¡Uno!, ¡Dos!, ¡Tre! | Green Day

To nie będzie zwyczajna recenzja jednego albumu. To będzie obszerne spojrzenie na trzy wydawnictwa, którymi w ostatnich miesiącach uraczyli nas panowie z zespołu Green Day. Amerykanie nie próżnowali w studiu w tym roku, czego efektem jest materiał wydany w postaci płytowej trylogii, której poszczególne części noszą tytuły ¡Uno!, ¡Dos! oraz ¡Tre!

Green Day to trzej punkowcy z Kalifornii, którzy mimo upływu czasu nie odbiegają znacznie od stylu grania, który towarzyszył im na początku ich kariery. Billie Joe Armstrong, Mike Dirnt oraz Tre Cool przed wydaniem trylogii mieli na swoim koncie osiem albumów studyjnych i mimo że każdy kolejny potwierdzał, że zespół dojrzewa i wprowadza do swojej muzyki lekki powiew świeżości, to cały czas był to ten sam Green Day, którego muzyka atakowała nasze uszy nadzwyczaj pozytywną dawką energii. Na cyklicznie wydawanych ostatnio albumach ¡Uno!, ¡Dos! i ¡Tre! można doszukać się podobieństw z zarówno najlepiej sprzedającego się w historii zespołu, przełomowego albumu Dookie, jak i z legendarnego, prawdopodobnie najbardziej wpływowego albumu Kalifornijczyków czyli American Idiot. Trzeba wspomnieć, że przy nagrywaniu ¡Uno!, ¡Dos! i ¡Tre! trójce członków zespołu towarzyszył znany ze współpracy z nimi podczas tras koncertowych gitarzysta Jason White. Czy trylogia przyniesie nam więcej tak kultowych utworów jak Boulevard of Broken Dreams czy Basket Case? Niewykluczone, bowiem jest z czego wybierać: Green Day na trzech albumach ukazali kilka swoich muzycznych obliczy. No i co najważniejsze, to naprawdę kawał dobrej muzyki, do której zawsze z sentymentem będę powracał.

Jakbym musiał w krótkich słowach opisać ¡Uno!, to określiłbym tę płytę jako najbardziej greendayową. Pierwsze trzy utwory, czyli Nuclear Family, Stay the Night oraz Carpe Diem to coś co może kojarzyć się z muzyką ze starszych albumów zespołu. Utrzymane w szybkim tempie kawałki już udowadniają, że pierwsza część całego cyklu to najbardziej punkowa i energiczna spośród całej trójki. Potwierdzają to kolejne dwa, najlepsze moim zdaniem kawałki z ¡Uno!, czyli Let Yourself Go oraz Kill the DJ. Pierwszy z nich przypomina jak żywiołowym i wulgarnym zespołem potrafi być Green Day. Kill the DJ zaś, to nieco wolniejszy ale dużo bardziej melodyjny i wpadający w ucho utwór, którego już pierwsze brzmienia podrywają słuchającego do podskakiwania. To Green Day w najczystszej postaci: bezprecedensowy wokal Billiego Joe Armstronga towarzyszy skocznym brzmieniom gitarowego i perkusyjnego grania pozostałych członków zespołu. Ponadto Kill the DJ to dowód na to, że Green Day to zespół lubiący swoją muzyką wyrażać swoje poglądy i przekonania, choć tym razem bynajmniej nie ma to podtekstu politycznego. Po nim następują utwory Fell For You oraz Loss of Control. Ten drugi to kolejny przekaz od zespołu. Szaleństwo o jakim śpiewają to coś w rodzaju próby udowodnienia, że przybywające lata na karku wcale nie idą w parze z muzycznym starzeniem się. I tak oto czterdziestoletni rockmani brzmią niczym zbuntowani nastolatkowie, którym nie odpowiada pełnoletniość. Opowiada o tym zresztą również kolejny kawałek czyli Troublemaker. Następne piosenki w nieco mniej buntowniczy, a raczej sentymentalny sposób wspominają młodzieńcze lata zespołu. Angel Blue opowiada o niespełnionych marzeniach, Sweet 16 o szczeniackiej miłości, a Rusty James o uciekaniu od mainstreamu. Zamykający album singlowy utwór Oh Love to kompletnie nie pasujący do reszty zawartego na nim materiału wyrzutek, który prawdopodobnie dużo lepiej zabrzmiałby na którejś z kolejnych części trylogii, albo na poprzedniej płycie zespołu, czyli 21st Century Breakdown. Jeżeli rzeczywiście Green Day poprzez swoją twórczość wyraża swój protest, to jedyną rzeczą której na ¡Uno! Amerykanie są przeciwni, to starość. I nie jest to w ich przypadku hipokryzja. Mnie przekonali.

Odliczamy dalej. ¡Dos!, czyli numer dwa tegorocznego tryptyku zespołu Green Day, to mniej przekazu, a więcej muzyki. Album otwiera minutowe intro w postaci spokojnego podśpiewywania Billiego akompaniowanego przez delikatne gitarowe brzdękanie, zatytułowane See You Tonight, które zgrabnie przechodzi w przebojowy rockandrollowy kawałek Fuck Time. Następujące po nim Stop When The Red Lights Flash oraz Lazy Bones to fajne nawiązanie to starszej odsłony zespołu, a Wild One to wolniejszy i mimo przyzwoitych gitarowych wstawek raczej nudny, niewyróżniający się utwór. Ciekawiej się robi pod numerem sześć, który przypadł piosence Makeout Party. Brzmi niczym oldschoolowe garażowe granie, idealnie pasujące do kameralnych rockowych potańcówek. Stray Heart, czyli kolejny kawałek na ¡Dos! został wybrany na singiel promujący płytę. Nie bez powodu. Może nie jest wielki potencjalny król list przebojów, niemniej jednak świetnie obrazuje fakt, że ¡Dos! to próba utwierdzenia fanów w przekonaniu, że poza buntowniczymi utworami oraz melodyjnymi balladami w repertuarze Green Daya jest też miejsce na naprawdę dobrze brzmiące rockowe kawałki. Sporą dawkę mocy gwarantują nam trzy następne piosenki. Ashley, Baby Eyes i Lady Cobra to nic innego jak punkowa energia skumulowana w kilku minutach tego co w Green Dayu najlepsze. Sporym zaskoczeniem może być jedenasty numer na płycie czyli Nightlife. Billiego wokalnie wspiera Lady Cobra z zespołu Mystic Knights of the Cobra (poprzedni utwór z płyty, jak nietrudno się domyślić, był zadedykowany właśnie jej). To niczym wyciągnięty z podziemia, tajemniczy i brudny kawałek, w którym wokaliści rapują. Armstrong w zasadzie próbuje rapować. Utwór kompletnie nie zgrywa się z resztą piosenek zarówno z ¡Dos!, jak i z całej muzycznej twórczości Green Daya. Jest jednak w nim coś, co sprawia, że chce się go słuchać. Być może to właśnie to undergroundowe oblicze, które zespół ten jeden raz przybrał, świadczy o wyjątkowości Nightlife. Na moment wracamy do normalności, bo znowu jest głośno, tym razem za sprawą kawałka Wow! That`s Loud z prostym, powtarzającym się, lecz wpadającym w ucho riffem. Ostatnim kawałkiem na płycie jest akustyczna ballada zatytułowana Amy, będąca hołdem dla cenionej przez zespół Amy Winehouse. ¡Dos! to nie jest zła płyta. Na pewno znacznie trudniej ją przyswoić niż ¡Uno!, jako że nie mamy tu do czynienia z tak przebojową muzyką jak w przypadku pierwszej części trylogii. Zespołowi niewątpliwie udało się jednak na niej pokazać z nieco innej strony niż poprzednio.

Kończąca tryptyk płyta ¡Tre! miała się ukazać w styczniu, jednak w związku z odwykiem Billiego Joe Armstronga i koniecznością odwołania fragmentu trasy koncertowej, zespół zdecydował się wydać ją jeszcze przed końcem roku. Panowie zapowiadali, że tym razem fani mogą się spodziewać płyty spokojniejszej od poprzednich. Miało być więcej ballad i uczuciowych melodii, kosztem energicznego punkowego grania. I tak niestety jest. Green Day nie wypada w tego typu muzyce najgorzej, jednak nastrojowe brzmienia były zawsze tylko dodatkiem do pozostałych, bardziej żywiołowych utworów. Przez pierwsze dziewięć piosenek, stwierdzam to z naprawdę wielką przykrością, wieje nudą. Amerykanie zawsze otwierali swoje albumy naprawdę mocnym strzałem, a tym razem witają nas ciche spokojne dźwięki ballady zatytułowanej Brutal Love. Wokalista zespołu sam przyznał, że to płyta inna, że jest bardziej epicka i refleksyjna niż poprzednie, ale do mnie niestety nie trafia. Długo czekałem słuchając ¡Tre! na kawałek, który przypadnie mi do gustu. Oczekiwanie to zostało nagrodzone dopiero w dziesiątym utworze, noszącym tytuł Dirty Rotten Bastards. To takie jasne światełko w tej smętnej szarości jaka towarzyszy pozostałym utworom. ¡Tre! to niestety słaba płyta. Piszę niestety, bo bardzo liczyłem na przyzwoite zwieńczenie całej trylogii, a tymczasem pozostaje pewien niesmak. Album brzmi jakby był nagrywany po wydaniu ¡Uno! i ¡Dos!, kiedy to członkowie zespołu nie bardzo mieli już pomysłu na stworzenie czegoś, czego jeszcze w ich wykonaniu nie mieliśmy okazji usłyszeć. Krótko mówiąc, jestem zawiedziony.

Uogólnienie oceny odnośnie całej trylogii wydaje się być niemożliwe. ¡Uno!, ¡Dos! oraz ¡Tre! to płyty zupełnie inne. To trzy różne odsłony zespołu, których nie należy traktować jako jednej całości. Nie słuchajcie ich jedna po drugiej, bo nie znajdziecie powiązania między nimi. Każda z nic wymaga całkiem innego nastawienia. Dla mnie osobiście, odsłuchiwanie trylogii było całkiem przyjemnym doświadczeniem, które myślami pozwoliło mi wrócić do czasów kiedy triumfy święcił krążek American Idiot. Czekam też na koncert zespołu w naszym kraju, a zważywszy na fakt, że zespół pojawia się zestawieniach kilku europejskich festiwali oraz że 2013 rok w Polsce będzie obfitował w występy gigantów muzyki, jest to wciąż możliwe.

Róg

3 responses to “¡Uno!, ¡Dos!, ¡Tre! | Green Day

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s