Rolling Stones bez daty ważności

Ponoć gdzieś w Puszczy Amazońskiej znaleziono pierwszego człowieka, który otwarcie przyznał, że nigdy o nich nie słyszał. Reszta, według najnowszych badań, najczęściej zostaje napiętnowana psychicznie i fizycznie, a następnie wykluczana jest ze społeczeństwa. Czasami także, w przypływie złości, brutalnie wykluczana z naszego łez padołu. Rolling Stones, bo o nich mowa, to zespół o rzadko spotykanej popularności. Grupa o  znaczącym wpływie, co warto podkreślić, nie tylko na muzykę, ale na kulturę masową, a co za tym idzie, na sposób myślenia, ubierania, zachowywania. To najbardziej znani ambasadorzy bluesa w Europie. Panowie założyciele: Keith Richards, Mick Jagger, Brian Jones (zmarły w 1969) i Ian Stewart (zmarły w 1985) oraz muzycy, którzy dołączyli do zespołu później, czyli Charlie Watts (dołączył już w 1963), Bill Wyman  oraz Ronny Wood stali się mityczni za życia, co powiedzieć z ręką na sercu można o nielicznych. Zbudowali sobie najbardziej rokendrolowy pomnik jaki świat miał okazję podziwiać, bo w gruncie rzeczy oni tym rokendrolem po prostu są. Stwierdzenie, że w dobie internetu i bardzo łatwego, szybkiego dostępu do ogromu wszelakiej muzyki, drugiego mającego tak istotny wpływ na miliony młodych ludzi (głównie w latach 60. i 70.)  zespołu już nie będzie, nie jest dla mnie stwierdzeniem nazbyt ryzykownym.

Nic więc dziwnego, że informacja o wydaniu nowej płyty, pod tytułem „GRRR!”,  (kompilacyjnej, a więc składającej się, w większości z utworów wcześniej znanych) w roku celebrowania 50. rocznicy pierwszego występu Stonesów obleciała cały świat z prędkością Felixa Baumgartnera, łącząc czasami przed komputerami, telewizorami czy radioodbiornikami przedstawicieli trzech pokoleń. Tych przedstawicieli, którzy mimo różnicy wieku jedną rzecz na pewno mają wspólną – nie mają w dupie dobrej muzyki. Jednak to, co zelektryzowało zarówno bujne młodzieńcze czupryny, jak i resztki siwych włosów, z rezygnacją witające dyktaturę łysiny to to, że na albumie pojawią się 2 zupełnie nowe numery. Złośliwi oczywiście powiedzą, że w przypadku nowego albumu to nic niezwykłego, no i pewnie, że niezwykłe raczej jest to, że to tylko 2 nowe utwory. Nie znają się tacy złośliwcy. Precz z nimi. To przecież Stonesi. Zawsze robili to na co mieli ochotę i nigdy źle na tym nie wyszli. Teraz też to się nie stanie, o czym zapewniać może wypuszczony 11 października singiel „Doom and Gloom”, który sam broni się lepiej niż mnóstwo całych albumów wydanych przez zespoły trzymające obecnie całkiem niezły poziom.

Nie ukrywam, że przed przesłuchaniem „Doom and Gloom” miałem wiele wątpliwości i pytań. Czy panowie po raz kolejny dadzą radę? Czy słuchając nowego singla będę zastanawiał się czy w trakcie nagrywania, któremuś Stonesowi mógł szlag trafić rozrusznik? Ile razy pobyt w studio był przekładany z powodu wizyt u lekarza? Czy dynamika gry Keefa będzie nadal tak diabelnie przekonująca? Czy Jagger ma jeszcze tą młodzieńczą zadziorność w głosie? Ogólnie rzecz ujmując: Czy Toczące się Kamienie nie zarosły aby mchem? (przyp. red. parafraza  przysłowia z języka angielskiego A rolling stone gathers no moss).

Minęły dokładnie 4 minuty i 7 sekund. Utwór się skończył, pozostawiając mnie na parę chwil w dość kłopotliwej sytuacji, bo nie potrafię inaczej nazwać stanu, w którym czułem się jak idiota, goszcząc równocześnie na twarzy uśmiech wielkości dorodnego banana. Stało się tak, ponieważ „Doom and Gloom” dało dosyć jasną odpowiedź na moje głupie wątpliwości. Wykrzyczało to, co miało do wykrzyczenia, rabując mnie ze wszelkich pytań, z nawiązką obdarowując samymi satysfakcjonującymi odpowiedziami.

Nie, Rolling Stonesi się nie zestarzeli. Mają po prostu więcej lat. Nic a nic nie zmieniło się w ich graniu. „Doom and Gloom” brzmi jakby nagrany był w latach 60. (dosłownie), jakby po prostu na 50 lat gdzieś się zapodział. Nie, na płytach Rolling Stonesów nie zobaczymy daty ważności. Zrozumiałem, że takim muzykom jak Stonesi nie można wypominać lat czy liczyć operacji, bo nie ma to najmniejszego sensu. Oni są i będą młodzi. Mimo hektarów zmarszczek, litrów i ton pochłoniętych używek, ich muzyka wydaje się działać na nich jak eliksir młodości, bo tego, że „Doom and Gloom” brzmi tak dobrze inaczej wytłumaczyć nie potrafię.

Stonesi zapowiedzieli już 4 koncerty promujące nowy album, które odbędą się jeszcze w tym roku. 2 razy w Londynie na 02 Arena (25 i 29 listopada) oraz 2 razy w New Jersey w Prudential Center (13 i 15 grudnia).

Oprócz tego, wczoraj (18 października) w 250 kinach europejskich odbył się przedpremierowy pokaz filmu o Glimmer Twins i reszcie, pod tytułem „Crossfire Hurricane” (tytuł zaczerpnięty z utworu Jumpin’ Jack Flash) wyreżyserowanego przez Bretta Morgena. Do kin amerykańskich obraz trafia w tym miesiącu. Miejmy nadzieję, że szybko trafi również do polskich kin.

Maciejeski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s