Brygada Kryzys XXXLive- Koncert w Trójce

W środę 21 listopada w Radiowym Studiu im. Agnieszki Osieckiej z okazji trzydziestolecia wydania debiutanckiej płyty wystąpił zespół Brygada Kryzys. Był to ich debiutancki koncert w Trójce. Warto przy tej okazji powiedzieć kilka słów, dlaczego trzydziestolecie tego zespołu jest obchodzone w tak huczny sposób.

Po pierwsze Brygada Kryzys jest to dla polskiej sceny alternatywnej zespół fundamentalny. Pierwszy okres działalności zespołu stworzonego przez gitarzystę Kryzysu Roberta Brylewskiego i gitarzystę Tiltu Tomasza Lipińskiego rozpoczął się w 1981 roku. Oprócz wymienionej przeze mnie dwójki w jego skład wchodzili  jeszcze Ireneusz Wereński i Sławomir Słociński (zastąpiony tuż przed nagraniem płyty przez Janusza Rołta). Przez pierwsze miesiące nie miał łatwego życia. Ich koncerty ustawicznie odwoływano, członków zespołu zatrzymywano, a Brylewski raz został nawet pobity (warto wspomnieć o tym, że jeden z ich koncertów w Warszawie został zarejestrowany i wydany w Londynie bez wiedzy i zgody zespołu). 13 lutego 1982 zespół odmówił wystąpienia na koncercie organizowanym przez władze, niezgadzając się na występ pod nazwą Brygada K. Wydawać by się mogło, że był to akt samobójczy, ale jednak udało im się nagrać debiutancką płytę, tzw. „Czarną”, by już po kilku miesiącach się rozwiązać. Fenomenem w tej sytuacji jest to, że przez te kilka miesięcy swojej działalności Brygada Kryzys kompletnie zmieniła polską scenę muzyczną. „Czarna” nie była bowiem zwykłą płytą.

Pierwszą jej cechą, świadczącą o jej wyjątkowości, jest fakt, że w ogóle została wydana. W czasach Stanu Wojennego zespół ze słowem „kryzys” w nazwie nie powinien teoretycznie mieć prawa bytu. Sam Lipiński przyznawał: „Zakładaliśmy Brygadę Kryzys jako zespół całkowicie podziemny; wiedzieliśmy, że z taką nazwą i takim repertuarem i takim przekazem nie mamy szans na karierę, ale to nam pasowało. Strona oficjalna nie była dla nas”.  Mało tego, że zespół istniał to swoją płytę nagrał w jednym z najnowocześniejszych ówcześnie studiów nagraniowych w Polsce na warszawskim Wawrzyszewie (co prawda, muzycy weszli do niego pod pretekstem przetestowania sprzętu), a wydana została przez państwowy Tonpress.

Drugi powód dla którego jest to album fundamentalny to jego wpływ na późniejsze polskie zespoły. Te 9 piosenek i niewiele ponad pół godziny muzyki kompletnie różniło się brzmieniem od wszystkiego co dotychczas puszczano w radiu, czy wydawano na płytach (a nie było przecież internetu). Jazgot, ściany dźwięku, proste akordy, wyraźny rytm perkusji i bardzo ważne i symboliczne teksty. Znajdziemy w nich niezgodę na zastaną rzeczywistość totalitarnego ustroju przekazaną jednak w bardzo metaforyczny sposób. Jest to również jedna z pierwszych polskich grup śpiewających po angielsku. Nie brakowało wcześniej zespołów punkowych, jednak żaden z nich nie był w stanie przebić się do szerszego obiegu z powodu ustawicznego kontestowania państwowych (jedynych ówcześnie) wytwórni. Republika, Maanam, Klaus Mitffoch, Kult, Siekiera, i wiele innych zespołów podkreślało, że w pewnym stopniu inspirowało się „Czarną”. Ona też uczyniła dla tych zespołów miejsce na polskim rynku muzycznym i sprawiła, że taka muzyka mogła się przebić do szerszego grona odbiorców.

Drugi okres ich działalności przypadł na lata 1991-1994. Po transformacji ustrojowej i działalności w innych projektach muzycznych (Brylewski był twórcą Izraela, Armii, Lipiński reaktywował Tilt) muzycy postanowili wystąpić razem na festiwalu w Jarocinie. Efektem ich reaktywowania się był album Cosmopolis wydany w 1992 roku. Znalazły się na nim wcześniejsze kompozycje zespołu które z różnych względów nie znalazły się na „Czarnej” (jak odrzucone przez cenzurę „Wojna”, „Too much” czy „To co czujesz”) i kilka nowych kompozycji. Zespół grał wtedy w każdą rocznicę wprowadzenia Stanu Wojennego  koncerty w warszawskim Remoncie koncerty zatytułowane „Stanik”. Po „Staniku” w 1994 roku zespół ponownie się rozwiązał.

Wreszcie w tym roku z okazji obchodów 30. rocznicy wydania „Czarnej” zespół zagrał dużą trasę koncertową. Byłem w czasie jej trwania na dwóch występach tej grupy. Trudno o większy kontrast pomiędzy tymi dwoma sytuacjami. Pierwszą z nich był bowiem występ grupy na Openerze w lipcu. Stojąc po kostki w błocie, otoczony dosyć przypadkową zbieraniną młodzieży, słaniając się na nogach, wymęczony czterodniową imprezą byłem świadkiem bardzo dobrego, ponad dwugodzinnego koncertu legendy. Muzycy dali wtedy naprawdę dobry koncert, ale z powodów które przedstawiłem powyżej nie spotkał się z bardzo entuzjastycznym przyjęciem przez publiczność (dla przykładu powiem, że jeden mój redakcyjny kolega prawie zasnął na tym koncercie na stojąco ze zmęczenia, a drugi już dawno spał w namiocie). Drugim zetknięciem się z Brygadą Kryzys na żywo był środowy koncert w Trójce. Średnia wieku wynosiła mniej więcej dwukrotność mojego a w oczach przybyłych widać było podniecenie i chęć zobaczenia bohaterów swojej młodości na scenie. Do tego zamiast stać na zimnie, zajmowało się miejsca w wygodnych krzesłach Studia im. Agnieszki Osieckiej wypełnionego do ostatniego miejsca.

Cześć publiczności czekała, czekała na zespół już od 19:30, który na scenę wyszedł w składzie Robert Brylewski, Dominik Gałązka, Filip Gałązka, Alek Korecki i Tomasz Lipiński kilka minut po 20 (był również transmitowany na żywo na antenie o tej godzinie). Jak niektórzy już pewnie zauważyli, w skład zespołu wchodziło DWÓCH SAKSOFONISTÓW, co sprawiło, że moje podekscytowanie sięgnęło zenitu (dlaczego, radzę sprawdzić tutaj). Występ rozpoczął się od piosenki „Nie daj się”, po czym przeszedł do repertuaru z 1982 roku. Ten materiał nie zestarzał się ani trochę, mimo iż po muzykach widać upływ czasu (najbardziej żal tej bujnej czupryny Brylewskiego). Zespół stopniowo się rozkręcał podczas piosenek „Nie ma nic” i „Przestań śnić”, by wskoczyć na najwyższe obroty wraz z „Fallen, Fallen is Babylon”. Jako iż, jak już zaznaczyłem, było dwóch saksofonistów to przez całą piosenkę siedziałem jak idiota z uśmiechem z Warszawy do Babilonu na ustach. Po chwili pozornego uspokojenia za sprawą „Travelling Stranger” i „The Real One” nadeszła pora na prawdziwą bombę. Tą bombą był „Radioaktywny blok” który w tym wykonaniu poderwałby do skakania cały Stadion Narodowy. Naprawdę nie spodziewałem się, że panowie mają tyle energii w sobie i przygnieciony jej ilością wysłuchałem bardzo dobrze zagranych „Except One” i „Ganji”. W tym drugim utworze po raz pierwszy, ale nie ostatni doświadczyliśmy improwizacji instrumentalnej zespołu. Brylewski szalał z gitarą wydobywając z niej różne, dziwne dźwięki a saksofony tworzyły kakofoniczny momentami duet. Mimo iż nie paliłem rzeczonej marihuany, czułem się jakbym właśnie to zrobił.  Prezentacja materiału z „Czarnej” zakończyła się wraz z fenomenalnym wykonaniem „Centrali”. Po tym utworze nikt nie siedział cicho, niczym mysz pod miotłą, lecz wybuchła ogólna wrzawa i oklaski.

Potem na chwilę zrobiło się politycznie. Brygada zagrała dwie piosenki w mniej lub bardziej bezpośredni sposób dotykające sprawy Stanu Wojennego, czyli „Too Much” i „Wojnę”. Zwłaszcza wykonanie drugiej z nich było naładowane energią w sposób często niespotykany u młodszych wykonawców. Tu również doświadczyliśmy fantastycznej improwizacji. Muzycy dali z siebie tyle, że Brylewski i Lipiński potrzebowali ręcznika. Następnie nadszedł moment na piosenki o miłości. „Ty i Tylko Ty”, oraz „To co czujesz” należą do jednych z najlepszych utworów o tym uczuciu napisanych w naszym kraju. Zwłaszcza teksty obydwu piosenek w bardzo trafny sposób moim zdaniem oddają specyficzność tego stanu umysłowego jakim jest miłość. Finałowi piosenki „To co czujesz” towarzyszyła ostatnia już improwizacja, ale za to najbardziej udana. Widać to było zwłaszcza po Lipińskim, który bardzo intensywnie i emocjonalnie przeżywał granie tej piosenki. Fantastyczny koncert zakończyły utwory „Naokoło wieży” będące coverem piosenki „All along the watchtower” i „Nie wierzę politykom” z repertuaru Tiltu zagrane na bis.

Koncert był perfekcyjnie zagrany i, z wyjątkiem przejściowych problemów z basem, przebiegał bez najmniejszych zakłóceń. Gitary brzmiały fantastycznie, sekcja rytmiczna również nie zawiodła ani przez moment, a saksofony… No cóż. Chyba nie muszę mówić, że byłem nimi zachwycony. Zespół zapowiadał przed koncertem, że w czasie jego trwania nagrany zostanie materiał na płytę live. Co wyjdzie z tych planów zobaczymy, ale liczę na to, że realizacja się powiedzie. Bo w Studiu im. Agnieszki Osieckiej wystąpiła nie tyle legenda polskiej muzyki alternatywnej, co grupa bardzo zdolnych, pełnych energii muzyków, którzy wciąż mają coś do powiedzenia a propos otaczającego ich świata. Tak więc panowie: Czekamy, Czekamy!

Lewandowski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s