Kamp! | Kamp!

Pamiętam jakby to było wczoraj. Była wiosna 2009 roku. Do Trójki przyszedł Kuba Wandachowicz. Mówił głównie o swoim projekcie Tryp i o najnowszym numerze magazynu Pulp, którego był wówczas redaktorem naczelnym. Wspominał oczywiście też i o swoim najważniejszym zespole, czyli Cool Kids of Death i opowiadał o planach na wydanie płyty z remiksami utworów znajdujących się na ich ostatniej wówczas płycie, czyli „Afterparty”. Piotrowi Stelmachowi prowadzącemu audycję powiedział wówczas mniej więcej tak: „Jeden z remiksów robi nam taki zajebisty młody zespół z Łodzi, który dzieli z nami salę prób. Nazywa się Kamp!” Wandachowicz był w tym czasie czymś w rodzaju guru dla mnie. Wszystko co mówił było prawdą objawioną. Tak więc momentalnie usiadłem przy komputerze i na MySpace odnalazłem rzeczony zespół. Cztery utwory, link do strony wytwórni skąd można je za darmo pobrać. Super. EP-ka „Thales One” momentalnie znalazła się na moim twardym dysku. Zacząłem słuchać i mi się spodobało. Brzmiało inaczej niż twórczość pozostałych rodzimych twórców. Było elektronicznie, ale nie było to chamskie techno. Bardzo dobry początek znajomości.

Kilka miesięcy później w sieci pojawił się ich singiel „Breaking a ghost’s heart”. To był już kompletny odlot i prawdziwy cymes dla moich uszu. W międzyczasie zespół pojawił się przy Myśliwieckiej i w audycji u Piotra Stelmacha udzielił wywiadu oraz zagrał offsesję. Radosław Krzyżanowski, Michał Słodowy i Tomasz Szpaderski sprawiali wrażenie skromnych i nieco onieśmielonych sytuacją, ale na swój sposób mających urok, młodych chłopaków. To im pozostało do dziś. Niemniej po 9 minutowej bombie jaką jest „Breaking a ghost’s heart” z wypiekami na twarzy czekałem na każdy kolejny utwór przez nich nagrany.

Już rok później, w 2010 roku, ukazał się ich kolejny singiel (znów do pobrania za darmo ze strony ich wytwórni). „Heats” zapowiadało pewną zmianę w ich brzmieniu. Było spokojniej i bardziej emocjonalnie niż na poprzednich wydawnictwach. Nadal było to jednak wybijające się na tle polskiej sceny muzycznej zjawisko. Rok później zespół wystąpił na krakowskim Selectorze i nakładem portugalskiej wytwórni Discotexas wydał swój kolejny singiel „Cairo”. Przez dwa lata intensywnego koncertowania udało im się zbudować liczną i wierną rzeszę fanów, której ciągle było mało. Ciągle pozostawał wśród nich niedosyt. Fani pragnęli płyty długogrającej, a zespół zwlekał z jej wydaniem. Nadszedł nawet taki moment, że stał się obiektem żartów na temat tego jak długo można jedną płytę nagrywać. Przełomowy okazał się 2012 rok. Łódzko-wrocławskie trio zagrało na większej ilości dużych festiwali, zremiksowało w fantastyczny sposób utwór Brodki pod tytułem „Dancing Shoes” (dzięki czemu trafili do większej liczby słuchaczy) i zapowiedziało wydanie długogrającego albumu. Dla mnie była to jedna z najlepszych wiadomości tego roku. Nie będzie przesady jeśli powiem, że był to najbardziej wyczekiwany debiut ostatnich lat na naszym rynku muzycznym. 17 października ukazał się singiel promujący album zatytułowany „Sulk” (więcej o nim tutaj), a premiera krążka została zapowiedziana na listopad. Jakiś czas temu zespół opublikował na swoim profilu na Facebooku okładkę płyty (na której znajduje się kwiat anturium w odcieniu czerwieni, naszym zdaniem wyglądający jak wagina na patyku) i listę utworów. Album, zatytułowany po prostu „Kamp!” światło dzienne ujrzał w piątek 23 listopada. Wydany został nakładem ich własnego labela Brennnessel.

Z materiałem znajdującym się na tej płycie po raz pierwszy zetknąłem się w czasie koncertu jaki zespół zagrał 10 listopada w warszawskim klubie 1500m2 (relacje z niego znajdziecie tutaj). Występ na żywo był prawdziwą bombą, pełną energii i zabawy pod sceną. Dlatego po pierwszym przesłuchaniu albumu byłem nieco zaskoczony. Bo „Kamp!” jest albumem spokojnym i nieco nawet melancholijnym momentami. To jednak nie znaczy, że jest albumem słabym albo nudnym. Wręcz przeciwnie. Jest to najlepszy polski album jaki słyszałem od czasu „EL.P” L.Stadtu. Zawiera 11 utworów i trwa niemalże 50 minut. Przez te 50 minut eksplorujemy przy melodiach zespołu cudowne i nieznane nam dotąd krainy. Bo ta płyta to magiczna i bajkowa muzyczna podróż. Po drodze zwiedzamy dyskoteki ubiegłych dekad, królestwa klawiszy i syntezatorów i ogrody ociekające ciepłymi, lepkimi i słodkimi jak czekolada dźwiękami.

Wojaże rozpoczynają się wraz z utworem „Oaxaca”. Ćwierkanie ptaków i przyjemny dźwięk klawiszy przywodzi mi na myśl letni wschód słońca nad jakimś wodnym akwenem. Stopniowo jego tempo wzrasta by przerodzić się w intro do doskonale znanego fanom zespołu „Cairo”. Wraz z nim rzuceni jesteśmy w wir zabawy w stylu lat 70. Melodie i brzmienie klawiszy momentami ociera się o kicz, ale zespół perfekcyjnie potrafił zachować umiar. Całości towarzyszy charakterystyczny i bardzo przyjemny wokal Szpaderskiego. Trzeci utwór naszej podróży to jedna z trzech najlepszych moim zdaniem piosenek na płycie, czyli „Can’t you Wait”. Również tu zauważyć można wyraźne inspiracje ubiegłymi dekadami i prądami takimi jak chociażby italo disco. W wydaniu Kampu! brzmi to cudownie i genialnie. Człowiek ma ochotę ubrać się kolorowo i ruszyć do tańca w stylu Johna Travolty. Pod numerem 4 kryje się singlowy „Sulk”. Na płycie nieco wygładzony i bardziej dopieszczony niż w wersji singlowej stanowi bardzo przyjemną chwilę wytchnienia. Jednak nie jest cały czas jednostajny. Ma swoją dynamikę i jego finał przygotowuje nas na kolejną intensywniejszą kompozycję. Utwór „Melt”, bowiem o nim mowa jest moim faworytem z tej płyty. Oferuje nam liczne zmiany tempa i natężenia emocji i ani na chwilę nie pozwala odpocząć. Jak dla mnie jest to idealny kandydat do królowania na parkietach w klubach, na domówkach i przy innych podobnych okazjach. Zresztą w metrze również brzmi ekstra. W domu też ekstra. Nie wiem jeszcze jak w samochodzie, ale podejrzewam, że również ekstra.

Po tym przyspieszeniu i chwili intensywności zespół funduje nam za sprawą najspokojniejszego i najbardziej melodyjnego utworu jakim jest „Lux Lisbon” bardzo przyjemny relaks. To trwa jednakże tylko 3 minuty i 48 sekund, a nawet nieco krócej, bowiem już pod jego koniec zaczyna się klawiszowe intro do dobrze znanego wszystkim fanom zespołu kawałka „Distance of the modern hearts”. I mimo, iż wiele osób zna go pewnie, jak i ja, na pamięć to nie sposób się w jego czasie nudzić. Już sam początek piosenki, moment w którym pojawia się wokal, jest magiczny a potem jest równie wspaniale. Wraz z jego końcem zespół zaczyna przed nami odmalowywać „International Landscapes”. Udaje mu się to znakomicie, bo leniwe krajobrazy naprawdę stają nam przed oczami gdy słuchamy tych non stop narastających klawiszy. Nie ma jednak nagłej eksplozji dźwięków i feeri barw. I bardzo dobrze. Do tego utworu dużo bardziej pasuje ciągłe budowanie napięcia i jego dojrzewanie niż tak zwane pierdolnięcie. Pora na utwór numer 9. Znajdziemy pod nim kolejnego starego dobrego znajomego, czyli „Heats”. Bardzo relaksacyjne i spokojne dźwięki klawiszy plus poruszający wokal i te słynne „turuturururu” sprawdzają się na płycie równie dobrze jak na singlu. Podróż powoli dobiega końca ale przed nami jeszcze dwa fenomenalne momenty. Pierwszy z nich to trzecia z najlepszych moim zdaniem kompozycji na albumie- siedmiominutowe „New Frontier”. Powolne i niepozorne klawiszowe intro wspaniale wprowadza nas w nastrój. Następnie wyraźne dźwięki perkusji i rytm przez nią nadany w połączeniu z wokalem i nieco usuniętymi w tło klawiszami dają bardzo przyjemny efekt. Po dwóch i pół minucie piosenka robi się szybsza i pojawia się kolejny motyw mogący dla niektórych brzmieć nieco tandetnie, ale wszystko wynagradza nam refren. 4:39 i kolejna niespodzianka. Chwilowe zatrzymanie i kolejna zmiana rytmu. Piosenka cały czas się rozwija i cały czas kwitnie jak kwiat na okładce by zakończyć się spokojnie i wyciszając się przerodzić w zamykające naszą podróż instrumentalne „Sirocco”. Ten utwór, niczym ciepły wiatr z Sahary od którego wziął nazwę, rozleniwiająco łechcze nasze zmysły i zostawia w bardzo komfortowym stanie totalnego odprężenia. Znów towarzyszy nam ćwierkanie ptaków. Podróż dobiega końca. Kolejną rozpoczynamy natychmiast od nowa. W ten sposób moja trwa już 4. dzień.

Mamy do czynienia z płytą nieprzeciętną i to nie tylko w skali polskiej. Bardzo dobrze się stało, że zespół dokładnie ją przemyślał i nie śpieszył się z jej wydaniem. Czasem jest tak, że jakaś kapela przegapi swój moment i wyda płytę za późno. Dużo częściej jest jednak tak, że wydaje ją za szybko, żeby jak najprędzej mieć to już za sobą i powstaje album niedopracowany, nieprzemyślany i niedobry. W tym przypadku mamy jednak do czynienia z zespołem zupełnie wyjątkowym. Spadł nam on chyba z księżyca, bo robi wszystko tak jak należy i zupełnie nie po polsku. Przede wszystkim zupełnie inaczej brzmi. Można ich muzykę klasyfikować jako electro pop, można nazwać to synth popem, tylko moim zdaniem nie ma to najmniejszego sensu. Bo oni wymykają się wszystkim szufladkom i klasyfikacjom i nagrali po prostu znakomitą płytę. Panowie od początku wiedzieli o co im chodzi, jaką muzykę chcą grać, jak chcą żeby brzmiał ich album i jak chcą zdobywać serca publiczności. To ich odróżnia od reszty rodzimych wykonawców i to odróżnia na lepsze. Celem powinno być dla nich to by teraz usłyszał o nich cały świat. Życzę im, żeby każdy Francuz, każdy Szwed, każdy Anglik, każdy Meksykanin, każdy Japończyk a nawet każdy Mongoł wiedział kto to Kamp! i doceniał ich twórczość bo zdecydowanie na to zasługują. Howgh.

Lewandowski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s