Cool Kids of Death na festiwalu „Niewinni Czarodzieje”

Warszawski Festiwal Niewinni Czarodzieje to organizowany od 2006 roku, przez Instytut Stefana Starzyńskiego (oddział Muzeum Powstania Warszawskiego) festiwal kulturalny. Jego nazwa zaczerpnięta z tytułu filmu Andrzeja Wajdy (ten z kolei zaczerpnął go z „Dziadów” Mickiewicza) została oczywiście nieprzypadkowo. Każdej edycji przyświeca bowiem idea przybliżenia, bądź przypomnienia zainteresowanym, warszawskiej kultury lat minionych, a przez to: sylwetek jej przedstawicieli oraz ich twórczości. Festiwal w zamyśle ma oddawać atmosferę przywoływanych czasów z kreatywnym udziałem twórców młodszego pokolenia. W tym roku, przy okazji siódmej już edycji festiwalu, przyszła kolei na przypomnienie czasów przełomu lat 70. i 80. Od 14 do 18 listopada na chętnych czekały różne atrakcje, m.in. przegląd filmów Krzysztofa Kieślowskiego, czy spacer po Warszawie szlakiem twórczości Tadeusza Konwickiego. Nas, myślę, że z wiadomych względów, bardziej interesowały jednak wydarzenia muzyczne, a szczególnie to, które odbyło się ostatniego dnia imprezy (18 listopada) i w zasadzie kończyło cały festiwal. Mowa oczywiście o koncercie „Zróbmy więc prywatkę jakiej nie przeżył nikt” (nawiązującym z kolei nazwą do utworu „Party” zespołu Oddział Zamknięty), który odbył się w największym zakładzie poligraficznym PRL-u, czyli w Domu Słowa Polskiego znajdującego się na Woli, na ulicy Miedzianej 11. Koncert zapowiadał się bardzo ciekawie, bo nie dość, że wystąpić miało diablo ważne dla polskiej muzyki alternatywnej ostatniej dekady Cool Kids of Death, to na setliście miały pojawić się covery trochę starszych, polskich muzycznych buntowników lat 70. i 80.

fot. facebook

Koncert miał rozpocząć się o godzinie 20. Powszechnie wiadomo, że koncerty nigdy nie zaczynają się o czasie. Tym razem nie było inaczej. Co prawda, ludzi wpuszczano do środka zaraz po 20-tej, ale sam koncert zaczął się za kwadrans 21. Ci, którzy przybyli trochę wcześniej mogli więc bez skrępowania podziwiać ciekawie podświetlony zakład poligraficzny z poprzedniej epoki, widoczny poniżej (niestety w świetle dziennym prezentuje się o wiele gorzej).

fot. wikipedia

Jak przystało na prywatkę z prawdziwego zdarzenia, po okazaniu szczęśliwie zdobytych wejściówek (dzięki dla Mateusza Kubiaka) przy samym wejściu, uraczono nas nawet chłodnawą Żytnią i pożywnymi ogóreczkami. Widok całego stołu zastawionego ognistym płynem mógł przysporzyć o przyjemne dreszcze, lecz szybko otrząsnęliśmy się z początkowego amoku i przypomnieliśmy sobie, że przyszliśmy tutaj jednak na koncert. Po paru skrętach (chodzi o zmiany kierunku ruchu) dotarliśmy do szatni, w której czekała na nas kolejna darmowa niespodzianka. Uwielbiane przez naszą redakcję sztuczne wąsy leżały na wiekowej ceracie, zaraz obok  kolorowych klipsów, przygotowanych raczej z myślą o festiwalowiczkach. Te, muszę przyznać, całkiem pomysłowe sposoby na oddanie klimatu minionych lat ucieszyły wielu uczestników, lecz mało kto wytrzymał w niestety odklejających się po kilkakrotnym zamoczeniu w piwie wąsach do końca koncertu. Wrażenie robiło również interesujące zagospodarowanie przestrzeni zakładu. Znalazło się w nim miejsce na pokazanie takich cudów naszej motoryzacji jak Fiat 126p czy tzw. Duży Fiat, czyli 125p. Oprócz Żytniej i piwa sprzedawanego w charakterystycznych małych butelkach, do dyspozycji spragnionych była również oranżada (przypominająca oranżadę wyborową). Rozstawiono także kilka stolików przy których, ci mniej zainteresowani koncertem mogli posiedzieć, porozmawiać i trochę bardziej poczuć się jak na prywatce.

O 20:45 zespół wszedł nareszcie na scenę. CKOD zaczęło od piosenek ze swojego najnowszego albumu –  trochę lżejszego, trochę gorzej przyjętego przez fanów, ale tak czy siak, w moim odczuciu, co najmniej dobrego  – czyli od „Planu Ewakuacji”. Zabrzmiała piosenka tytułowa oraz Karaibski. Potem zespół przypomniał jedną ze swoich bomb koncertowych, czyli utwór Armia Zbawienia z albumu „2” . Ku mojemu zaskoczeniu bomba nie wypaliła, nie z winy zespołu, który jak zwykle dawał z siebie dużo. Była to raczej kwestia publiczności, która w większości zdawała się przyjść bardziej na „ciekawe wydarzenie” niż na koncert Cool Kids of Death, no i nie była zbytnio skora do zabawy. Nie chciałbym wylewać z siebie zbyt wiele goryczy, więc skończę ten temat tylko na tym jednym zdaniu i w odpowiednim momencie ugryzę się w język.

Zespół, mimo tego, dawał do pieca aż miło. Zagrali kilka piosenek z debiutanckiego albumu – wybuchowe „Butelki z Benzyną i Kamienie”, „Nie Warto” czy pokoleniową wręcz „Generację Nic”. Zabrzmiały rzadziej grane „Spaliny” czy „Skandal” z płyty „2006” oraz bisowe „Afterparty” z albumu o tym samym tytule. Jednak absolutnym zaskoczeniem były dla mnie nowe aranżacje obiecywanych starszych piosenek i muszę przyznać, że CKOD naprawdę dało radę. Żywiołowe wykonanie „Twojej Lorelei” z repertuaru Kapitana Nemo (który podobno krążył gdzieś po „prywatce”) z charakterystycznym, krzykliwym wokalem Krzysztofa Ostrowskiego czy „Radioaktywny blok” Brygady Kryzys, mimo, że trochę przykrótkie, były zagrane bardzo drapieżnie i, jak przystało na Cool Kids of Death, z buntowniczym pazurem. Mniejsze wrażenie zrobił cover „Kawalerii Szatana” zespołu Turbo, ale „Runął już ostatni mur” zespołu Tilt czy kapitalnie wykonane „Rewolucja, Ewolucja i ja” Klausa Mitffocha powinny utwierdzić wszystkich w przekonaniu, że wybór CKOD na ten festiwal był na pewno trafny, a cool kidsom udało się połączyć własny styl grania z kompozycjami już trochę podstarzałych dzisiaj muzyków przełomu lat 70. i 80.

Maciejeski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s