgagi czy jakiejś Nick Minaj. Poza tym, oczywiście cudownie staje się, gdy klip jest fajny, ale zbyt wielkiego znaczenia to nie ma, bo jeśli sama muzyka jest fe to niestety już nic jej nie pomoże. Całkiem niezłe wrażenie zrobił na mnie klip do utworu Sixteen Saltines, z solowego albumu Jacka White’a, czyli z Blunderbussa. Zrobiony, z odległym o lata świetlne od polskiego rynku muzycznego, rozmachem, przedstawia jakiś amerykański wypizdów, w takim troszkę post-apokaliptycznym klimacie, z tym, że za cały ten chaos odpowiadają dzieci i nastolatkowie. Gównażeria pije, pali, wlewa alkohol do ekspresu do kawy, tańczy, podpala samochody, robi sobie jajca z grawitacji, ogólnie bawi się w najlepsze, a biedny Jack White związany w samochodzie nic na to poradzić nie może. Dziki teledysk, z mnóstwem ciekawych smaczków i abstrakcyjnych pomysłów i choć tak naprawdę mało kto wie „co autor miał na myśli” to chyba mało kogo to obchodzi.

POLSKA

Róg:

Spośród polskich ukazanych w tym roku teledysków, najbardziej zapadł mi w pamięć klip do kawałka We’re Glad That You Came zespołu Neo Retros. To nagranie z wydanej w ostatnich miesiącach drugiej studyjnej płyty polskiej rewelacji sceny alternatywnej doczekało się bardzo przyjemnego video. Scena odgrywa się w telewizyjnym studio, a cała akcja to teleturniej Truth or Death, podczas którego uczestnik odpowiada na kolejne zadawane przez prowadzącą wstydliwe podania. Sam klip zrobiony w czarno-białych barwach raczej nie miał mieć podtekstu humorystycznego nie tylko ze względu na ponure barwy, ale również na trzymającą w napięciu fabułę. Mimo to, co jest zasługą utworu do jakiego został on stworzony, oglądanie go wprawia w bardzo pozytywny nastrój. To bardzo dobry teledysk do bardzo dobrej piosenki z rewelacyjnego albumu Neo Retros. Polecam wszystkie wyżej wymienione.

Lewandowski:

W tej kategorii miałem podobny problem jak z polskim singlem. Jakoś tak się złożyło, że mimo obfitości dobrych polskich utworów mniej jest dobrych teledysków. Nie było również żadnego hitu pokroju Projektu Warszawiak więc wybór naprawdę nie jest prosty. Mimo tych kłód rzucanych mi pod nogi przez los udało mi się jednak dotrzeć do klipu towarzyszącego utworowi „Melodia Ulotna” nagranemu przez tegoroczną debiutantkę Melę Koteluk. Jest to teledysk dobry z dwóch powodów. Po pierwsze jest na nim Mela i już to stanowi ucztę dla naszych receptorów wzroku. Po drugie ma wciągającą fabułę. Oto widzimy idącą przez las grupę ludzi. Każdy z nich ma jakieś obrażenia fizyczne. Ktoś jest w kołnierzu ortopedycznym, ktoś inny ma rękę w gipsie. Na swojej ścieżce trafiają na opuszczoną willę i stojącego przed nią mężczyznę o kulach. Wpatruje się on w stojącą na schodach szafę gdańską. Ostrożnie zdejmuje płachtę ją okrywającą i z respektem staje przy grupie dotychczasowych protagonistów. Jedna z kobiet decyduje się wejść do szafy. Już myślimy, że śladami Piotra, Zuzanny, Edmunda i Łucji przeniesie się do Narnii na spotkanie z gigantycznym mówiącym lwem, gdy nagle… No właśnie. Zobaczcie sami co nagle.

Maciejeski:

W tej kategorii nie miałem zielonego pojęcia o czym napisać. Żadne kandydatury nie biły się w mojej głowie, nie miałem z czego wybierać, bo tak naprawdę żaden polski klip w tym roku bardziej nie zapadł mi w pamięć. Uznałem więc, że przy tej okazji z wielką chęcią i estymą docenię Braci Figo Fagot, bo choć klip do wyborowej, choć gorzkiej w warstwie tekstowej, kompozycji Zobacz dziwko co narobiłaś, na pewno ambitny nie jest, a czasami bywa nawet okrutnie nieprzyjemny i obrzydliwy, to figofagotom trzeba oddać co figofagotowe – są obecnie najśmieszniejszym polskim zespołem . Klip, nakręcony na bogatości, w jednym z warszawskich barów, z gościnnym udziałem Sztefana Wonsa (czyli Czesława Mozila) zdecydowanie to potwierdza i jest godnym następcą Bożenki – niekwestionowanego przeboju lata 2012 . Sprawdźcie:

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s