10-lecie albumu „Up the Bracket” Libertinesów

Wiele w tym tygodniu ważnych rocznic, urodzin osób, które redakcja Słyszymisię mniej lub bardziej respektuje. Dla mnie jednak najważniejsze święto przypadło na 14 października. Tego dnia minęło dokładnie 10 lat od wydania debiutanckiego albumu „Up the Bracket” brytyjskiego zespołu The Libertines. Absolutnie nadzwyczajnego albumu.

Ważne, by nakreślić pokrótce ówczesną sytuację rynku muzycznego w tym, jak się okazało, przełomowym dla rocka czasie. W 2002 roku, w Wielkiej Brytanii britpop tkwił właściwie w ślepym zaułku. Po latach świetności przyszedł czas jałowej stagnacji, co oczywiście przełożyło się na topniejącą ilość fanów. Oasis gryzło własny ogon, nie mając żadnego ciekawego pomysłu na dalszy rozwój (bracia Gallagherowie zaczynali natomiast prowadzić mniej lub bardziej ciekawą szermierkę wyzwisk – głównie między sobą, czasami także z mediami, która trwa do dziś, mimo, że Oasis już nie istnieje). W 2003 roku działalność zawiesił zespół Blur. Niestety, Albion zaczynał blednąć przy zagranicznych zespołach mających (w odróżnieniu od Brytoli) do zaoferowania jakieś antidotum na nie za ciekawe już wtedy perspektywy, trochę zdziadziałego rocka.  „Zbawcy rocka” jak czasami się ich nazywa, czyli: The Strokes (Nowy Jork) i The White Stripes (Detroit) ze Stanów Zjednoczonych, The Hives ze Szwecji oraz The Vines z Australii znalazły sposób, by rocka odrestaurować, odświeżyć. Grupy te określa się często jako z gatunku garage rock revival albo post-punk revival.

I wtedy, gdy uwaga słuchaczy z całego świata rzadziej skupiała się na scenie brytyjskiej, po raz kolejny doszło do sytuacji znanej już wcześniej z historii muzyki drugiej połowy XX wieku. Nowe muzyczne trendy zaczęły być przefiltrowywane przez utalentowanych młodych brzydali z UK, którzy równocześnie nie zapominali w swojej twórczości o rodzimych muzycznych korzeniach, dzięki czemu rodziły się twory, w moim przekonaniu o wiele barwniejsze i paradoksalnie bardziej autentyczne. Właśnie na tej fali do głosu, a właściwie do krzyku (zważając na siłę rażenia), doszło The Libertines, którzy mimo, że powstali w roku 1997, debiutancką płytę „Up the Bracket” wydali dopiero 14 października 2002.

Trzeba zaznaczyć, że mimo iż trendy, które w pewien sposób Libertinesi wykorzystali przyszły do nich zza wszelakich wód, ich inspiracje sięgały o wiele głębiej i o wiele dawniej. Czerpały z surowości brzmienia, prostoty przekazu Clashów, z klarowności kompozycji przypominającej czasami duet Lennon/McCartney, z warstwy tekstowej obładowanej szczerością i poetyką bliską tej z notatnika Morrisseya (The Smiths). Zatem możliwe, że jeżeli chodzi o brzmienie, pod względem konkretnych utworów Libertinesi mogliby być posądzani o podobieństwo do Strokesów, o bycie ich brytyjską wersją. Jednak biorąc pod uwagę ładunek brytyjskości w ich muzyce, miałoby to nikły związek z prawdą i podejrzewam byłoby niesprawiedliwe zarówno dla Libertinesów, jak i dla Strokesów (choć pewnie dla nowojorczyków trochę mniej).

W 1997 Libertinesi wybrali życie obok. Obok poważnej pracy, obok edukacji, obok jakiejkolwiek odpowiedzialności. Goniąc za to marzenia, żyjąc muzyką i z muzyki. Do 2002 roku Pete Doherty i Carl Barat, jako dwaj założyciele The Libertines, znani byli głównie z tzw. secret gigów, czyli małych, kameralnych koncertów, o których informowali nielicznych (a przychodziły tłumy), organizowanych najczęściej w miejscach, gdzie akurat wynajmowali mieszkanie. Mieli na nich zarabiać, ale jak powiedział Carl w filmie There Are No Innocent Bystanders (który zainteresowanym serdecznie polecam) pieniędzy w słoiku było mnóstwo, przed gigiem. Rano słoik zostawał najczęściej pusty. Oprócz tego, grywali w pubach (kontynuując tradycję z okresu tzw. pub rocka). Mniej więcej w tym czasie (w 2000 roku) nagrali swoje pierwsze demo – Legs 11, składające się z 8 utworów. Popularność powoli rosła.

Dwa lata później i zapewne setki gigów później, ku szczęściu wielu Brytyjczyków, których gitary od czasów wzmożonej popularności na brytyjskim rynku muzycznym zespołu Oasis zdążyły się pewnie zakurzyć, na świeczniku medialnym pojawił się znów zespół, którego plakaty nastolatkowie chcieliby wieszać w swoich pokojach i których piosenki chcieliby grać na swoich gitarach.  Znów mieli gdzie skierować swoją młodzieńczą skłonność do fascynacji chłopakami z zespołu („Boys in the Band”). Taką popularność i obecność w mediach osiągnięto głównie dzięki wytwórni Rough Trade (to ci od Smithsów i Strokesów) oraz dużemu zainteresowaniu Libertinesami brytyjskiego magazynu muzycznego NME, który po pierwszych, wypuszczonych w czerwcu 2002 roku, singlach „What a Waster” i „I Get Along” okrzyknął ich najlepszym nowym zespołem i umieścił na swojej okładce.

Jebut. Wielka Brytania była nawet nie tyle co przygotowana na nowy album Libertinesów. Chciała go od razu i miał być tak dobry jak 2 wcześniej wypuszczone single. Doprowadziło to do dość stresującej dla zespołu sytuacji. Prace nad debiutanckim albumem jeszcze trwały, a fani już zbierali się pod studiem nagraniowym RAK. Podczas pracy w studio atmosfera w zespole była napięta również dlatego, że coraz większą rolę zaczęły odgrywać narkotyki (co za kilka lat doprowadziło do rozpadu zespołu, ale o ciemniejszej stronie Libertinesów nie dzisiaj). Produkcją zajął się Mick Jones (The Clash). Domyślam się, że był ostatnią osobą, która powiedziałaby Pete’owi, żeby podczas nagrywania dał sobie spokój z kokainą. Ciężko natomiast powiedzieć, słuchając tej płyty, że takie a nie inne podejście, zarówno zespołu, jak i Micka Jonesa przyniosło złe skutki. Jest zupełnie odwrotnie. Wiele jest głosów, że właśnie dzięki rejestrowaniu tej płyty na haju, brzmi ona tak specyficznie, ma tak szarpiący rytm, nieczyste brzmienie gitar i tak emocjonalne wokale. Poza tym, kto jak kto, ale Mick Jones powinien potrafić uchwycić to czym The Clash zawsze słynęło. Barbarzyńską czasami brutalność połączoną ze słyszalną w każdym dźwięku radością z grania. The Libertines i The Clash to mieli wspólne.

Na „Up the Bracket” znalazło się 12 kawałków (w wersji amerykańskiej i japońskiej – z bonusowymi „What a Waster” i „Mockingbird”)i ani jednej złej. Każda melodia, każdy tekst bezczelnie rozsiadały się na jakiś czas w mojej głowie i nawet dzisiaj kiedy przed pisaniem tej recenzji postanowiłem przesłuchać kilku utworów okazało się, że nie jestem w stanie tego zrobić. Musiałem przesłuchać ją w całości, niektóre utwory puszczając po dwa razy. Słychać w nich wielkie zaangażowanie muzyków. Ogromną energię. Zadziwiające jest też zagęszczenie skrajnych emocji, nawet w jednej piosence, co sprawia, że „Up the Bracket” chce się słuchać niezależnie od nastroju. Nie jest to bowiem płyta, z jakimś jednym ustalonym przekazem. Duetowi Doherty/Barat piosenki wylewały się z ich flaków. To słychać. Dlatego tkwi w nich taka autentyczność i siła.

Choć mnóstwo było niedowiarków, którzy przepowiadali, że Libertinesi to zespół jednych wakacji, udało im się. Ich debiutancki album otrzymywał same wysokie oceny na różnych portalach i w pismach muzycznych. Wybierany był najlepszym albumem roku 2002. Utwór „Time for Heroes” znalazł się na 6 miejscu „50 Greatest Indie Anthems Ever” – listy stworzonej przez magazyn NME. Libertinemania opanowywała Wielką Brytanię. Ilość ludzi, którzy podobnie jak Pete Doherty i Carl Barat chcieli wierzyć i wierzyli w ich wyobrażoną, czasami dekadencką, eskapistyczną wizję Anglii, czyli Albionu rosła. I choć Libertinesów już nie ma (są ploty o ich powrocie), to podobnie jak w piosence „The Good old Days„, w głowach wielu fanów, Albion wciąż „sails on course”.

Nie widziałem w życiu bardziej szalonego występu.

Maciejeski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s