Słyszyrok #2 (2012): Koncert i Moment Roku 2012

KONCERT ROKU

W tej kategorii nagrodzimy najlepsze koncerty na jakich byliśmy w roku 2012. Nie robiliśmy tutaj podziału na koncerty polskich i zagranicznych wykonawców, gdyż naszym zdaniem mijałoby się to z celem.

Róg:

Na wstępie muszę zaznaczyć, że pod względem koncertów, rok który od wczoraj podsumowujemy był najlepszym odkąd na koncertach bywam. To będzie dla mnie czysta przyjemność wspominać wydarzenia, które jeszcze jakiś czas temu były głęboko utrwalone w sferze moich marzeń, a dzięki naszym agencjom imprezowym, które spisały się w tym roku na szóstkę z plusem, dane mi było osobiście je przeżyć. Mniej przyjemny będzie wybór tego jednego koncertu, którego muszę dokonać. Mógłby to być muzycznie świetny koncert-marzenie zespołu który wykreował mój muzyczny gust czyli Red Hotów lub szalony, równie doskonały dla uszu live zespołu Kasabian. Mogłyby to być koncerty New Order, M83, The Ting Tings, Maccabees, Turboweekend, The Vaccines, Bloc Party czy Franz Ferdinand. Każdy z nich opuszczałem z myślą: wow, to jeden z najlepszych koncertów na jakich w życiu byłem. Konieczność wyciągnięcia najładniejszej nitki z tego koncertowego kłębka 2012 roku stawia mnie zatem w nieco karkołomnej sytuacji. Wziąwszy zatem pod uwagę każdy możliwy aspekt związany występem zespołu na żywo, postanowiłem uznać łódzki koncert Muse w  Atlas Arenie za najlepszy tegoroczny show jaki widziałem. To był koncert perfekcyjny. W kwestii muzyki nie mam absolutnie nic do zarzucenia, bowiem repertuar był dobrany idealnie. O ile zazwyczaj nie zwracam większej uwagi na efekty wizualne podczas koncertów, to tym razem byłem bardzo pozytywnie zaskoczony. Jednak co najważniejsze – wyśmienicie się bawiłem niemal pod samą sceną i to wbrew pozorom nie w towarzystwie piszczących na widok Matta i reszty nastolatek. Na temat samego przebiegu koncertu rozpisywał się nie będę, bo zrobiłem to już tutaj. Wspominając koncerty wymienionych wcześniej artystów, zawsze pojawiał się jakiś ewenement, który sprawiał, że dany występ musiał uznać wyższość Muse. A to za krótko, a to za gorąco, a to za dużo ludzi, a to za daleko od sceny… Choćbym jednak był nie wiem jak upierdliwy, do koncertu Muse nie potrafię się przyczepić.

Lewandowski:

Rok 2012 obrodził w doskonałe widowiska muzyczne których mogłem być świadkiem. Brygada Kryzys w Trójce, Kamp!, Kim Nowak, Ścianka, New Order, The Ting Tings, The Maccabees, WhoMadeWho to wszystko były koncerty fenomenalne. Najlepszy spośród nich w 2012 roku miał miejsce 6 lipca na gdyńskim lotnisku Babie Doły. O 22 na głównej scenie pojawiła się szkocka kapela Franz Ferdinand. I swoim występem totalnie zmiotła konkurencję. Była to potężna dawka energii i dobrej muzyki. Panowie nie oszczędzali się na scenie, podobnie jak publiczność pod nią. Alex Kapranos ze swoim hitlerowskim wąsem szalał po scenie, co widziałem niestety tylko przez pół koncertu, bo potem straciłem okulary które spadły mi z nosa w ciżbę skaczących entuzjastów gitarowego grania. A było to gitarowe granie najwyższej próby. Muzycy odpalali jedną koncertową petardę po drugiej. Nie zabrakło świetnie wykonanych starych hitów zespołów jak i nowych kompozycji, które wejdą w skład kolejnego albumu grupy z Glasgow. Znakomita zabawa trwała całe półtorej godziny, ale najlepsza była przy „The Fallen”, „Do you want to”, „Walk Away”, „Bite Hard”, „Outsiders” „No you girls”. Szczególnie wyróżnić muszę dwa utwory. Pierwszy z nich to „Take me Out”, które nawet w wersji studyjnej podrywa do skakania, a w wykonaniu na żywo niemalże zmiotło mnie z powierzchni ziemi. Głupi byli jednak ci, którzy po tej piosence zabrali dupę w troki i poszli na M83. Najbardziej zespół dorzucił bowiem do pieca grając „This Fire”. W czasie wykonywania tego utworu Nick McCarthy i Kapranos weszli na wzmacniacze, a potem cały zespół zakończył koncert grając wspólnie na perkusji. Mimo, iż byłem pozbawiony okularów i nie dostrzegałem wszystkiego z bystrością sokoła, to obraz ten głęboko wrył mi się w pamięć. Koncert był tak szalony i tak genialny, że pokonując te kilometry między sceną główną a namiotową na terenie Openera non stop śpiewałem „This fire is out of control, I’m gonna burn this city”. Czułem jednocześnie, że Kapranos tak bardzo zdobył serca publiczności, że gdyby o to poprosił, to z Gdyni rzeczywiście zostałyby tylko popioły.

Maciejeski:

Podobnie jak kolega wyżej. Franz Ferdinand na Open’erze to w moim odczuciu zdecydowanie najlepszy koncert tego roku. Choć, szczerze mówiąc, jakimś wielkim fanem Franz Ferdinand nigdy nie byłem, to przyznaję, że koncert zupełnie powalił mnie na łopatki. Kapitalnie dawkowana energia, brak lżejszych momentów, pełen profesjonalizm muzyków sprawiały, że cała publika z minuty na minutę w szampańskich humorach coraz bardziej oddalała się od błotnistej powierzchni ziemi, a This Fire rzeczywiście dał tak mocnego, finałowego kopniaka, że osobiście, do swojego ciała wróciłem dopiero następnego dnia rano.

MOMENT ROKU

Bez zbędnych kryteriów – poza koncertem roku wybraliśmy też najlepszy muzyczny moment, jaki mieliśmy okazję przeżyć w 2012 roku.

Róg:

Szukając jednego najlepszego momentu 2012 roku, wracałem myślami do tych kilku dni, w których skumulowane były setki doskonałych, godnych uwagi chwil. Jednym z takich dni był trzeci dzień Openera, kiedy to zgromadzonych wówczas tam melomanów w szaleńczą zabawę wprowadzali m.in. Bloc Party, Franz Ferdinand oraz M83. Wszystkie te koncerty to były strzały w dziesiątkę. Ja jednak wczoraj obiecałem,  że powrócę w tym podsumowaniu do M83, tak zatem właśnie czynię. Musiało być wtedy koło północy. Anthony Gonzalez i jego koncertowa ekipa zmierzali już do końca występu. Wybrzmiało ostatecznie, wyczekiwane przez wszystkich zebranych o tej porze przy scenie pod namiotem, Midnight City. Tu się właśnie zaczyna ten moment, którego długości nie potrafię oszacować. Pod koniec piosenki pojawia się charakterystyczna saksofonowa partia, będąca perfekcyjnym zwieńczeniem całej kompozycji (wspominaliśmy o tym tutaj). Okazuje się jednak, że to outro w wersji studyjnej to absolutnie nic w porównaniu do wykonania na żywo. Niesiony podskokami otaczającej mnie publiczności, mimowolnie skakałem do dźwięków Midnight City, mimo że sama muzyka wyzwalała we mnie chęć do znacznie bardziej dzikiej zabawy niż podskakiwanie. Upust temu dać mogłem dopiero, gdy wszyscy fani Midnight City, którzy przyszli pod scenę tylko po to by usłyszeć ten jeden kawałek, wyszli spod namiotu, a ja na ostatnie dwie piosenki podbiegłem pod scenę. Jak przedostatni M83 zagrali Skin of The Night. To w ramach uspokojenia po tym co działo się przed sekundami i w ramach zebrania sił na ostateczne uderzenie. Przez kilka minut kołysaliśmy się do delikatnych brzmień kawałka z płyty Saturdays=Youth, aż w końcu ze sceny wybrzmiał utwór Couleurs. Ta magiczna elektronika nie tylko poderwała mnie do tańca, ale także wzbudziła we mnie stan pewnego uniesienia. To było kilka minut hipnotycznej muzyki, działającej z siłą jakiegoś narkotyku. Nie wiem jak bawili się ludzie wokół mnie, ale to był jeden z tych momentów, kiedy zupełnie nie zwracałem uwagi na to co działo się obok. Być może nieco wykroczyłem tą relacją poza granice momentu, ale muzyka na żywo w wykonaniu M83 tak totalnie mnie oczarowała, że czasoprzestrzeń zaczęła płatać figle. Takich właśnie momentów Wam życzę.

Lewandowski:

Dla mnie, w przeciwieństwie do Kolegi Redaktora Roga, najlepszy Moment Roku 2012 nie miał miejsca w czasie koncertu. Listopad to był najlepszy miesiąc tego roku. Miały miejsce premiery znakomitych płyt Kim Nowak i Kamp!w Warszawie odbyło się mnóstwo dobrych koncertów a dobrze było również w świecie pozamuzycznym. Najlepszy moment tego roku nastąpił 15 dnia tego miesiąca. Dokładnie pośrodku. Późną porą wracałem do domu autobusem z uczelni i słuchałem Programu Alternatywnego w Trójce na słuchawkach. Z drżącym sercem modliłem się, żeby telefon się nie rozładował bo gościem Piotra Stelmacha (wyjątkowo prowadzącego audycję w zastępstwie Agnieszki Szydłowskiej) był Mikołaj Ziółkowski. Oznaczało to oczywiście ogłoszenie pierwszego headlinera przyszłorocznej edycji najlepszego festiwalu muzycznego w naszym kraju. Gdzieś tam w głębi duszy miałem nadzieję, że padnie nazwa tego zespołu na cztery litery, pierwsza to b, ale chyba w to nie wierzyłem. Obawiałem się jakiegoś chujowego Florence and the Machine, albo Kings of Leon (co zresztą potem niestety się zdarzyło). Liczyłem na Arctic Monkeys (co też się potem na szczęście zdarzyło), The Black Keys  albo Jacka White’a. Jak to zawsze bywa w takich chwilach cały czas się zastanawiałem kto? kto? kto? Każde słowo Ziółkowskiego analizowałem z prędkością Raikkonena starając się wyciągnąć wniosek co to może być za zespół. Coś naprawdę bardzo dużego. Super. Nigdy nie byli w Polsce i to chyba jedyny, a z pewnością najlepszy moment żeby nad Wisłą się pojawili. Coś zaczęło się tlić u mnie w sercu. Ziółkowski jak zwykle przeciągał tę chwilę to granic możliwości, opowiadając o tym jaki to ważny zespół i jak to marzenia wielu, wielu fanów się spełnią. Stelmach dzielnie mu zresztą w tym sekundował. Nadszedł jednak moment w którym szef AlterArtu nie miał wyjścia i musiał powiedzieć co to za zespół. Zaczął to swoje olbrzymie rozbudowane zdanie, że na głównej scenie Openera wystąpi w lipcu po raz pierwszy w Polsce zespół BLUR. I puszczono „Song 2”. Buch! Życie nagle stało się przepiękne, ludzie ładni i mili, a świat przyjazny. Reakcja moich współpasażerów na okrzyk zachwytu jaki wydarł się z mojej piersi była dosyć wroga. Musiałem chwilę przeczekać i dać upust swoim emocjom dopiero po opuszczeniu tego Solarisa szczęścia. I tak było. Po raz drugi w życiu popłakałem się ze szczęścia. Łzy tryskały z mych oczu jak woda z islandzkich gejzerów, a ja z uśmiechem opóźnionego w rozwoju dziecka błąkałem się między blokami na moim osiedlu. „Blur Blur Blur Blur w Polsce i ja będę na tym koncercie” terkotało mi  non stop w głowie. Zawsze oglądając DVD z ich koncertu w Hyde Parku w 2009 roku marzyłem o tym, żeby kiedyś zobaczyć biegającego po scenie Damona Albarna, po mistrzowsku grającego na gitarze Grahama Coxona, spokojnego i lekko zblazowanego Alexa Jamesa i napieprzającego w bębny Dave’a Rowntree na żywo ale nie wierzyłem, że to się stanie (Dlaczego tak bardzo mi na tym zależało, możecie dowiedzieć się tutaj) A dzięki panu Ziółkowskiemu od 15 listopada odliczam tylko kolejne dni i godziny do 3 lipca, za co mu z całego serca dziękuję. Zobaczę Blur i mogę umierać.

Maciejeski:

W tym roku spełniło się jedno z moich największych muzycznych marzeń, marzenie, które nosiłem w sobie od 2009 roku. Podobnie, jak w przypadku Lewandowskiego, moment ten nie miał miejsca na koncercie. 13 grudnia nasz narodowy św. Mikołaj Ziółkowski ogłaszał czwartego headlinera festiwalu Open’er. Do ostatniej chwili nie wierzyłem, że okażą się nim Arktyczne Małpy z Sheffield (z tej okazji pisałem o nich tutaj). Czując wielki niedosyt po pseudokoncercie Arctic Monkeys z 2009 roku (na którym organizatorzy zapomnieli niestety o takim szczególe jak prąd), uważałem, że po takiej klapie organizacyjnej trudno będzie namówić Anglików na powrót do Babich Dołów. Na całe szczęście jakimś cudem się udało. 4 lipca 2013 roku znowu zagrają na Open’erze i miejmy nadzieję, że tym razem nie będzie już żadnych problemów z nagłośnieniem, a koncert, oprócz prezentowania materiału z nadchodzącego, piątego w dorobku grupy albumu, obfitował będzie również w najlepsze kompozycje z pozostałych czterech płyt. Chyba każdy fan zespołu, chciałby usłyszeć na żywo arcydzieła takie jak When The Sun Goes Down, Fluorescent Adolescent czy Crying Lightning i móc trochę się przy nich spocić.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s