Słyszyrok #1 (2012): Odkrycie i Żółtodziób Roku 2012

Koniec roku zawsze związany jest z refleksyjną próbą spojrzenia na mijające 365 dni i zastanowienia się nad wieloma rzeczami. Co było dobre, co było złe, co trzeba poprawić, o czym będziemy pamiętać za kilka lat. Dokonywanie takiego bilansu nie jest obce redakcji Słyszymisię i dlatego zaczynając od dzisiaj będziecie mogli na naszej stronie podsumowania roku 2012 z podziałem na jego różne aspekty znaleźć. Po kilku mocnych kłótniach i zawziętych wymianach zdań doszliśmy do wniosku, że (z kilkoma wyjątkami) nie będziemy się silić na wspólne próby wybrania najlepszego zespołu/utworu/albumu w każdej kategorii. Stąd znajdziecie, jak zawsze, subiektywny opis ubiegłego roku od każdego z redaktorów z osobna. Na pierwszy ogień idą kategorie Odkrycie i Żółtodziób. Enjoy!

Redakcja Słyszymisię

ODKRYCIE ROKU

W tej kategorii docenimy wykonawców, którzy na scenie muzycznej istnieją już od jakiegoś czasu, jednak dopiero mijający rok sprawił, że stali się oni dla nas godnymi uwagi artystami. Lub byli takimi zawsze, ale złe moce piekielne sprawiały, że pozostawali poza zasięgiem naszych słyszymisiowych uszu.

ŚWIAT

Róg:

Być może nie będę oryginalny, wręcz to co napiszę zawieje mainstreamem, ale w kwestii tegorocznego muzycznego odkrycia, mój wybór mógł paść tylko na jednego wykonawcę. M83 to sprawca sporego zamieszania w kończącym się właśnie roku, jeśli chodzi o moje muzyczne podsumowanie, bowiem to nie jedyna kategoria w której projekt francuskiego multiinstrumentalisty Anthony`ego Gonzaleza ma zagwarantowane miejsce. Ale o tym innym razem.  Wszystko zaczęło się na początku roku, kiedy to kilka stacji radiowych zaczęło grać utwór „Midnight City”, będący singlem promującym wydany pod koniec 2011 roku album „Hurry Up, We`re Dreaming”. Piosenka ta momentalnie zawładnęła gustem muzycznym nie tylko moim, ale również rzeszy słuchaczy z całego kraju. Jakby powstał film, będący wspomnieniem wydarzeń z 2012 roku, „Midnight City” byłby świetnym do niego soundtrackiem. Dla mnie osobiście jednak objawieniem był nie tyle sam singiel, co cała twórczość M83. „Midnight City był jedynie impulsem do tego, by zagłębić się w pozostałe dokonania zespołu i tak oto niedługo po usłyszeniu go w radiu, na mojej półce pojawiły się dwie ostatnie płyty M83. Mimo że wykonawca ten ma na swoim koncie już sześć albumów i w Polsce od kilku lat cieszy się uznaniem, to do mnie fenomen ten dotarł niedawno i nie mam wątpliwości, że 2012 rok będzie mi się kojarzył z tworzonymi przez niego lekkimi elektronicznymi brzmieniami.

Lewandowski:

Kandydatów było wielu, żaden nie śmiał stawać przy WhoMadeWho. To duńskie trio w skład którego wchodzą Jeppe Kjellberg, Tomas Hoffding i Tomas Barfod zmiotło całą konkurencję na początku grudnia. Ich szalone połączenia elektronicznych beatów, rockowego uderzenia i zjawiskowych wokali sprawiły, że po przesłuchaniu zaledwie kilku piosenek na youtubie natychmiast kupiłem bilet na ich koncert, który okazał się istną petardą (więcej moich wrażeń znajdziecie tutaj). Ich występy na żywo dosyć mocno różnią się od tego co znaleźć możemy na ich wydawnictwach studyjnych. Najlepszym przykładem jest utwór „Satisfaction” z repertuaru Benny Benassiego w ich aranżacji. W wersji studyjnej: całkiem fajny cover. W wersji live z Roskilde w 2011 roku: niemalże ośmiominutowa bomba z takimi pierdolnięciami, że można spaść z fotela. Covery i remixy to ich konik. Ostatnio ukazała się EP-ka z ich wersją „Deep Black Vanishing Train” Mark Lanegan Band, a na koncie mają jeszcze „Sweet Dreams” z repertuaru Eurythmics, „Can’t stop feeling” Franza Ferdinanda,i wiele innych. (W tym przypomina ich nieco nasz Kamp!) Zespół ma na swoim koncie cztery albumy, do których zamierzam niedługo dotrzeć, by móc jeszcze częściej obcować z ich bezkompromisowym graniem. Poniżej link do utworu który sprawił, że na mojej ścieżce życiowej trafiłem na ten fantastyczny kolektyw:

Maciejeski:

Zdecydowanie najtrudniejsza do podjęcia decyzja w tej odsłonie słyszymisiowego podsumowania roku. Pewnie dlatego, że w tej kategorii nie daliśmy sobie tak naprawdę żadnych wytycznych. Ogrom przesłuchanych w internecie kawałków, niestety trochę mniej całych albumów i niesamowity mętlik w głowie, bo był to dla mnie rok chyba najbardziej intensywnego osłuchiwania się, a przez to – prawdziwego rollercoastera dla mojego gustu muzycznego. Wybór padł na istniejący od 2010 roku londyński, indierockowy, zespół The Vaccines (o którym pisaliśmy więcej tutaj). Mimo, że swój debiut, czyli hitowy gigant, pod tytułem What Did You Expect From The Vaccines wydali 11 marca 2011 roku, a pierwsze single nawet w 2010, debiutancki album przesłuchałem dopiero, gdy The Vaccines przypomnieli mi swoim istnieniu wydając swój drugi album, czyli Come of Age. Mając w głowie jedynie Post Break-Up Sex oraz ich pierwszy hit If You Wanna, przysiadłem do jednego z najbardziej entuzjastycznie przyjętych debiutów 2011 roku. Od razu oczarował mnie ten typ wydzielanej przez ich muzykę (właściwie tryskającej) energii, urzekło charakterystyczne brzmienie gitar – lekkie, trochę surfrockowe, z ciekawym delayem, powalił równy, wysoki poziom wszystkich kompozycji na krążku – każda z nich może potencjalnie zakrólować na parę(naście) dni, na Waszych odtwarzaczach. Poza tym debiut Vaccinesów to płyta bardzo, ale to bardzo pozytywna. Gdy nie mam czasu i pieniędzy inaczej poprawić sobie humoru, zawsze do niej wracam. Wam też to radzę, bo alkohol choć wieczorem wydaje się tani, rano zwykle tak tani już nie jest.

POLSKA

Róg:

Najtrafniejszym wyborem w tej kategorii wydają się być tegoroczne muzyczne dokonania Moniki Brodki. To artystka, której metamorfoza w pełni zasługuje na docenienie w muzycznym podsumowaniu 2012 roku. Rozpoczynała jako popowa wokalistka, która bez trudu swoją twórczością trafiła do mas. Mimo to, jej ostatni longplay z 2010 roku zatytułowany Granda zaprezentował już nieco bardziej alternatywne oblicze artystki. Brodka nie popełniła błędu większości młodych wokalistek i dzięki temu nie tylko przetrwała na wymagającej polskiej scenie muzycznej, ale także zyskała nowych fanów. Kulminacja jej przemiany nastąpiła właśnie w tym roku, za sprawą dwóch utworów: „Varsovie” oraz „Dancing Shoes” wydanych w oryginalnych oraz zremiksowanych wersjach na EPce LAX”. Swoje dwa grosze (o których nie wolno zapominać bo jakże są one istotne) do sukcesu wyżej wymienionych kawałków dorzucił zespół KAMP!, czyli sprawca rewelacyjnego remiksu drugiego z nich. To w zupełności wystarczyło, by Brodka przekonała mnie do swojej nowej odsłony i zasłużyła na miano mojego odkrycia 2012 roku.

Lewandowski:

Niby zawsze gdzieś tam był ten zespół w orbicie moich zainteresowań muzycznych, ale zawsze brakowało czasu, pamięci i pieniędzy na to, żeby poznać lepiej więcej niż jedną piosenkę. Aż w pewien kwietniowy wieczór bałem się zasnąć, bałem się wrócić do domu i zacząłem szukać. Ścianka zaczęła odkrywać przede mną coraz więcej tajemnic. Sprawiło to, że wakacje upłynęły mi na polowaniu na ich cztery wydawnictwa które dziś są białymi krukami. Na szczęście się udało i wraz z końcem września stałem się szczęśliwym posiadaczem „Ścianki Statku Kosmicznego”, „Dni Wiatru”, „Białych Wakacji” i „Pana Planety”. Ścianka to chyba najważniejszy zespół dla obecnej polskiej sceny alternatywnej. Oni i Lenny Valentino byli pierwsi, którzy przetarli szlaki dla wszystkich dziś grających młodych zespołów. Dodatkowo twórczość Ścianki jest diablo dobra. Świetne, niepokojące teksty Cieślaka i odkrywcza gitarowa warstwa muzyczna składają się na muzykę która zapada w pamięć. Mgiełki i napierdalatory produkowane przez ich instrumenty sprawiły, że rok 2012 to w moich odkryciach na krajowym podwórku zdecydowanie rok Ścianki.

Maciejeski:

Pomysłów po raz kolejny sporo. Co najmniej cztery walczące ze sobą w mojej głowie (do ostatniej chwili) kandydatury. Rzutem wąsem na taśmę wygrali jednak łodzianie z Psychocukru. Choć przygodę z tym zespołem zacząłem jeszcze 2011 roku, to dopiero w tym odrobiłem zaległości i poznałem całą ich mistrzowsko zwariowaną twórczość, czyli 3 jak dotąd albumy: No More Work, Małpy Morskie i Królestwo. Okraszone kwasową metaforyką i niepowtarzalnym poczuciem humoru teksty Saszy Tomaszewskiego o czasami bardziej, czasami mniej przyziemnych sprawach, w połączeniu z surowym, garażowym brzmieniem, dają niespotykaną wcześniej w polskiej muzyce kombinację  rubaszności z przyzwoitym rokendrolowym pierdolnięciem. Utwory takie jak Grzechotnik, Gwiazda, Dzicz, Czubek Szpilki czy prawdziwa koncertowa bomba – Bikiniarska Potańcówka Suto Zakrapiana Jamająką przywracają wiarę w kreatywność i niebanalność polskiego rocka. Jeśli nie mieliście okazji być jeszcze na koncercie Psychocukru to koniecznie to zróbcie. Tylko nie zabierajcie ze sobą dupy, bo i tak wam ją urwie.

ŻÓŁTODZIÓB ROKU

Przedstawiamy najlepsze, według naszego słyszymisię rzecz jasna, zespoły które debiutując w kończącym się właśnie 2012 roku zdobyły nasze uznanie.

ŚWIAT

Róg:

To jedna z kategorii, która sprawiła mi najwięcej trudności. Debiutów które przykuły moją uwagę było w ciągu ostatnich 12 miesięcy sporo. Wśród nich szczególnie powinienem wskazać nagrania Smoke & Jackal, I Am Giant oraz The Neighbourhood. Debiutantem który zrobił jednak na mnie największe wrażenie był zespół Spector. Londyńczycy pojawili się na brytyjskiej scenie muzycznej w tym roku wydając krążek noszący tytuł Enjoy It While It Lasts. Początkowo ich muzyka raczej nie wzbudziła we mnie skrajnie pozytywnych odczuć, jednak przesłuchanie całego materiału z debiutanckiego albumu utwierdziło mnie w przekonaniu, że zespół Spector ma ogromny potencjał do tego by zostać kolejnym dziedzicem brytyjskiej indierockowej rodziny. Muzyka na Enjoy It While It Lasts, na czele z kawałkami Friday Night, Don`t Ever Let It End oraz Grey Shirt and Tie to bardzo przyzwoite kilkadziesiąt minut, które według angielskich mediów swoimi brzmieniami nawiązuje do twórczości takich zespołów jak Pulp, The Strokes oraz The Vaccines. Jako najlepszym moim zdaniem zagranicznym debiutantom życzę zespołowi Spector choć w połowie tak dużego sukcesu jakie osiągnęły wymienione wyżej zespoły.

Lewandowski:

Rywalizacja w tej kategorii była bardzo wyrównana. Rozgrywka toczyła się cały czas między Palma Violets i Savages. Przez długi czas oba zespoły szły łeb w łeb. Na ostatniej prostej o milimetry wygrały panie z Savages. W ich twórczości jest coś atawistycznego. Coś co sprawia, że na chwilę możemy zapomnieć, że żyjemy w klimatyzowanym XXI wieku i pozwala nam się przenieść do czasów bardziej prymitywnych i pierwotnych. Przez to może bardziej naturalnych. Udowadniają to w piosenkach „Husbands”, „Flying to Berlin” i na wielu innych nagraniach live które znajdziecie na pewnej stronie internetowej z filmikami. Pisząc o nich niedawno w tym tekście zapomniałem dodać, że pochodząca z Francji wokalistka Jehnny Betty wygląda trochę jak żeński odpowiednik Iana Curtisa (mój redakcyjny kolega nazwał ją nawet kiedyś Janiną Curtis). I mimo, że pod względem artystycznym do Curtisa trochę jej jeszcze brakuje to stylistycznie znajdują się w tej samej lidze. I jako, iż kocham Joy Division, to lubię też Savages.

Maciejeski:

U mnie wybór był o wiele łatwiejszy. Moim żółtodziobem roku są zdecydowanie chłopaki z Palma Violets (pisaliśmy o nich tutaj). Co z tego, że nie wydali jeszcze nawet debiutanckiego albumu, co z tego, że do tej pory poznać mogłem jedynie cztery utwory tego zespołu i w końcu co z tego, że dziwnie się nazywają, skoro utwory takie jak Best of Friends, Tom the Drum, Happy Endings i ostatnio opublikowane Last of The Summer Wine są w moim odczuciu przedłużeniem, kontrynuacją wciąż wybrzmiewających ech muzycznej brytyjskiej inwazji. Palma Violets (czyli Sam Fryer, Chilli Jesson, Will Doyle i Pete Mayhew) dali się poznać jako zespół, który, z dziką, młodzieńczą werwą, wypełnia lukę po zespołach takich jak The Clash i The Libertines, łącząc przy tym gitarowe brzmienia mroczną i mocną sekcją rytmiczną i delikatnymi, elektronicznymi organami w tle.  Oprócz tego są po prostu fajni – butni, wyluzowani, pewni siebie, a święta spędzili, popijając Jagermeistera i grając i wykrzykując utwór Perfect Day Lou Reeda na pianinie (link). Cieszy również informacja, że ich debiutancki album „180” ukaże się już w lutym 2013 roku. Zapewniam, że zrobią nią niezłe zamieszanie. Poniżej koncertowa wersja utworu Happy Endings.

 

POLSKA

Róg:

Sporo czasu zajęło mi utwierdzenie się w stuprocentowym przekonaniu, że to właśnie ten zespół chciałbym naznaczyć mianem najlepszego debiutu 2012 roku. Zespół Uniqplan (pisaliśmy o nim tutaj), bo o nim mowa, po raz pierwszy usłyszałem wiosną. Wiedziałem już wówczas, że Warszawiacy mają niemały potencjał, bo ich pierwszy singiel This Makes Sense rzeczywiście przedstawił Uniqplan jako mający pomysł na tworzenie fajnej muzyki zespół. Kulminacja mojej fascynacji zespołem nastąpiła jednak zaledwie kilka dni temu, kiedy to usłyszałem w radiu kolejne nagranie z ich repertuaru, noszące tytuł Freeland. To w zupełności wystarczyło, by przekonali mnie, że zasługują na wspomnienie w tej właśnie kategorii. Mogłoby się wydawać, że zespół przepadanie w tej ogromnej fali electro-popowych wykonawców, którzy ostatnio masowo pojawiają się ze swoją własną interpretacją tego, jak powinien brzmieć świeżo upieczony przedstawiciel tego gatunku. Jednak Uniqplan to nie tylko debiut kończącego się właśnie roku, ale także nadzieja na przyszły rok. Jeśli pierwszy album zespołu będzie równie wciągający jak dotychczas zaprezentowane kawałki, to niewykluczone, że panowie z Uniqplan będą mogli się spodziewać wielu innych i bardziej prestiżowych nagród. Ja tymczasem już teraz ogłaszam, że o tym zespole jeszcze będzie głośno.

Lewandowski:

Na zachodzie naszego kraju jest takie niewielkie miasto nazywające się Gorzów Wielkopolski. W tej świątyni żużla nad Wartą powstał zespół, który kiedyś przyćmi sławą Stal. W Gorzowie bowiem doszło do spotkania Błażeja Króla i Maurycego Kiebzaka, którzy razem założyli UL/KR. W kwietniu ukazała się ich debiutancka płyta, która jest niesamowicie klimatycznym albumem. Odnajdziemy na nim odrobinę magii, letnią duchotę, ciasnotę, niewygodę i niepokój. Efekt ten spowodowany jest przez oszczędne i spokojne, ale fantastyczne podkłady elektroniczne i chwytający za serce wokal Króla. Ich teksty również stanowią na naszym podwórku nową jakość. Jedyne do czego się przyczepiam to długość albumu. Jest za krótko, bo tylko 22 minuty, ale na szczęście zespół powiedział, że „druga płyta w piwnicy się wędzi”. Dodatkowo dane mi było widzieć ich już dwukrotnie na żywo i muszę powiedzieć, że ich występy nieźle rysują mózg (więcej o tym tutaj). Jeżeli wkręci się w klimat, o co nietrudno, to można z nich wyjść z uszczerbkami psychicznymi. Niemniej jednak serdecznie ich twórczość polecam, a chłopakom gratuluję.

Maciejeski:

Muszę przyznać, że w naszym polskim piekiełku rock stoi na całkiem dobrym poziomie. Świadczyć mogą o tym najlepiej takie zespoły jak Ścianka, Kim Nowak czy wspomniany przeze mnie wyżej Psychocukier. Bardzo dobrze jednak widzieć, że te już trochę starsze zespoły zaczynają być doganiane przez młodszych rockmanów, takich jak warszawskie trio Magnificent Muttley, które ponad miesiąc temu wydało swój debiutancki album (o tym samym tytule). Po jego przesłuchaniu nie miałem zbyt wielu wątpliwości, że to właśnie ten zespół zasługuje na miano Polskiego Żółtodzioba  2012. Krążek, który od 23 grudnia nieodpłatnie przesłuchać można na bandcampowym profilu zespołu, zabiera w przepełnioną, świetnie zagranymi, smakowitymi riffami, licznymi zmianami tempa i niegrzecznymi przesterami wycieczkę po takich gatunkach jak hard rock, stoner rock a miejscami nawet funk. Choć wokal może nie powala to w porównaniu z innymi polskimi rockowymi kapelami śpiewającymi po angielsku wypada naprawdę przyzwoicie. Jeśli spodoba Wam się kawałek No Stress (promujący debiutancki album singiel) to naprawdę polecam przesłuchanie reszty materiału – nie zawodzi oczekiwań i pobudza apetyt na kolejne wydawnictwa grupy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s